Czas biegnie dla wszystkich jednakowo, wyznaczany upływem dni i godzin według niewzruszalnych i nieodwoływalnych rządów kalendarzy i zegarów. Wydaje się to logiczne, słuszne i naturalne. Są jednak sprawy i miejsca, a także osoby, dla których czas biegnie inaczej, bo zyskuje odmienny sens i znaczenie.

Czy słusznie ? Na pewno odrzucić trzeba subiektywne poczucie czasu wywołane stanami osobistymi, jak wyczekiwanie, ból, zniecierpliwienie (wtedy czas się dłuży) lub stany sytości, szczęścia czy sukcesów (wtedy czas szybko mija). Każdy może inaczej przeżywać swój czas, co nie zmienia jego natury. Czy można więc zmieniać naturę czasu ponad prawa natury, nadając mu sens i znaczenie swoiste podług woli ustawodawcy? Wydaje się to niemożliwe, ale w świecie normatywnym pojęcie czasu jest normą i miarą. Decydent określa godzinę przyjazdu pociągu, a ustawodawca pozwala na wniesienie odwołania w określonym czasie. Tak pojmowany czas przestaje być częścią świata naturalnego (czasoprzestrzeni) a staje się częścią świata normatywnego (stworzonego przez prawo). Czas normatywny wciąż jednak mierzy się miarą upływającego czasu naturalnego, co nieustannie podważa sens i doskonałość świata stworzonego z norm i nakazów. Każdej normie zagraża zderzenie z prawami natury, które zazwyczaj nieubłaganie zwyciężają. Kiedy więc normatywne używanie czasu ma sens, a kiedy jest skazane na przegraną z prawami natury i rozsądku.

Czytaj więcej

Zadaniowy czas pracy w sądach - Ryszard Sadlik o pracy sędziów i asystentów sędziów

Sprawność postępowania sądowego – podejście właściwe, ale niewystarczające

Trudno jest wskazać, ile powinna trwać sprawa sądowa, ponieważ każda jest inna, a ponieważ przebiega w różnym miejscu i czasie oraz okolicznościach, nie można z góry określić, ile powinna trwać, a w szczególności kiedy trwa za długo. Prawo do rozpatrzenia sprawy przed niezawisłym sądem we właściwym czasie stanowi fundament praworządności, dlatego nie mogło go zabraknąć w konstytucji, prawie wspólnotowym oraz konwencjach międzynarodowych. Żadna norma nie ma szans na realizację, jeżeli zabraknie do niej odpowiedniej sankcji. Skargę na naruszenie prawa strony do rozpoznania sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przewiduje ustawa z 17 czerwca 2004 roku (DzU nr 179, poz. 1843). Pozwala ona stronie wnieść skargę o stwierdzenie, że w postępowaniu sądowym, którego skarga dotyczy, nastąpiła przewlekłość postępowania.

Zgodnie z ustawą przewlekłość postępowania zachodzi, gdy:

1) postępowanie trwa dłużej, niż to konieczne dla wyjaśnienia okoliczności faktycznych i prawnych, które są istotne dla rozstrzygnięcia sprawy,

2) postępowanie trwa dłużej niż to konieczne do załatwienia sprawy egzekucyjnej lub innej dotyczącej wykonania orzeczenia sądowego.

Przepisy te od dawna obowiązują, ale niczego w istocie nie zmieniły. Ponieważ bez względu na zmieniające się rządy, kolejne nowelizacje przepisów, falowanie poglądów ustawodawcy i deklaracje polityków – ilość spraw sądowych nie maleje, ale rośnie, a ich czas wciąż się wydłuża. Sankcjonowanie przewlekłości jest przecież działaniem objawowym, a nie sanującym przyczyny. Można więc głosić sędziom wykłady na temat objawów przewlekłości i jak się przed nią bronić, ale ta wiedza w żaden sposób nie przyspieszy jakiegokolwiek zapóźnionego postępowania. Warto więc przyjąć, że sprawność postępowania jest pojęciem następczym i ocennym, zadziała ex post i zmierzy co było – ale żadnego postępowania nie przyspieszy. Aby przyspieszyć bieg spraw sądowych, potrzeba innego podejścia – działającego przed, a nie po – stymulującego, ułatwiającego i wspomagającego, zamiast oceniającego.

Autopromocja
Historia Uważam Rze

Teraz z darmową dostawą i e‑wydaniem gratis!

