Przyzwyczaił się pan już do wielkiej popularności skoków w Polsce?

Dla mnie to zupełnie nowe doświadczenie. Wielu dziennikarzy chce rozmawiać, pojawiają się pod skocznią. Mamy dużo aktywności medialnych. Z zawodów na zawody to się może nasilać. Na szczęście mamy od niedawna świetną pomoc w osobie rzecznika Adama Widomskiego.

Media zaczęły się interesować nawet pana dziewczyną...

Nie jestem celebrytą z natury, nie chcę tego typu popularności. Na pewno stałem się bardziej rozpoznawalny. Zdaję sobie sprawę, że w mediach będą się pojawiać materiały na temat mojej dziewczyny. Uważam jednak, że to sport, a nie prywatne życie, jest w moim przypadku najważniejszy.

Czytaj więcej

Thomas Thurnbichler trenerem polskich skoczków

Mówmy więc o sporcie. Poprzedni sezon skończył się napięciami w drużynie. Trudno było wejść do nowej grupy?

Najpierw spotkaliśmy się internetowo. Kiedy związek ogłosił decyzję, byłem w Austrii, ale zależało mi, by mieć z grupą kontakt jak najszybciej. Nie chciałem, żeby skoczkowie dowiedzieli się wszystkiego z mediów. Miałem zamiar wszystko im wytłumaczyć i opowiedzieć jak najwięcej o swoich pomysłach. Potem spotkałem się z polskimi trenerami, dyskutowaliśmy o tym, co należy zmienić, a co zostawić bez zmian w naszym systemie. Wreszcie przyszedł czas na pierwszy obóz, najpierw w Krakowie, gdzie było sporo aktywności integracyjnych, a następnie w Szczyrku, gdzie zaczęliśmy skakać. Wszyscy od samego początku byli bardzo otwarci, mówiliśmy tym samym językiem, a zawodnicy zaakceptowali moje metody szkoleniowe. Uważam, że dobrze sobie poradziliśmy.

Nowy trener to nowe podejście do skoków, chociaż zawsze chodzi o to samo. Na czym pan się skupia w pracy?

To trudne pytanie. Byłbym nierozsądny, gdybym zaczynał od czegoś zupełnie nowego i próbował zburzyć wszystko, co było. Wiele rzeczy w polskich skokach było dobrych, o czym świadczą wyniki z ostatnich lat. Nie musiałem budować tych zawodników od nowa, ale uwolnić ich potencjał, szybkość, lot. Ten potencjał ciągle w nich był. Oczywiście moja filozofia pracy jest inna niż mojego poprzednika Michala Doleżala. Co istotne, nie z każdym można pracować tak samo, bo każdy miał inne problemy, które trzeba było zidentyfikować i rozwiązać.

Zawodnicy mieli takie samo zdanie na temat tych problemów? W większości są bardzo doświadczeni, trzeba było ich mocno przekonywać?

Na pewno się ze mną o to nie kłócili. Dokładnie sprawdziłem sytuację, przeanalizowałem wszystkie dane i wyłonił się z tego kompletny obraz. Dla mnie było jasne, co każdy powinien poprawić, żeby lepiej skakać, czy były to wskaźniki fizyczne, czy może raczej techniczne. Widzę u nich już inny styl skakania, coraz lepsze rezultaty, progres od pierwszej sesji treningowej, jednak na pewno potrzebujemy jeszcze czasu.

Pan raczej dyskutuje, czy mówi, jak ma być?

Trener powinien być elastyczny i widzieć, czego potrzeba w danym momencie. Czasem musisz być ostry i pokierować zawodnikiem. W kadrze mamy doświadczonych skoczków, więc warto dać im autonomię. Kiedy widzą, że trener wie, co robi, ma plan, a praca idzie w dobrym kierunku, to oni się z tym naturalnie zgadzają. Pojawia się motywacja wewnętrzna i sami idą za podpowiedziami trenera, chcą tego. Niektórym trzeba zostawić więcej autonomii, innym można mocniej podpowiadać.

Którzy zawodnicy potrzebują więcej wolności?

Nie chcę za bardzo mówić o szczegółach pracy, o tym, jak funkcjonuje grupa. Powiem może na przykładzie Dawida Kubackiego, który jest bardzo inteligentny i doświadczony. On potrzebuje więcej autonomii niż np. Paweł Wąsek.

Pan ma wygląd rockandrollowca, a ci raczej cenią wolność...

Zapewniam, że potrafię być bardzo analityczny, choć oczywiście ze zdjęć można mieć inny obraz. To ważne dla całej struktury, żeby znaleźć czas na zabawę i radość. Nie trzeba być sierżantem na co dzień. Wystarczy nakreślić jasne zasady pracy i funkcjonowania grupy. Polscy skoczkowie są fanami ciężkiej pracy, są bardzo zmotywowani, to ich natura i styl funkcjonowania. W skokach trzeba analizować dane, ale też umieć czerpać radość. Przez cały sezon spędzimy ze sobą dużo czasu, będziemy razem jeździć na zawody, mieszkać. Musimy się ze sobą dobrze czuć.

