"Rzeczpospolita": Ruszają rozgrywki ligowe. Będzie ciekawiej niż przed rokiem?

Ryszard Bosek: Może być ciekawiej, choć walka o medale rozegra się zapewne tradycyjnie pomiędzy finansowymi potentatami, drużynami z Kędzierzyna-Koźla, Rzeszowa i Bełchatowa. Ale wcale nie jestem przekonany, że kolejność będzie taka sama jak minionym sezonie.

Nie widzi pan w tym gronie siatkarzy z Gdańska?

Mam wątpliwości, czy drużyna prowadzona przez charyzmatycznego Andreę Anastasiego będzie tak mocna jak w ostatnich dwóch latach, ale z pewnością znajdzie się w ścisłej czołówce. Zmiany w ich składzie są przecież duże. Graliśmy z nimi (AZS Częstochowa, gdzie Bosek jest dyrektorem sportowym – przyp. autora) w trakcie przygotowań do sezonu i radziliśmy sobie całkiem dobrze.

Królem zmian jest jednak Resovia, gdzie znów mamy do czynienia z nową drużyną. Czy to jest właściwa recepta na sukces?

Na pewno jest to ewenement. Jak nie ma wyniku, to zmieniamy zawodników. Oczywiście można i tak, ale ten model nie zawsze się sprawdza i jest kosztowny. Inna sprawa, że w Rzeszowie, grając tylko o najwyższą stawkę, szukają najlepszych rozwiązań. Trener Andrzej Kowal znów ma z kogo wybierać, Resovia więc będzie jednym z głównych faworytów rozgrywek.

Zaksa jest jakby na przeciwnym biegunie. Odszedł jedynie Jurij Gładyr, którego zastąpił Mateusz Bieniek, nasz reprezentacyjny środkowy. Czy stabilność składu działać będzie na korzyść mistrzów Polski?

Wszystko na to wskazuje. Wiele zależeć będzie jednak od dyspozycji najgroźniejszych rywali. Pamiętajmy, że play-offy będą teraz krótsze, do dwóch wygranych meczów. A to oznacza, że jak pierwszy przegrywasz, to masz poważny problem.

Z wielkiej trójki została nam Skra, nie tak dawno jeszcze hegemon rozgrywek, ale ostatnio dwukrotnie trzecia. W Bełchatowie brązowe medale nie są jednak powodem do dumy...

Dlatego Skra spróbuje powalczyć o coś więcej. Ma ciekawy skład, doszli młodzi reprezentanci Polski, Bartosz Bednorz i Artur Szalpuk, solidny bułgarski przyjmujący Nikołaj Penczew, który przeszedł z Rzeszowa, ukraiński środkowy Jurij Gładyr z Zaksy i serbski atakujący Drażen Luburić, który będzie zmiennikiem Mariusza Wlazłego. I jeśli jeszcze Michał Winiarski nie będzie miał problemów zdrowotnych, to Skra może być naprawdę silna, choć opuściło ją kilku klasowych zawodników, na czele z Argentyńczykiem Facundo Conte.

Powiększenie ligi to dobry pomysł?

Dla niektórych tak, dla innych nie. Osobiście odnoszę wrażenie, że drużyn jest teraz zbyt dużo. Ale to też szansa dla młodych, polskich siatkarzy. Mamy zdolną młodzież, bardzo potrzebną reprezentacji już w niedalekiej przyszłości. I patrząc z ich punktu widzenia brak spektakularnych transferów przed tym sezonem, to też okoliczność im sprzyjająca. Będą po prostu więcej grać.

A jak sobie w tej walce poradzi „pański” AZS Częstochowa?

Mam nadzieję, że utrzymamy się na powierzchni, bo wiem, że spadek do niższej klasy rozgrywek mógłby się źle skończyć. Mój były klub Płomień Milowice, który jako jedyny w historii polskiej siatkówki wygrał Puchar Europy już nie istnieje. Nie chciałbym podobnej sytuacji w Częstochowie. Przecież zespół AZS to drużyna z wielkimi tradycjami. A my niestety wciąż mamy problem jak związać koniec z końcem. Oczekuję na większą pomoc miasta. Owszem miasto pomaga, ale odnoszę wrażenie, że tylko dlatego, by móc się usprawiedliwić i powiedzieć – pomagamy. Nam najbardziej przydałby się oczywiście strategiczny sponsor, ale trudno o takiego, bo Częstochowa nie jest wielkim ośrodkiem przemysłowym. A AZS mógłby być wizytówką miasta.

Kto w maju 2017 roku będzie się cieszył z mistrzostwa Polski?

Postawiłbym na Skrę, bo coś czuję, że w tym zespole jest duży potencjał.