ZAMÓW

Skłonność do przewlekłości ukryta jest w genach procedury

W każdej sprawie są do wykonania określone czynności, a procedury regulują sposoby ich realizacji. Kiedy popatrzymy na rozwój gospodarczy, to główną jego cechą jest nieustanny postęp technologii. A technologia (know-how) oznacza wiedzę i umiejętności na temat tworzenia coraz to doskonalszych produktów możliwie najmniejszym nakładem pracy i kosztów. Żyjemy w czasach, kiedy świat gwałtownie przyspieszył i trzeba być ślepym, głuchym lub głupim, aby tego nie zauważać. Dostajemy więc coraz lepsze produkty pozwalające na łatwiejsze życie, a koszty takiego życia nie rosną, ale stają się powszechnie dostępne. Jest to możliwe dzięki stałym ulepszeniom samych produktów, metod i organizacji wytwarzania dóbr. Komputery, samochody, telefony, odzież, nawet podróże i sposób spędzania wolnego czasu są tego dowodem, a ponieważ wszyscy z nich korzystają – także wszyscy powinni to zauważać i doceniać.

Szczególnego znaczenia i wartości nabierają dobra niematerialne, jak programy komputerowe i technologie – do których wytworzenia nie potrzeba materiałów ani energii, a zasadniczym kosztem jest ludzki wysiłek intelektualny. Taki postęp zawdzięczamy nieustannej pracy poświęconej samym produktom, materiałom, z których są zrobione, metodom produkcji i organizacji przedsiębiorstw. W tym miejscu wypada zapytać, czy w zakresie postępowania sądowego i organizacji sądów poczyniono podobne starania? Bo jeśli w ramach kolejnych nowelizacji przybyło przepisów i czynności, to należało się spodziewać wydłużenia postępowania, a odwrotne nadzieje wydają się nielogiczne. Jeżeli jednak z jakichś powodów nałożenie na sądy dodatkowych czynności jest rzeczywiście konieczne, to należało rozpatrzyć, czy nie ma jakichś zbędnych czynności do usunięcia.

Gdyby zaś i to okazało się niemożliwe, rozsądek nakazuje przygotować narzędzia ułatwiające i przyspieszające pracę. Można też rozważyć, w jakim stopniu odciążyć sądy, dzieląc pracę pomiędzy stronami a sądem, czy pomiędzy sądami a np. biegłymi lub innymi organami. Pierwszy wybór sprowadza się nie tylko do preferowania kontradyktoryjności przed postępowaniem inkwizycyjnym, ale ma więcej niuansów. Wiele można uzyskać poprzez przemyślane wymagania formalne. Przykładowo; większość pism, jakie wpływają do mojego wydziału gospodarczego, jest napisana w sposób niezwykle rozwlekły i trzeba sporo pracy, żeby je zrozumieć, wyłuskując sens rozwleczony na kilkudziesięciu stronach pisma i setkach lub tysiącach stron załączników.

Używanie komputerów pozwoliło produkować spam, a nawet bełkot (nie tylko) prawniczy i posyłać go sądom bez żadnych ograniczeń (i wstydu), a potem narzekać na przedłużanie sprawy. Powszechną praktyką jest podsyłanie sądom bezmyślnie tych samych kserokopii kilka razy, wnoszenie nowych pism tej samej treści co poprzednie, wnioskowanie świadków na każdy temat, a zwłaszcza w sprawach wykazanych już dokumentami itd. Jeżeli bezmyślne zawracanie sądom głowy będzie tolerowane, to nie ma szans na szybkie postępowanie. Można temu przeciwdziałać, np. poprzez wnoszenie pism z pomocą aktywnych formularzy elektronicznych i elektronicznego dziennika podawczego. Obecna zasada komunikacji z sądem, za pomocą pism produkowanych elektronicznie, a następnie drukowanych i przetwarzanych papierowo, pokazała, że łączy wszelkie wady obu technologii, ale nie ma zalet żadnej z nich. Papierowa technologia dyscyplinowała poprzez fizyczny nakład pracy konieczny do wytworzenia korespondencji (pisma były zwięzłe), kopiowanie dokumentów było utrudnione (nie zaśmiecano dokumentacji), a obieg dokumentów i procedury były proste i przejrzyste (bo tak wystarczało lub inaczej się nie dało). Technologia cyfrowa pozwala na kopiowanie i wklejanie, powielanie i mnożenie dokumentacji bez wysiłku – wymaga więc dyscypliny, która skutecznie działa tylko na etapie tworzenia danych i wprowadzania ich do obrotu, czyli na drodze elektronicznej. Technologie papierowe były z natury powolne, ale pisma wydrukowane z komputera i wysłane pocztą nie są szybsze. Natomiast pismo z komputera plus załączniki z kserokopiarki zawsze jest dłuższe i bardziej zaśmieca akta niż pisma pracowicie wystukane na maszynie do pisania.

