Plus Minus: Ojciec był piłkarzem?

Tak, nawet grał w I lidze. Pierwszy raz ze mną porozmawiał na temat piłki, kiedy miałem 17 lat.

Niech pan nie żartuje.

Słowo honoru. Nie było z jego strony żadnego ciśnienia. Mówił: „Fajnie, że lubisz piłkę, ale pamiętaj, nie chcę, żeby były problemy w szkole".

A były?

Oczywiście. Na wywiadówkach wychowawczyni brała ojca na stronę i mówiła, że „ten pana Zbyszek to ma strasznie niewyparzony język". Kiedy jako siedemnastolatek zadebiutowałem w pierwszej drużynie Zawiszy Bydgoszcz, ojca nie było na trybunach. Potem mieliśmy wyjazd, dopiero przed trzecim meczem ojciec zapytał: „Masz jakiś bilet?". Załatwiłem mu i byłem zadowolony, że przyszedł. (...)

Nie byliście maminsynkami.

Jasne, że nie byliśmy płaczkami. Ale świat się zmienił. Rodzice roztoczyli nad dziećmi wielki parasol ochronny...

...bo nie jest już tak bezpiecznie jak kiedyś.

Autopromocja
SZKOLENIE

Pozyskiwanie sponsorów przez instytucje nauki, kultury i sportu

WEŹ UDZIAŁ

Ja to rozumiem. Ale tamta rzeczywistość sprawiała, że dzieciaki niektóre cechy nabywały niejako automatycznie. W latach 70. nie było żadnych akademii czy przedszkoli piłkarskich. Nas wyszkoliły podwórko, trzepak i ulica. W 1974 i 1982 roku byliśmy bliscy zdobycia tytułu mistrza świata. Najpierw przegraliśmy mecz „na wodzie" z Niemcami, potem w półfinale pokonali nas Włosi. Wyobraźmy sobie, że jednak ten tytuł zdobywamy i przyjeżdża do nas telewizja BBC, bo chce zrobić reportaż, jak „polski system" wykształcił takich mistrzów. Przecież wyszłyby „kwadratowe jaja". Bo nie było żadnego systemu, żadnego Orlika. Grało się w butach typu „cztery pory roku", jak dostaliśmy je od rodziców na Gwiazdkę, to musiały wytrzymać do kolejnej. Poza tym beton, asfalt i pole. I w takich warunkach byliśmy trzecią drużyną świata! A dzisiaj? Dzisiaj jest wszystko: orliki, superkorki i wszyscy poubierani w koszulki Barcelony albo Realu.

Czego więc brakuje?

Ducha i ciała. Siły, mięśni, elastyczności, których nie można wykształcić podczas godzinnej podróży samochodem rodziców z domu na trening i z powrotem. Kiedyś jak przychodziłeś z podwórka, byłeś już kompletny: cwany, szybki, wiedziałeś, jak się poruszać, a dzisiaj to rodzice myślą za dzieciaka.

Podwórko podwórkiem, ale Boniek wyrósł tylko jeden.

Przepraszam bardzo, wcześniej był Pol, Lubański, Deyna. Byli też Smolarek, Młynarczyk, Żmuda. Piłkarzy znakomitych była cała masa. I było jeszcze coś: naprawdę solidny fundament ligowców. Zawodnicy grający po 10, 15, nawet 20 lat. Dziś, jak ktoś jako tako kopie piłkę, to już w wieku 18 lat wyjeżdża za granicę, by zarobić pieniądze. Wcale im się nie dziwię, ale właśnie tych solidnych średniaków teraz nam w Ekstraklasie brakuje.

To może wrócimy do tego komunistycznego zakazu zagranicznych transferów? (śmiech)

To jest paradoks. Dzisiaj mamy demokrację, wolność i tysiąc innych fajnych rzeczy, ale drużyn w Lidze Mistrzów brak. Dlaczego kiedyś był wielki Górnik, wielka Legia i wielki Widzew? Bo najlepsi grali w Polsce. Gdyby w jednym naszym klubie zgromadzić Lewandowskiego, Milika, Błaszczykowskiego, Krychowiaka i Glika, to co roku bylibyśmy w Champions League. Europy nie podbije się, grając trzecim albo czwartym zagranicznym sortem. (...)

W Argentynie był pan skonfliktowany z Kazimierzem Deyną?