Wykupiliście sesje w tunelu aerodynamicznym w Sztokholmie. To podobno świetne miejsce?

Wykorzystaliśmy prawie cały wykupiony czas, zostało jeszcze tylko trochę na przyszłość. Praca tam przynosi wielkie korzyści. Spędza się dużo czasu w warunkach zbliżonych do tych na skoczni i można poprawić swój lot. Chcemy tam jeszcze pojechać, ale nie w trakcie sezonu, bo taka wyprawa pochłania czas i energię. Planujemy, żeby jak najwięcej zawodników skorzystało z tej możliwości.

Kadra A to kiedyś był odrębny świat...

Słyszałem o tym. Zacząłem od współpracy z trenerami, to pomoże uzdrowić system. Wiele mogą zdziałać dobre wzajemne relacje i sprawna komunikacja oraz wymiana wiedzy. Już mieliśmy cztery–pięć wspólnych treningów, na naszych obozach byli skoczkowie z kadry B i juniorzy. Chcemy ich włączać do naszej pracy, mieć kontakt cały czas. Druga grupa będzie do nas dołączać, musimy rozmawiać o celach, technice.

Od kilku lat polskie skoki to te same nazwiska: Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Piotr Żyła, a oni wiecznie skakać nie będą...

W innych zespołach też tak jest, wielkich mistrzów trudno zastąpić. Oni mają wielkie umiejętności i nie da się kogoś wziąć tak po prostu i powiedzieć, że wejdzie w buty mistrza. Kacper Juroszek z drugiego zespołu ma potencjał. Paweł Wąsek też osiągał dobre wyniki, wykonał duży krok do przodu. Chcemy promować nowych. Wiem, że musimy budować młodych skoczków.

Oddzielna sprawa to wyścig technologiczny w skokach. Polacy mieli ostatnio sporo problemów m.in. przez buty, a teraz jest nowy kontroler sprzętu Christian Kathol. Czego możemy się spodziewać?

Kathol jest nowy, chce być rygorystyczny i to jest dobre. Nowy kontroler sprzętu nie boi się dyskwalifikować dużych nazwisk. Określa jasne zasady, według których trzeba postępować, a mam wrażenie, że tak nie było w ostatnich latach. Pamiętajmy, że każdy zespół pracuje na granicy dozwolonych zasad. Jeśli chodzi o kombinezony, to weźmy pod uwagę, że materiał jest miękki, różnie się układa. Samo ciało skoczka też nie jest idealnie takie samo w każdej sytuacji. Tu nie będzie tak, jak w przypadku samochodu rajdowego, który w każdych warunkach ma takie same proporcje, bo jest sztywny. Strój skoczka trudno idealnie dopasować.

Kathol planuje komputerowe skanowanie ciał, żeby stworzyć jeden obraz i tego używać do kontroli sprzętu. To ruch w dobrą stronę?

Wszystko, co automatyzuje proces i ogranicza subiektywność ludzkiego postrzegania, jest dobre. Myślę, że powinniśmy tego spróbować. Już są nowe zasady mierzenia strojów w porównaniu z poprzednim sezonem. Uważam, że są bardziej uczciwe.

Dużo zamieszania było też w sprawie waszych butów. Teraz nie ma się czego obawiać?

Buty są sprawdzone, wiosną pokazywaliśmy je na komisji technicznej. Takie są zasady – wszystko, co chcesz nowego wprowadzić zimą, musisz zaprezentować wiosną.

Podobno Stefan Horngacher kilka dni temu jednak miał zastrzeżenia?

Nie wiem, co robi Horngacher. Skupiam się na nas. Wiem, że nasze buty są zatwierdzone i niczego się nie obawiam.

Z jakich wyników będzie pan zadowolony?

Ostatni sezon był trudny dla polskiej reprezentacji, więc poprawa nie powinna być problemem. Wykonaliśmy latem dobrą pracę, więc jestem rozluźniony.

Pewnie jednak im bliżej startu sezonu w Wiśle, tym bardziej emocje będą narastać?

Zawsze w takiej sytuacji przychodzi podekscytowanie, niezależnie od tego, czy jesteś trenerem, czy sportowcem. Teraz jestem pozytywnie nastawiony i szczęśliwy. Sam jestem ciekaw nadchodzących dni.

Dziwny jest ten początek sezonu zimowego, gdy wokół niemal letnia pogoda i nie ma śniegu...

Dla nas to właściwie nic nowego, bo jesteśmy przyzwyczajeni do takich mieszanych warunków. Tory w Wiśle będą lodowe, a lądujemy na plastiku. Kibice mogą się czuć dziwnie, ale dla wszystkich skoczków warunki będą jednakowe.