Używanie komputerów pozwoliło produkować spam, a nawet bełkot (nie tylko) prawniczy i posyłać go sądom bez żadnych ograniczeń (i wstydu), a potem narzekać na przedłużanie sprawy

Aby być szybkim, trzeba używać stopera, wciąż pracować na formą i umiejętnościami

Tak robią sportowcy, ale także przedsiębiorcy, bo muszą liczyć koszty. Każdy przedsiębiorca ma ograniczone zasoby, a konieczność zarabiania (esencja przedsiębiorczości) stale zmusza do kontroli efektywności i zwiększania wydajności. Oznacza to po prostu, żeby z każdej godziny pracy i poniesionych kosztów uzyskać jak najwięcej pożytku. Osiąga się to przy wykorzystaniu narzędzi wspomagających pracę oraz organizacji. Nowoczesność sprawia, że wszelkie żmudne i uciążliwe prace mogą i powinny wykonywać maszyny, a człowiek winien robić tylko to, czego maszyny jeszcze nie potrafią lub nie mogą. Ponieważ fabryki raczej nie są do zwiedzania dla publiczności, możemy to obserwować gdzie indziej, np. przy budowie dróg. Nie ma powodów, aby sądy miały być wyłączone od takiego traktowania. Można łatwo sprawdzić, jaka jest rzeczywista produktywność administracji sądowej i porównać ją z produktywnością biura biznesowego. Są różne wskaźniki aktywności pracowników sądowych, ale niestety większość z nich nie ma żadnej wartości albo wprowadza w błąd. Nie chodzi przecież o to, ile czynności wykonują pracownicy, ale czy te czynności mają sens i na ile okazują się skuteczne. Sprawność i skuteczność działania były przedmiotem poważnych studiów od dawna i w różny sposób. Jako przykład nagannej afirmacji cynizmu w działaniu wymienia się „Księcia" Machiavellego.

W 1890 roku Alfred Espinas użył nazwy „prakseologia" dla „gramatyki czynu", czyli nauki o metodach robienia czegokolwiek w jakikolwiek sposób. 30 lat później Eugeniusz Słucki wprowadził pojęcie prakseologii do języka polskiego i nauki. Prakseologia jako nauka zrosła się jednak z osobą Tadeusza Kotarbińskiego, ponieważ na całym świecie jest on uznawany za ojca wiedzy o sprawnym działaniu, głównie za sprawą „Traktatu o dobrej robocie". Pierwsze wydanie tej książki miało miejsce w 1955 roku, bardzo szybko pojawiły się przekłady na angielski, japoński, niemiecki, rosyjski. Obecnie nie ma biblioteki na świecie, gdzie na półce nie stałyby książki Kotarbińskiego. Być może dzieła autorów epoki bez komputerów nie przemawiają do współczesnego decydenta.

Dlatego pytanie zadane w języku epoki cyfrowej brzmi – ile się trzeba naklikać, żeby wykonać poszczególne zadania, a ile jest zadań, kiedy żadne klikanie nie pomoże? Ponieważ całość oficjalnego obiegu dokumentów odbywa się na papierze, jest więc „nieklikalna" i zabiera większość czasu postępowania sądowego. Gros reszty czasu zabierają zmagania z nadmiarem danych wyprodukowanych elektronicznie (brak kontroli) i niestrawnych do efektywnego wykorzystania na drodze papierowej.

Komunikacja elektroniczna nie oznacza jeszcze akt elektronicznych, które nie są niezbędne

Sądy to wielki sekretariat zajmujący się głównie obiegiem pism oraz prowadzeniem akt. Czynności podejmowane przez sędziów są jedynie obsługiwane przez administrację sądową i w małej części prowadzą do powstawania akt sprawy. Może to paradoks, ale esencjonalne dla sądu jako instytucji są działania administracyjne i biurowe służące obsłudze orzekania. Samo zaś orzekanie nie należy do zadań sądów tylko do sędziów, a chociaż sędziowie nie są sądami, to bez sądów orzekać nie mogą. Odnotowanie tego jest konieczne, aby pokazać że niezbędna dla prawidłowego funkcjonowania sądów jest ich kompatybilność z otaczającym światem. Jeżeli większość danych we współczesnym świecie pochodzi ze źródeł cyfrowych, a ich przekazywanie odbywa się cyfrowo – to sądowa komunikacja ze światem też powinna być cyfrowa. Pierwszym sposobem na poprawę w sądach jest więc wprowadzenie komunikacji elektronicznej z sądami. Podkreślenia wymaga „komunikacji elektronicznej" a nie „akt elektronicznych". Bo problemem sądów jest komunikacja (wymiana danych), a nie sposób prowadzenia akt. A jak powinny wyglądać akta, to będzie zależało od tego, czy i jak ta komunikacja zostanie zorganizowana. Papierowe wysyłanie dokumentów trwa tygodniami, co powoduje, że wymagany prawem obieg dokumentów trwa już miesiącami, a całość postępowania zawierającego w sobie kilka takich cyklów będzie trwać nie miesiące, ale lata.