To kolejny mit, który żyje już tyle lat na zasadzie, że kłamstwo powtórzone wiele razy staje się prawdą. Z Kaziem miałem zawsze fantastyczne stosunki. Na boisku też nam się świetnie współpracowało. Po latach drobna sprzeczka urosła do rozmiarów strasznej awantury. A chodziło o to, że dwóch piłkarzy – jak to koledzy – pokłóciło się o rakietkę do ping-ponga. On do mnie: „Młody, dawaj rakietkę", a ja do niego: „Kaziu, spierniczaj, muszę dokończyć mecz". I tyle. Tylko tyle.

Później był mecz z Argentyną i przestrzelony karny Deyny. Co pan wtedy do niego powiedział?

Nic nadzwyczajnego. Podszedłem i mówię: „Dobrze się, Kaziu, czujesz? Strzelasz?". Odpowiedział, że tak. „No to okej, strzelaj". I koniec. To było normalne zachowanie. Pamiętam podobną historię z 1972 roku, kiedy na igrzyskach w Monachium w meczu z ZSRR miał strzelać Lubański, a zrobił to za niego Deyna. Byłem wyznaczony do egzekwowania karnego jako drugi, stąd moje pytanie do Deyny. (...)

Dlaczego w 1978 roku nam się nie udało?

Kilka błędów zostało popełnionych. Przede wszystkim rotacja w składzie. Jacek Gmoch był szalenie inteligentny, fajnie nam się współpracowało na obozach, robił nam przeróżne testy na inteligencję. Z jednego wyszło nawet, że mając zdolności przywódcze, mógłbym być kapitanem, oczywiście w teorii. Ale Jacek się pogubił. Zamiast grać od początku w pierwszej jedenastce, grałem ogony, a przecież byłem najlepszym zawodnikiem wiosny polskiej ligi. Tak było też z innymi, Iwan raz grał, raz nie grał, to samo z Szarmachem. A co było z Gorgoniem?

W meczu z Argentyną nie zagrał.

Nawet na ławie nie usiadł, tylko powędrował na trybuny. A tam działy się prawdziwe jaja. Przyszedł facet z wielkim plastikowym baniakiem i zaczął wszystkim nalewać piwa. Jak Gorgoń go zobaczył, mówi: „Siadaj pan tutaj". I ten gość przesiedział przy nim cały mecz, a Jurek ten baniak opróżnił. Po meczu trzeba było wnosić go do autobusu. Poszło więc hasło, że Gorgoń musi wrócić do podstawowej jedenastki, bo za duży wstyd jest na trybunach. (śmiech)

Kasa dla drużyny też była problemem?

No jasne, pamiętam, jak kłócili się o jakieś 150 dolarów.

Kto z kim?

Piłkarze z kierownictwem. Dyskusja trwała cały czas, bo nie było decyzji co do premii. To, co nam chcieli dać, to była zresztą kpina. Dorzuciłem swoje trzy grosze, bo wprawdzie byłem rezerwowym, ale jakiś tam lekki ciężar gatunkowy miałem. No i spotkała się rada drużyny i mówią: „Murzyn, chodź z nami". A ja, że nie idę, bo mnie premie nie interesują, poza tym nie rozumiem, o co wy się w ogóle kłócicie. O 150 dolarów? Co ja sobie za to kupię? Przecież my przyjechaliśmy na mistrzostwa świata! Taka była wtedy atmosfera.

Od pierwszej minuty zagrał pan dopiero w trzecim meczu, z Meksykiem.

Mówiło się, że Gmoch dostał jakieś pismo z Warszawy z pytaniem, dlaczego nie gra Boniek. Wziął mnie na stronę i mówi: „Słuchaj, tu wszyscy uważają, że robię błąd, że ciebie nie wystawiam. Ciekaw jestem, co ty zagrasz, jak to zrobię?". A ja: „Spokojnie, niech pan się nie martwi". No i strzeliłem dwie bramki. I potem już grałem do końca.

Gmochowi zabrakło intuicji? Nie miał tego co Kazimierz Górski?

Kazia Górskiego wszyscy lubili. Był naprawdę fajnym trenerem, takim „misiem". Mówiło się, że miał nosa, który nigdy nie zawiódł. Ale z tym różnie bywało. W 1972 roku w Monachium graliśmy półfinał ze Związkiem Radzieckim. Jest 80 minuta, przegrywamy 0:1, Górski odwraca się do ławki rezerwowych i mówi do Andrzeja Jarosika: „Andrzej, buty wiązać i wchodzisz". A Jarosik na to: „Teraz to się pan pierdol". Górski robi wielkie oczy i zastanawia się, kogo może wystawić. Wtedy Zyga Szołtysik zagaduje: „Trenerze, może ja?". Górski mówi: „No dobra". Wchodzi Zyga, strzela dwie bramki i jesteśmy w finale. (...)

