fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

regiony.rp.pl

Rafał Siemaszko, były piłkarz Arki Gdynia: nie ruszam się z domu

Fot. Pixabay
Arka Gdynia gra bez legendarnego zawodnika: szeregi drużyny opuścił Rafał Siemaszko. Nam opowiada o swojej sytuacji.

„Rzeczpospolita”: Zamieścił pan na Facebooku smutny wpis o rozstaniu z Arką. Nie można się było porozumieć?

Rafał Siemaszko: Przyznam, że rozmowa nie była przyjemna. Nie dość, że klub nie miał dla mnie propozycji dalszej współpracy, to jeszcze rozmawiano ze mną w sposób daleki od elegancji.

Kto rozmawiał?

Ojciec nowego właściciela klubu pan Jarosław Kołakowski i dyrektor sportowy Antek Łukasiewicz, mój dawny kolega z boiska.

Dziwne, że nie było na spotkaniu syna Jarosława Kołakowskiego, Michała, który jest właścicielem i prezesem. To kto rządzi Arką?

To już nie jest moje zmartwienie. Szkoda mi jednak Arki, bo spędziłem tu najpiękniejsze lata swojego życia. Miałem takie poczucie, że mógłbym jeszcze grać, świadczyły o tym bramki strzelane w dużych grach wewnętrznych jak i treningach, każdy mnie chwalił, włącznie z trenerami. A potem zaczynał się mecz o punkty, a ja zostawałem na ławce .

Kiedy patrzyłem na Arkę w ostatnim sezonie, to niczego nie rozumiałem np. przykład tego, że pan siedział na ławce, a Bułgar Aleksandyr Kolew, Holender Fabian Serrarens czy Oskar Zawada zajmowali miejsce na boisku. Oni strzelili w sumie jedną bramkę. 

Wszystko się nam posypało w ostatnim sezonie. Nie chcę jednak mówić konkretnie kto zawalił, bo ja tam byłem tylko pracownikiem, który lubił to, co robi. Kiedyś w klubie była taka atmosfera, że gdyby przyjechał Juventus albo Barcelona, to też byśmy walczyli. Moglibyśmy przegrać, ale po walce. Każdy wychodził na boisko i wiedział co ma robić.

Kiedy tak było?

Za czasów trenerów Grzegorza Nicińskiego i Leszka Ojrzyńskiego. „Nitek” grał ze mną w Rumii. Ja tam spędziłem pół życia, strzeliłem dla Orkanu ponad sto bramek. Stamtąd, z 23 golami w sezonie na koncie, w roku 2010 przeszedłem do Arki. I zderzyłem się ze ścianą, bo to już był zdecydowanie wyższy poziom. Nic mi początkowo nie wychodziło. Potrafiłem odciąć się od komentarzy, pomyślałem sobie: przynajmniej jestem w domu, wśród swoich, kiedyś to się musi odwrócić.

Patrzę na pańską karierę i widzę w niej kluby wyłącznie z Pomorza. Pan był zawsze w domu.

To prawda. Urodziłem się w Wejherowie, od szóstego roku życia grałem w Orkanie Rumia, potem krótko pierwszy raz w Arce, przez dwa sezony w Gryfie Wejherowo, sezon w Chojniczance i od 2015 ponownie w Arce. Można powiedzieć, że nigdzie poza Pomorze się nie ruszam i bardzo mi z tym dobrze.

I to się teraz nie zmieni?

Nie wiem. Mam 33 lata i kilka propozycji gry w klubach od pierwszej do trzeciej ligi. Niektóre są blisko Trójmiasta, ale również z południa Polski. Dobrze się czuję i jeszcze chętnie bym pograł. Ale są też inne pomysły. Wcześniej czy później chciałbym nawiązać współpracę z miastem Gdynia, wspierać, promować w różnych projektach, aby ta nasza nadmorska miejscowość była jeszcze bardziej znana.

