Rzeczpospolita: Liga mistrzów świata jest najlepsza na świecie?

Vital Heynen: Nie, w dalszym ciągu najlepsza jest liga włoska. Cztery, pięć czołowych drużyn prezentuje niesamowity poziom. PlusLiga jest za to bardziej wyrównana. Mamy oczywiście złotych medalistów mistrzostw świata, wielu innych, świetnych Polaków, ale gracze zagraniczni to nie jest najwyższa półka. Wyjątkiem jest może Matej Kazijski. Kilku reprezentantów USA niczego nie zmienia. PlusLiga jest druga w Europie, chociaż rosyjskie rozgrywki też o takie miano walczą. Polska jest za to najbardziej atrakcyjna. Macie świetnych kibiców, media interesują się każdym szczegółem. To tworzy wspaniałą otoczkę.

Prawie wszyscy kadrowicze grają w Polsce. To dla pana chyba lepiej?

Trudno powiedzieć, czy to wygodne i dobre. Michał Kubiak grał w Japonii dwa lata, obawiano się o jego formę, a był świetny.  Polska liga jest mocna, ale też bardzo wyczerpująca. Paweł Zatorski, Mateusz Bieniek, ile oni meczów mają na koncie. Bartek Kurek w zimie nie grał, był kontuzjowany, ale na mistrzostwach świata wypadł świetnie. Może lepiej, jeśli zawodnicy są bardziej wypoczęci?

Powtarza pan sobie jeszcze „jestem mistrzem świata”?

Często ta myśl mi towarzyszy, ale czasami życie ją skutecznie wygania z głowy. Pamiętam, że kiedy Bartek Kurek celnie zaatakował pomyślałem: „Okej, świetnie”. Chyba złapałem się za głowę i wbiegłem na parkiet. Może za jakiś czas na to spojrzę? Kilka lat temu zdobyliśmy brązowy medal mistrzostw Europy z reprezentacją Niemiec i tamte sceny obejrzałem może raz. Najlepsze wspomnienia są w głowie, te obrazy, które zachowa umysł. Pamiętam, jak staliśmy z chłopakami w szatni po finale, nie było specjalnej fety, raczej cisza. Smakowaliśmy sukces. Ten obraz zostanie ze mną na zawsze.

Cały wywiad