Gdzie zastał pana stan wojenny?

W Rzymie. Pojechaliśmy z żoną na siedmiodniowy urlop, na zaproszenie Romy. O tym, co się dzieje w kraju, dowiedzieliśmy się na lotnisku, z soboty na niedzielę. Samolot do Warszawy był najpierw opóźniony o dwie, potem pięć godzin, w końcu odlecieliśmy do kraju dwa dni później. Jeszcze na lotnisku zgłosiło się do mnie siedem drużyn, proponując, że jeśli nie wrócę do Polski ze względów politycznych, to załatwią mi pozwolenie na grę we włoskiej lidze. I to w ciągu miesiąca. W kraju została nasza córka. Nie miałem złudzeń, że chcą wykorzystać moje problemy dla swoich interesów. Wszystkie kluby, które mi to proponowały, wciągnąłem na swoją czarną listę. Romy na niej nie było. Kiedy wróciłem do Polski, nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. W drodze z Warszawy do Łodzi milicja zatrzymywała nas z pięć razy. (...)

Do 55. minuty meczu z Peru waliliście głową w mur. Wtedy pierwszego gola strzelił Smolarek. Co pan krzyknął w stronę trybun, kiedy strzelił pan trzecią bramkę?

Jedno zdanie. „Teraz możecie mnie w dupę pocałować". Bo wie pan, to było tak, k...a, żenujące, że w głowie się nie mieści. Miałem 26 lat, wróciłem do kraju w stanie wojennym, byłem Polakiem, kochałem Polskę, zawsze dla niej grałem. Nigdy na nic się z „cichociemnymi" nie umawiałem, a oni po dwóch remisach robią ze mnie głównego winowajcę „dramatu". To była czysta żywa propaganda. Schodzimy do szatni na przerwę, a tam już różni działacze wsadzają łby, bo chcą nas dopingować. Mówimy: „Panowie, spokojnie, jeszcze jest 45 minut", i ich wyrzuciliśmy. Tak się we mnie zagotowało, że nie wytrzymałem i swoje powiedziałem.

Druga połowa to był koncert. W ciągu 21 minut strzeliliście pięć bramek.

Ja tę drugą połowę i tamte gole na okrągło mógłbym oglądać. Zagraliśmy jak z nut. Akcja, kiedy podaję piłkę piętą Andrzejowi Buncolowi, a ten strzela pod poprzeczkę, była naprawdę cudownej urody.

Ale mecz życia wyszedł panu z Belgią.

Tak, to był mój bilet do sławy. Choć niewiele brakowało, żebym nie zagrał, bo dzień przed meczem miałem gorączkę. Takich meczów, kiedy wychodziło mi wszystko, parę jeszcze zagrałem, ale z Belgią zagraliśmy rzeczywiście kapitalnie. (...)

„Zbysiu, przyhamuj! Więcej tracisz, niż zyskujesz" – tak mówił do pana Antoni Piechniczek.

Jestem człowiekiem, który lubi słuchać. Jak ktoś mnie przekona do swoich argumentów albo coś mądrego podpowie, staram się z tego korzystać. Piechniczek często mówił: „Zbyszek, nie walcz, k...a, z tymi działaczami, to strata czasu. Tracisz tylko siłę, żeby dmuchać w trąbę, a muzyki z tego nie będzie". Miał rację, ale jako młody człowiek nie mogłem patrzeć na to, co się działo wokół kadry. Na każdy wyjazd reprezentacji jechał co najmniej jeden „cichociemny", który pisał na nas raporty.

Czytał je pan?

Czytałem tę moją „księgę" w IPN. I powiem panu, że to jest żałosne, że kraj, dla którego tyle zrobiłem, wysyła takiego „cichociemnego", który opisuje, że nie jest w stanie mnie opanować, a ja nie chcę współpracować. Choć to akurat prawda, bo nie byłem skłonny kolaborować. (...)

Dlaczego w Meksyku się nie udało?