Gram w Arce, mieszkam w Gdańsku, pracowałem w stoczni w Gdyni, organizuję zbiórki pieniędzy na aukcjach charytatywnych, mających pomóc osobom potrzebującym i hospicjum. Oddałem na nie swoje medale za puchar i Superpuchar Polski oraz koszulki. Rozkręciłem akcję na Facebooku #gramyTosia, na rzecz chorej dziewczynki, dla której zbieramy pieniądze na leczenie. Udało mi się wciągnąć w to nie tylko kolegów piłkarzy, ale i innych sportowców, m.in. Marcina Gortata. No i wylicytowałem na aukcji pióro prezydenta Szczurka z tak zwanej bursztynowej kolekcji. Pieniądze trafiły do Tosi. Zresztą prezydent przychodził często na mecze Arki, więc z tych wszystkich powodów dobrze się znamy. Być może efektem tych relacji w przyszłości będzie moja praca w jakiejś roli dla miasta, co było by dla mnie ogromnym wyróżnieniem i powodem do dumy.

Jest pan jednym z najbardziej lubianych sportowców Gdyni…

Faktem jest, że czuję wsparcie ludzi, sympatię, żeby to nie zabrzmiało jakoś tak, że jestem ulubieńcem. Myślę, że kibice oraz mieszkańcy Gdyni doceniają u sportowców prawdziwe zaangażowanie, w odróżnieniu od takiego na pokaz. Z demonstracyjnym całowaniem klubowego godła, co kilka miesięcy innego. Zna pan relacje między kibicami Arki i Lechii. Chemii to tam nie ma. Ja gram w Gdyni, a mieszkam w Gdańsku. Kiedyś, w ciągu dnia, w pewnym gdańskim lokalu grupa kibiców w biało-zielonych szalikach najpierw mi się długo przyglądała, a potem do mnie ruszyła. Zacząłem szybko analizować sytuację, a oni podeszli tylko po to, żeby powiedzieć: jesteś w porządku. Chojniczanka, dla której strzeliłem parę bramek ma zgodę z Lechią. Przez ostatnich pięć sezonów grałem dla Arki. To nie ma znaczenia, jeśli wszędzie jesteś uczciwy. Nawet ultrasi to docenią.

Słyszałem, że miał pan jednak chwile załamania i to nie teraz, oglądając mecze z ławki, tylko kilka lat wcześniej.

Nawet kilkanaście. Jako młody chłopak grałem w Rumii na poziomie trzeciej ligi. Nieźle mi szło, ale ambicje sięgały wyżej, a żaden lepszy klub o mnie się nie pytał. Uznałem, że gra w trzeciej lidze nie ma sensu i poszedłem do pracy w wyuczonym zawodzie.

To znaczy?

Jestem technikiem budowy okrętów. Przez dwa lata pracowałem razem z moim tatą w stoczni „Nauta”. Nawet zdarzył się jeden miesiąc, w którym przepracowałem trzysta godzin w miesiącu przy średniej normie 180 godzin. W soboty, niedziele. To była praca polegająca na szlifowaniu blach przy remontach statków. Bywałem tak zmęczony, że zasypiałem przy szlifierce. Tam nabrałem szacunku dla ludzi i pracy. Wszystko, co działo się później mogę w porównaniu z tą harówką nazwać spełnianiem marzeń.

Wspomniał pan jednak o odbijaniu się w Arce od ściany.

Za pierwszym razem tak było, za to podczas drugiego podejścia znalazłem się wprawdzie wśród lepszych, ale swoich. Dorastałem z każdym treningiem, uczyłem się, aż w końcu zacząłem dostawać za naukę nagrody. Strzeliłem bramkę w Pucharze Polski, potem dwie w kolejnych meczach, kibice zaczęli skandować moje nazwisko. Stałem się dla nich „Siema” albo „Siemka”. To mnie niosło. Stworzyliśmy z Pawłem Abbottem parę niezwykłych napastników. On wysoki, potężny, ja nieduży, pętający się między nogami obrońców.

A mimo to najważniejsze bramki strzelił pan głową. Takie, które zostały zapamiętane. Żal odchodzić, mając taką pozycję.

Nie chciałem rozstawać się z Arką, ale przynajmniej mam co wspominać. Kiedy w roku 2017 dotarliśmy do finału rozgrywek o Puchar Polski to był szok. W lidze szło nam średnio, w kwietniu trenera Nicińskiego zastąpił Leszek Ojrzyński. Arka miała grać w finale pierwszy raz od 38 lat, z Lechem, który w marcu ograł nas w Gdyni 4:1.