Tymczasem przesyłanie elektroniczne dokonuje się w sposób prawie natychmiastowy, czyli czas każdego postępowania da się „odchudzić" w ten sposób radykalnie. Ponadto dane przychodzące w sposób elektroniczny mogą być automatycznie segregowane i analizowane, wspomagając czynności wykonywane dotąd ręcznie sporym nakładem pracy, wysiłku i czasu. Obieg elektroniczny jest więc pierwotny, a akta są wtórne według prostej zasady „jakie dane, takie akta". Ponadto akta elektroniczne zgodnie ze swoją naturą powinny powstawać samodzielnie, co stanowi o ich przewadze nad papierowymi. Rzekomą przeszkodą dla akt elektronicznych jest konieczność konwersji niektórych danych do postaci cyfrowej, z czym wiąże się wiele kosztów i problemów.

Jest to oczywista nieprawda, ponieważ akta mogą być hybrydowe i już dzisiaj takie są. Szkoda więc czasu na dyskusje o aktach, kiedy prawdziwym problemem do rozwiązania jest komunikacja elektroniczna. Podsumowując – wystarczy skopiować i odpowiednio adaptować zasady bankowości elektronicznej w połączeniu z technologiami sklepów internetowych – tam wszystkie konieczne funkcje są już obecne, sprawdzone i dostępne.

Nienormowany czas pracy sędziów – oszukujemy siebie i szkodzimy nie tylko sobie

Zgodnie z art. 83 ustawy – Prawo o ustroju sądów powszechnych „czas pracy sędziego jest określony wymiarem jego zadań". Niestety, dominująca wykładnia tego przepisu bliższa jest regułom pracy nakładczej niż powadze urzędu sędziego.

Uznaje się bowiem, że sędzia powinien pracować tyle ile trzeba, aby opanować tzw. wpływ, czyli załatwić wszystkie przypadające na niego i przydzielone mu w danym czasie sprawy. Jeżeli więc w danym roku na sędziego wypadło 600 spraw, to powinien załatwiać około 55 miesięcznie (ma miesiąc urlopu). Ma więc tyle pracować, ile potrzeba do załatwienia tych 55/600 spraw. Kiedy spraw wpłynie więcej o np. połowę, to ma pracować 50 proc. więcej, a jeśli dwa razy – to 100 proc. Nieopanowanie wpływu jest uważane za lekceważenie obowiązków i prowadzi do deliktów karanych dyscyplinarnie. Czas pracy sędziów tak pojmowany prowadzi więc do dwóch możliwych wniosków:

1) sędziowie mogą pracować tyle, ile trzeba, bo nie obowiązują ich takie prawa natury, jak 24 godziny na dobę, a także obowiązki rodzinne, społeczne oraz prawo do życia osobistego,

2) sędziowie znajdą sposób, aby opanować wpływ, ale ktoś inny za to zapłaci, kiedy ilość stanie się ważniejsza od jakości pracy.

Prawidłowe pojmowanie nienormowanego czasu pracy sędziów musi więc mieć inne znaczenie. Sędzia może i powinien tak organizować sobie pracę, aby swoje obowiązki wykonywać właściwie i terminowo. Nie powinien np. wydawać kilkunastu wyroków jednego dnia, ponieważ nie zdąży napisać terminowo dla nich uzasadnienia. Nie można oczekiwać, aby sędzia pracował przeciętnie ponad 40 godzin tygodniowo, ale można oczekiwać, aby popracował trochę w niedzielę przed poniedziałkową wokandą. Jeżeli jednak sądy mają działać sprawnie, to należy pamiętać o odpoczynku, który jest obowiązkiem, a nie prawem – ponieważ warunkuje zdolność do wydajnej i odpowiedzialnej pracy.

Terminy sądowe i brak terminów sędziowskich

Terminy sądowe powinien wyznaczać sąd odpowiednio do sytuacji także w uzgodnieni ze stronami – np. do złożenia dodatkowych wyjaśnień lub odpowiedzi drugiej stronie. Są też terminy ustawowe, które wynikają wprost z ustawy i powinny być rygorystycznie przestrzegane (np. termin do wniesienia apelacji). Brakuje jednak osobnej kategorii terminów związanych z osobistą czynnością osoby dokonującej czynności sądowej – głównie sędziego lub referendarza. Taka czynność może być spełniona tylko osobiście przez tę osobę i nie można jej zastąpić, np. uzasadnienie musi napisać i podpisać sędzia, który wydał wyrok. W takim przypadku upływ terminów powinien uwzględniać osobiste, ale obiektywne, możliwości tej osoby (np. urlop czy choroba), a odpowiednia norma prawna powinna to uwzględniać.