Piotr Kowalczuk z Rzymu

Squadra azzurra stoczyła się w przeciętność, kluby przestają się liczyć w Europie, a na dodatek Chińczycy wykupują Inter i Milan, więc Włosi popadli w traumę. Jednak trudno się dziwić, skoro w Italii futbol to nie tylko pasja i druga religia, ale też arcyważne zjawisko społeczne, zakorzenione w kulturze, historii i języku, mające ogromny wpływ na psyche narodu.

Dziś Włosi grają z mocną Belgią w Lyonie, ale po raz pierwszy przed ważnym meczem z włoskich okien i balkonów nie powiewają trójkolorowe flagi. Nasz kioskarz, który przedtem przy takich okazjach zawsze flagował swój zakład pracy, tym razem zagadnięty o mecz błagał: „Zmieńmy temat". Chodzi jednak o brak nadziei, a nie zainteresowania.

Badacze włoskiej duszy mówią o zbiorowej apatii i obniżonej autoocenie, kładąc je na karb dwóch nakładających się kryzysów: finansowego i futbolowego. Podkreślają, że sukces squadra azzurra we Francji, na który liczyć nie sposób, choćby półfinał, mógłby znacznie podwyższyć współczynnik społecznego zadowolenia, tzw. feel-good factor, wzmóc konsumpcję i rozruszać gospodarkę.

Szczególne miejsce futbolu w duchowym życiu katolickich Włoch potwierdza porównanie dwóch statystyk: 88 proc. populacji deklaruje przynależność do Kościoła, a 37 proc. bierze udział w mszy przynajmniej raz w tygodniu. Natomiast piłką interesuje się 90 proc. Włochów, a 35 proc. uważnie śledzi mecze swoich klubów i włoskiej reprezentacji. Co więcej, futbol ociera się o sacrum.

Futbol przykościelny

Trener Giovanni Trapattoni skrapiał ławkę wodą święconą, a sprawozdawca telewizyjny potrafi oddać bramkę opiece Najświętszej Panienki i po genialnym zagraniu Pirlo powiedzieć: „To jest Ewangelia futbolu według świętego Andrei" (Jose Altafini). Niestety, Pirlo już w reprezentacji nie gra. Włosi stadion San Siro nazwali katedrą włoskiego futbolu, Robiego Baggio przezwali „Świętym kucykiem" (z powodu „kitki"), a Johana Cruyffa „Prorokiem".

Co więcej, w dziele rozwoju futbolu sporo zasługi położył Kościół. Istniejące od XVI wieku oratoria, przyparafialne ośrodki modlitewne, pod koniec XIX wieku stały się miejscem spotkań młodzieży. Rodzice gremialnie wysyłali tam swoje dzieci po szkole. Gdy po pierwszej wojnie światowej w Italii eksplodował futbol, księża i działacze Akcji Katolickiej wyszli naprzeciw nowej pasji. Uznali modlitwę i futbol za najlepszy sposób duchowej formacji włoskich chłopców. Łąki i skwery koło oratoriów zamienili w boiska. Powstał system rozgrywek międzyparafialnych. To właśnie z przykościelnych drużyn do wielkiego futbolu trafili m.in. Giacinto Facchetti (w 1960 r. przyjechał z Treviglio do Mediolanu podpisać kontrakt z Interem ze swoim proboszczem) i Gianni Rivera. Do dziś futbolową działalność oratoriów wspierają finansowo Włoski Komitet Olimpijski i związek futbolowy.

Do Italii, jak wszędzie indziej, futbol zawlekli Anglicy. W drużynie pierwszego mistrza Włoch Genui (1898) grało pięciu piłkarzy o angielskich nazwiskach. To oni jako trenerzy uczyli Włochów futbolu. Stąd do dziś włoscy piłkarze zwracają się do trenera „Mister". Potem włoski futbol znalazł potężnych sojuszników w stawiających na narodową krzepę faszystach. Stał się częścią programu militaryzacji kraju i ważnym elementem propagandy. Stadiony, na których odprawiano również faszystowskie celebry, były pomnikami potęgi faszyzmu. Wokół zwycięstw włoskiej reprezentacji (mistrzostwo świata w 1934 i w 1938 r., olimpijskie złoto w 1936 r.) Mussolini z sukcesem budował szowinizm, bez którego trudno byłoby potem wysłać naród na wojnę.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Ale socjologowie i historycy wskazują, że futbol stał się narodowym sportem Włoch, bo trafił na podatną glebę odwiecznych podziałów. Stoją za nimi wieki historii, ogromnych różnic w obyczajach i języku. Gdy Włochy ostatecznie zjednoczyły się w 1870 r., Sycylijczycy, neapolitańczycy czy Lombardczycy nie potrafili się nawzajem porozumieć. Językowe zjednoczenie Włoch na dobre zapoczątkowało radio, a dzieła dokończyła dopiero telewizja. Przed zjednoczeniem przez blisko 14 wieków Italia była krainą wojujących ze sobą królestw, księstw i republik. Dlatego włoski patriotyzm jest przede wszystkim lokalny.

Małe ojczyzny

Mediolańczyk czuje się najpierw Lombardczykiem, a dopiero potem Włochem. Italia to nadal kraj „małych ojczyzn". Wzajemne niechęci i uprzedzenia znalazły ujście w futbolu i do dziś mają się świetnie. Z drugiej strony dzielący Włochów futbol potrafi ich cudownie i na chwilę zjednoczyć, gdy gra squadra azzurra. 27 najliczniej oglądanych wydarzeń we włoskiej telewizji to mecze reprezentacji. Dopiero na 28. miejscu jest jedna z edycji festiwalu w San Remo. Rekord (27 mln widzów) dzierży półfinał MŚ 1990 Włochy – Argentyna. A skoro mowa o mediach, poświęcona w 80 procentach futbolowi „Gazzetta dello Sport" sprzedaje w wersji papierowej i online ponad 300 tys. egzemplarzy dziennie. W chwilach wzmożenia (ME, MŚ) i pół miliona.

Nie bez znaczenia jest też to, że futbolem zajmują się ludzie z włoskiego świecznika. Pierwsza rodzina Włoch, Agnelli od Fiata, na potrzeby reklamowe koncernu i kibicowskiego serca zakupiła Juventus już w 1923 r. W 1986 r. pierwszy kapitalista Włoch Silvio Berlusconi w ramach autopromocji kupił AC Milan. Siedem lat później założył partię, którą nazwał od okrzyku włoskich kibiców Forza Italia i wygrał wybory. Fiorentinę sprawili sobie bracia della Valle (Tods), Napoli – pierwszy producent filmowy Italii Aurelio de Laurentiis. Nadało to plebejskiej grze arystokratycznego poloru.

Parlamentarny Klub Sympatyków Juve liczy 250 członków. W Italii każdy jest kibicem. Włoch rodzi się z miłością do swego klubu i jest mu wierny jak pies. Czasem los płata figle. Niegdyś pierwszy komunista Włoch Fausto Bertinotti jest fanem klubu swego politycznego wroga – Berlusconiego.

Włoska futbolowa pasja wryła się w język i kulturę. „Spalony" i „wejście wyprostowaną nogą" od pół wieku odnoszą się również do polityki i nieobyczajnych zachowań. Gdy Berlusconi postanowił wystartować w wyborach, poinformował o tym naród krótkim komunikatem: „Wchodzę na boisko". Unikanie odpowiedzi na pytania to „drybling". Natomiast „catenaccio", słynna włoska taktyka obronna, opisuje przesadną, histeryczną obronę własnych racji. Włoskie filmy fabularne, dramaty, rzeźby, obrazy i powieści poświęcone futbolowi lub wokół piłki osnute idą w setki. Powieść Luigiego Garlando „Miłość w czasach Pablito" (chodzi o Paolo Rossiego, króla strzelców MŚ '82) to był przebój wydawniczy.

Sposób na życie

Może dlatego Włosi patrzą na futbol inaczej, szerzej. Sposób, w jaki gra drużyna, to dla nich wyraz życiowej filozofii zapisanej w DNA narodów. Pisarz Massimo Gramellini po zwycięstwie nad Czechami (MŚ 2006) napisał: „To był futbol po włosku. Tradycyjna potrawa z dwóch składników: ostrożności i sprytu. Defensywa to również nasz włoski sposób na życie. Niech inni obmyślają wielkie, twórcze scenariusze i strategie. My potrafimy je świetnie obracać wniwecz. Gdy zmusić Włocha do rozdawania kart, to albo oszuka, albo wszystko popsuje. Ale gdy nie musi prowadzić gry, z kart, które mu dadzą do ręki, potrafi wyczarować cuda".

Dla tych wszystkich powodów w Italii futbol jest zjawiskiem wyjątkowym, nierzadko sensem życia, sprawdzianem własnej wartości, powodem do ogromnej dumy i bezbrzeżnego wstydu. Gdy Włosi w Berlinie w roku 2006 po karnych zostali mistrzami świata, komentujący mecz Beppe Bergomi (mistrz świata 1982) rzucił łamiącym się głosem do mikrofonu: „Jak pięknie dziś być Włochem".