Zmiana trenera wyszła wam jednak na dobre.

„Nitek” był moim kolegą z boisk Rumii i Wejherowa, jako były zawodnik dobrze nas rozumiał, więc jego odejście było przykre. Ale trener Ojrzyński okazał się chyba najlepszym, jakiego miałem. Wiedział jak do nas podejść, miał wiele sposobów motywacji, nigdy nie uważał, że stoimy na straconej pozycji i ta wiara nam się udzielała. Poszlibyśmy za nim w ogień.

Jednak w najważniejszym meczu na pana nie postawił.

To fakt. Spodziewałem się, że na finał Pucharu Polski wyjdę w pierwszym składzie. Bardzo to przeżyłem. Wypełniony Stadion Narodowy, hymn, kilka tysięcy kibiców z Gdyni, wśród nich moja rodzina, cała wyjątkowa otoczka, a ja nie na boisku, tylko na ławce. Pocieszaliśmy się z siedzącym obok Przemkiem Stolcem, że nasza godzina wybije, wszyscy nas zapamiętają, bo wyjdziemy i zrobimy swoje.

I pan w to wierzył?

Oczywiście. Nie wiedziałem co się stanie, ale wierzyłem. W 55. minucie trener wpuścił mnie na boisko za Marcusa. Nie do ataku, a na prawą pomoc. Nie moja pozycja, ale okej, w finale mógłbym zagrać nawet na bramce. Biegamy, biegamy, czas ucieka, a tu nic – wciąż jest 0:0. Pierwszy kwadrans dogrywki i nadal bez bramek. Wreszcie Adam Marciniak dośrodkował z lewej strony. Z samej linii bocznej. On tak zawsze robił na treningach i wielu meczach, a kiedy piłka leciała wysoko ja myślałem tylko o jednym: byle ją trafić. Zrobiłem ruch na pierwszy słupek, stoperzy Lecha dali się nabrać, ja się cofnąłem i uderzyłem piłkę środkiem głowy. Nieczysto, ale na tyle dobrze, że wpadła do siatki. To był szał, najszczęśliwszy moment w moim życiu. Na najważniejszym stadionie w Polsce parę tysięcy ludzi krzyczy „Sie-masz-ko, Sie-masz-ko!”, a Arka wygrywa. Dla takich chwil uprawia się sport.

Siedząc na trybunach miałem wrażenie, że chociaż do końca pozostawało co najmniej trzynaście minut, to Lech bardzo ten cios odczuł i już się nie podniesie.

My na boisku wcale tak nie myśleliśmy. Pierwsza myśl to: co się stało? Prowadzimy 1:0, przecież nie tak miało być, to Lech miał nas zdominować. Bronimy się dalej. Ojrzyński wykrzykiwał z ławki znane nam rady na takie sytuacje, abyśmy biegali, „ofiarnie przeszkadzali”, przerywali ataki Lecha. Byle tylko wybić przeciwnika z rytmu. Aż cztery minuty później Luka Zarandia przeprowadził akcję życia, po której zdobył drugą bramkę. Biegłem resztkami sił środkiem boiska, z myślą, że poda mi piłkę. Ale on wybrał inny wariant, już mieliśmy dwa gole przewagi i nadal się baliśmy. Kiedy Łukasz Trałka strzelił kontaktową bramkę do końca pozostawało około minuty – dwóch. Już wiedzieliśmy, że zdobyliśmy puchar.

Kilka tygodni później strzelił pan głową inną historyczną bramkę dla Arki: w ostatniej minucie pucharowego meczu z Midtjylland.

Ona ma swój podtekst. Dawała nam zwycięstwo 3:2, a za to właściciel obiecał drużynie sporą premię za zwycięstwo. Żartowaliśmy sobie po meczu, że już schował pieniążki do kieszeni w doliczonym czasie, a potem jednak trzeba było je wyjąć i przekazać to co się obiecało.My byliśmy podwójnie szczęśliwi. Miło, że jest co wspominać.

No to sie ma.

Siemka.

Źródło: regiony.rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA