Sądową batalią Johnny’ego Deppa i Amber Heard, którą hollywoodzki supergwiazdor oskarżył o zniesławienie, ekscytował się cały świat. Czy o to chodziło od początku? Jeśli nawet, to fala brudów, które się wylały, przekroczyła skalę, jaką zakładałby spec od kształtowania wizerunku planujący medialny proces, który uratuje nadszarpnięty zarzutami przemocy domowej image znanego aktora. W grze mamy nie tylko dobre imię, ale też dziesiątki milionów dolarów, o które sądziły się strony.

Zaszliśmy tak daleko, że ci, którzy czuli tę potrzebę dowiedzieli się, co gwiazdor „Piratów z Karaibów” miał robić w swoim domu, gdy był pod wpływem alkoholu czy narkotyków oraz jakie niespodzianki zostawiała mu w łóżku pani Heard. Hollywood rozdzielił poparcie na obie strony procesu, który sąd w Wirginii nie tylko postanowił prowadzić jawnie, ale wręcz transmitować na cały świat. Bo sędzia Penney Azcarate uznała, że kamery w sali rozpraw realizują interes społeczny – obywatele mają prawo się dowiedzieć, jak działa system wymiaru sprawiedliwości. I tak się stało.

Czytaj więcej

Marek Domagalski: Kiedy będzie można wejść do sądu z ulicy

Trudno orzec, jakie nauki zostaną wyciągnięte z tej globalnej edukacji prawnej – szczególnie dla ofiar przemocy domowej. Czy po tym procesie będzie więcej ujawnień #MeToo? Wątpię.

W Polsce taka jawność rozprawy o zniesławienie jest wręcz nie do wyobrażenia. Decyzja w tym przedmiocie należy do sądu, ale też do pokrzywdzonego, który występuje z pozwem lub oskarżeniem karnym. I interes społeczny sąd zawsze konfrontuje z interesem prywatnym wszystkich podsądnych. Dlatego publiczne pranie brudów w polskim sądzie jest wykluczone.

Ale radykalna jawność to jedna strona zagadnienia. Jest i druga – bezzasadna tajność. Czasem sąd dla własnej wygody ogranicza konstytucyjne prawo do jawnego rozpoznania sprawy. O podobnym przypadku zaalarmowała niedawno fundacja Court Watch Polska, wskazując na cywilny proces, w którym sędzia nie dopuścił do udziału w sprawie obserwatora, choć żadna ze stron procesu się nie sprzeciwiała. Gdy próbowano sprawę wyjaśnić, przywołano argument tajemnicy przedsiębiorstwa – o której zachowanie owa firma nie zabiegała. No ale sąd uważa, że wie lepiej, jak rozumieć konstytucję. Być może to przyzwyczajenie po pandemii, gdy wszystko było tajne, czyli szybsze. Szkoda, że sąd nie widzi pożytków ze społecznej kontroli swej pracy.