Tuomas Sammelvuo, fiński trener Rosji, pokonanej przez Polaków w ćwierćfinale, powiedział, że z tak grającym naszym zespołem nikt by nie wygrał. Komplement czy realna ocena sytuacji?

Jedno i drugie. Mecz nam wyszedł, bez dwóch zdań. Z Rosjanami zagraliśmy jak na razie najlepsze nasze spotkanie, a więc można się chyba zgodzić z ich trenerem, który nas komplementuje. Najważniejsze, że w tym właśnie meczu znaleźliśmy w sobie radość z gry, a to się przekłada na jej jakość. Prawda jest taka, że mistrzostwa zaczęliśmy na smutno, na szczęście wspaniała polska publiczność w porę nas obudziła.

Z czego po wyeliminowaniu wicemistrzów olimpijskich z Tokio byliście najbardziej zadowoleni?

Zawodnicy chyba doceniają niesamowity doping jeszcze bardziej niż kiedyś. To jest mieszanka wybuchowa, która pomaga wygrywać.

Z tego ognia, który pojawił się w oczach naszych siatkarzy, to oczywiście jeśli chodzi o stronę mentalną. Od strony technicznej trzeba pochwalić zespół za zagrywkę i blok, bo to były klucze do wygranej. Na igrzyskach też imponowaliśmy serwisem, byliśmy najlepszą drużyną turnieju olimpijskiego w tym elemencie. Niestety, blok nie funkcjonował jak należy, a w meczu z Rosją naprawdę cieszył.

Czy Polska w finałowej fazie może zagrać jeszcze lepiej?

Ciężko powiedzieć, to jest wróżenie z fusów. Z każdym rywalem grasz inaczej, tak jak na to pozwala, a w fazie finałowej wszystkie drużyny mają wiele atutów.

W sobotę w półfinale rywalem Polaków będą Słoweńcy, którzy wyeliminowali Czechów. To znakomita okazja do rewanżu za ostatnie trzy porażki w ME…

Dwa lata temu w Lublanie to oni wykorzystali atut własnej publiczności i ograli nas w półfinale. Teraz publiczność będzie po naszej stronie.

Czesi nie byliby łatwiejszym przeciwnikiem?

Na papierze na pewno tak, ale pokazali przecież w tym turnieju, do czego są zdolni. Wyeliminowali Francję, aktualnych mistrzów olimpijskich, a w meczu grupowym pokonali Słowenię. Grali twardo i bez kompleksów. Gdyby to z nimi przyszło nam grać w półfinale, też musielibyśmy się nastawić na ciężkie spotkanie.

W turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk rywalizowaliśmy m.in. ze Słowenią. Mówił pan wtedy „Rz”, że główną siłą Słoweńców jest serwis i doświadczenie. Coś się zmieniło?

Skupiamy się na sobie, na spotkaniu ze Słoweńcami.

Właściwie niewiele. Obie drużyny znają się doskonale, wiedzą o sobie wszystko. Kilku Słoweńców ma za sobą występy w polskiej lidze, ich włoski trener Alberto Giuliani prowadzi Asseco Resovię, gdzie rozgrywającym jest Fabian Drzyzga, więc wie doskonale, czego się może po nim spodziewać. Siłą Słowenii dalej jest zagrywka. Czterech lub pięciu Słoweńców, w zależności od tego, kto będzie rozgrywał, mocno serwuje z wyskoku. I potrafią tym ustawić mecz. Tym bardziej że w każdym spotkaniu kto inny wiedzie prym w polu serwisowym. Ich siłą wciąż jest też ogromne doświadczenie, i to nie tylko podstawowego składu, którym grają od sześciu–ośmiu lat, ale też zmienników. No i oni wiedzą, że na trzech kolejnych mistrzostwach Europy z nami wygrywali. Musimy być czujni.

Dwa lata temu w Gdańsku wygraliśmy 3:1, ale już miesiąc później w Lublanie, w półfinale ME, to oni byli górą. Jeśli dodamy wspomniane już porażki w ME 2015 w Bułgarii i 2017 w Polsce, okazuje się, że to naprawdę niewygodny rywal…

Mamy tego świadomość. Wiemy oczywiście, że mieli swoje problemy, ich libero chorował na Covid-19 i nie mogli przed mistrzostwami pojechać na turniej na Ukrainie, wiemy, że nie najlepiej zaczęli te mistrzostwa, przegrywając z Czechami, ale to klasowy zespół. Pamiętam doskonale tamten wygrany przez nas mecz w Ergo Arenie, kończący kwalifikacje do igrzysk. Był trudny i zacięty. W sobotę w Katowicach też nie będzie łatwo, ale jestem dobrej myśli.

Czytaj więcej

Wielkie zwycięstwo Polski z Rosją. Polacy półfinalistami mistrzostw Europy

W drugim półfinale zagrają Włosi z Serbią. Serbów pokonaliśmy w Krakowie, w fazie eliminacyjnej tych mistrzostw, ale po trudnym, pięciosetowym boju. Czy Serbia – aktualny mistrz Europy – będzie faworytem w starciu z młodym włoskim zespołem prowadzonym przez byłego trenera reprezentacji Polski Ferdinando de Giorgiego?

Nie mam pojęcia. Włosi wymienili wielu zawodników i trenera, mają więc nowy bodziec. Grają bardzo dobrze, szczególnie w bloku. Widać, że cieszą się grą, że czują się na boisku ze sobą dobrze, ale spotkają się z zespołem na wskroś ofensywnym, potrafiącym grać wielkie mecze. Serbowie czasami męczą się ze słabszymi rywalami, ale gdy przychodzi wyzwanie, radzą sobie znakomicie. Tyle że Włosi mają argumenty, by zneutralizować wiele ich atutów. Gdybym miał stawiać, postawiłbym jednak 60:40 na Serbów.

Przy założeniu, że pokonamy w sobotę w Spodku Słowenię, to dzień później w finale przyjdzie nam grać z jedną z tych drużyn. Która z nich, Serbia czy Włochy, byłaby dla nas większym wyzwaniem?

Na tym się teraz nie koncentrujemy. Skupiamy się na sobie, na spotkaniu ze Słoweńcami, ale jak już ich pokonamy, to obiecuję, że będziemy gotowi zarówno na Serbię, jak i na Włochów. Wiemy, jak z nimi wygrać.

Wierzył pan, że nasi siatkarze podniosą się tak szybko po porażce w Tokio?

Nie pamiętam podobnej sytuacji, żeby tuż po igrzyskach była kolejna, znacząca międzynarodowa impreza. Francuzi, złoci medaliści z Tokio, nie odegrali tu większej roli, Rosjanie, wicemistrzowie olimpijscy, przegrali z nami i wracają do domu z niczym. Powiem szczerze: my też nie wiedzieliśmy, czego się możemy po tych mistrzostwach spodziewać. A teraz już tylko dwa kroki dzielą nas od podium.

A później nastanie czas pożegnań? Odejdzie kilku starszych zawodników, czy dalej będą stanowić o sile naszej męskiej siatkówki, a może Vital Heynen też zostanie?

Chyba za wcześnie na takie rozważania, wszyscy jesteśmy skoncentrowani na celu jakim jest sobotni mecz ze Słowenią. A co do przyszłości, igrzyska w Paryżu już za trzy lata, a w przyszłym roku są mistrzostwa świata.

Jest więc szansa, że Heynen zostanie?

Niezręcznie mi o tym mówić, mogę tylko powiedzieć, że pracuje mi się z nim bardzo dobrze.

Czy w sobotę i niedzielę katowicki Spodek znów odleci, tak jak to już wielokrotnie bywało?

Wszystko na to wskazuje. Czasy pandemii sprawiły, że polska publiczność jest głodna wielkich emocji i daje temu wyraz, o czym najlepiej przekonaliśmy się w Ergo Arenie w meczu z Rosją. A zawodnicy chyba doceniają ten niesamowity doping jeszcze bardziej niż kiedyś. I to jest właśnie ta mieszanka wybuchowa, która pomaga wygrywać.