Tak można najkrócej podsumować to, co dzieje się podczas tegorocznego wyścigu. Te same gazety i telewizje, które przez lata nie napisały złego słowa o Armstrongu, a obudziły się dopiero wówczas, gdy „Sunday Times" przedstawił dowody nie do odrzucenia, teraz nie kryją wątpliwości wobec Froome'a, choć żadnej afery grupy Sky nie ma i nie wiadomo czy będzie.

Sky drażni jednak swym bogactwem, luksusowy autobus brytyjskiej grupy jest dla mniej zamożnych równie irytujący jak przenośne sprzętowe laboratorium norweskich biegaczy narciarskich. Można w tym kontekście użyć analogii zrozumiałej dla przeciętnego polskiego kibica: Froome jest dla kolarstwa tym samym, co Marit Bjoergen dla narciarstwa biegowego - podejrzanym z definicji. W obu przypadkach dopingowych dowodów brak, ale jest niechęć i historycznie uzasadnione prawo do nieufności.

Złe uczucia wobec Froome'a wyrażane są oczywiście zbyt wulgarnie, obrzucanie lidera Touru pojemnikami z moczem to skandal, ale być może właśnie w taki prymitywny sposób zaczyna się jedyna skuteczna walka z dopingiem bez użycia lekarzy, laboratoriów i wydawania milionów dolarów: odmowa bezkrytycznego podziwu dla zwycięzców, wobec których mamy wątpliwości. Niestety, doczekaliśmy czasów, gdy świadomy miłośnik sportu wątpliwości może mieć wobec wszystkich, ale od czegoś trzeba zacząć, a kolarstwo oraz tegoroczny Tour de France to dobre miejsce i moment.

Każdy z nas, oglądających ten wyścig, musi sam sobie odpowiedzieć na pytanie, czy jeśli okaże się, że Froome jest zgodnie z obecnymi normami dopingowo czysty, będzie to zwycięstwo, czy porażka sportu. To temat do poważnej rozmowy po tym jak kolarze wyjadą już z Pól Elizejskich. I dziś jest większa szansa, niż w czasach Armstronga, że taka rozmowa się odbędzie.

Amerykanin był na tegorocznym Tourze, ale nie przyjechał, by przeprosić, tylko raczej ograniczyć wizerunkowe straty, zbierał pieniądze na szczytny cel - jednym słowem dał kolejne dowody, że niczego nie zrozumiał. Wciąż nie wiemy, czy żałuje za grzechy, czy zdaje sobie sprawę, że jego nazwisko stało się symbolem zakłamania i cynizmu i żadna dobroczynność na pokaz tego nie zmieni.

Nikogo nie zachęcam do rzucania woreczkami z moczem, ale jeśli już ktoś czuł nieodpartą potrzebę uczynienia takiego gestu, to był w tym roku na trasie Touru lepszy cel niż Froome.