Kibice w hali w Bolonii i przed telewizorami liczyli na zacięte, efektowne widowisko. Z jednej strony byli mistrzowie Europy i gospodarze turnieju finałowego Ligi Narodów ze wschodzącą gwiazdą siatkówki Alessandro Michieletto i rozgrywającym Simone Gianellim, a z drugiej reprezentacja Francji, mistrzowie olimpijscy, z jednym z najlepszych siatkarzy świata Earvinem N'Gapethem. W ćwierćfinałach obie ekipy poradziły sobie dość łatwo z rywalami (Francja pokonała Japonię 3:0, a Włochy 3:1 Holandię), więc przewag nie można było szukać w zmęczniu którejś ze stron.

Tymczasem drugi półfinał do złudzenia przypominał to, co działo się w starciu Polski i USA. W dwóch pierwszych setach na początku obie drużyny walczyły punkt za punkt, a jeśli któraś ze stron wypracowała minimalną przewagę, to za chwilę ją traciła. Włosi byli nawet blisko zwycięstwa w pierwszej partii, po ataku Michieletto prowadzili 20:18, ale nie potrafili skończyć kolejnych ataków. Świetna gra w obronie pozwoliła wyprowadzać Francuzom kontrataki, którzy zdobyli siedem punktów z rzędu i wygrali seta 25:22.

Druga partia była pisana według tego samego scenariusza, co pierwsza. Do przerwy technicznej obie drużyny walczyły punkt za punkt, ale wtedy swoją moc pokazał N'Gapeth, który sprawiał rywalom ogromne problemy zagrywką. To pozwoliło zbudować bezpieczną przewagę i wygrać 25:20.

Takiego obrotu spraw na pewno nikt we włoskiej ekipie nie przewidywał i w przerwie między setami dało się zobaczyć nerwowość w drużynie gospodarzy. Zamiast się zmobilizować i ruszyć do odrabiania strat, Włosi zupełnie się rozsypali, podobnie jak reprezentanci Polski w trzecim secie meczu z USA.

Francuzi szybko zbudowali przewagę, najpierw 5:1, potem nawet 14:5 i następnie tylko jej pilnowali. Klasą dla siebie był N'Gapeth, który bombardował Włochów serwisem. Porażka w trzecim secie 15:25 była dla włoskich kibiców przykrym podsumowaniem tego spotkania.

W niedzielę Francuzi zmierzą się w finale z Amerykanami, a poobijani Włosi staną naprzeciwko będących w podobnym nastroju Polaków. Dla obu drużyn będzie to okazja do przynajmniej częściowej poprawy humorów swoich i kibiców.