Na tamtym mundialu był inny system rozgrywek. Po wyjściu z grupy trafiliśmy na Brazylię. Nikt już nie pamięta, że w pierwszych 35 minutach trafiliśmy w słupek i poprzeczkę. Ale potem sędzia sprezentował Brazylijczykom karnego. Wykorzystany przez Socratesa ustawił mecz i mimo że rozegraliśmy jedno z najlepszych spotkań na turnieju, przegraliśmy 0:4. To był też czas wymiany pokoleń. Do kadry wchodziła młodzież: Urban, Dziekanowski, Tarasiewicz. W Meksyku mieszkaliśmy i graliśmy w ciężkich warunkach. Mówiło się, że „jednostka treningowa wynosiła cztery kilo", tyle traciliśmy podczas treningu przy 98-procentowej wilgotności. Nie byliśmy przygotowani na taki klimat. Kiedy w Guadalajarze grali nasz hymn, po minucie miałem spalone uszy od słońca. Rozglądałem się wokół i nie widziałem ani centymetra cienia. Myślę sobie: co jest grane? Dopiero gdy podniosłem nogę, zobaczyłem kawałek. Słońce padało niemal pionowo.

Konsekwencje meksykańskiej porażki były fatalne dla naszej piłki.

Na kolejne mistrzostwa pojechaliśmy dopiero 16 lat później. Błędem była rezygnacja Antoniego Piechniczka.

Pan też za wcześnie zrezygnował.

Po odejściu Piechniczka chciałem dalej grać. Tylko że przyszedł trener Wojciech Łazarek.

Zabrakło chemii?

Jakiej chemii? To było przedszkole, nie reprezentacja. Kadra za jego czasów wyglądała niepoważnie, mimo że mieliśmy kapitalny potencjał. Pokolenie Tarasiewicza, Urbana, Dziekanowskiego, Koseckiego, Ziobera, Wdowczyka czy Kubickiego. Tym chłopakom zabrakło trenera oraz lidera.

Pan był liderem.

Mógłbym nim zostać, ale nie zostałem. U Łazarka zagrałem dwa mecze. W Rotterdamie z Holandią okazało się, że trener nie ma środkowego obrońcy. W porządku, mówię, będę stoperem. I udało się powstrzymać takiego Gullita, był remis. Sytuacja powtórzyła się w meczu z Irlandią Północną. To już było naprawdę śmieszne, powiedziałem więc „dziękuję" i dałem sobie z reprezentacją spokój. (...)

Boniek, Lubański czy Deyna? Który był największy?

Pamiętam, że jak byłem we Włoszech albo w Stanach, Kaziu Deyna przyjeżdżał do mnie na trzy, cztery dni. Już wtedy czułem, że miał problemy finansowe, że lubi hazard. Czasami się zastanawiam, czy jego nagła śmierć na autostradzie w Kalifornii nie była ucieczką od życia. Nie wiem. Kaziu był znakomitym piłkarzem. Lato też był świetny, tylko że on nie miał techniki Deyny. Z drugiej strony, gdyby Kaziu biegał tak szybko jak Grzesiek, to czy byłby taki świetny technicznie? To jest jak z jazdą samochodem. Gdy się jedzie 20, 30 kilometrów na godzinę, kierownicą można wyczyniać cuda, ale jak się pruje 150 lub 200, to każdy ruch może sprawić, że wypadniesz z drogi. Piłkarze, którzy grają szybko, wcale nie muszą być gorsi technicznie, tyle że ta szybkość sprawia, iż częściej popełnia się błędy. Z kolei Włodek Lubański był niezwykle elegancko grającym piłkarzem. Wyglądał jak Eusebio. Nawet jak biegał, to robił to z wielką klasą. Ernest Pohl był fantastycznym piłkarzem, ale miał twarz pijaczka i biegał przygarbiony. Włodek wyglądał przy nim jak piękny łabędź.

A co z pytaniem?

Wie pan, prawda jest taka, że o wielkości decyduje liczba trofeów w gablocie.

Fragment książki Bogdana Rymanowskiego „Gracze", którą wydało właśnie wydawnictwo Zysk i S-ka. Autor, dziennikarz, prezenter, gospodarz programów publicystycznych TVN, rozmawia z najbarwniejszymi polskimi piłkarzami ostatniego półwiecza. Poza Bońkiem rozmówcami Rymanowskiego są: Włodzimierz Lubański, Jan Tomaszewski, Jan Banaś, Grzegorz Lato, Adam Musiał, Jerzy Brzęczek, Jan Urban, Roman Kosecki, Marek Citko, Andrzej Iwan, Władysław Żmuda i Robert Lewandowski.

W poniedziałek 27 czerwca rozdamy trzy egzemplarze książki w konkursie na profilu „Rzeczpospolitej" na Facebooku:

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95