fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

regiony.rp.pl

Reforma podatkowa PiS uderzy mocniej w biedne miasta

fot. adobestock / marcinbawiec
Im więcej bogatych podatników, tym mniejsze straty dla samorządu – takie mogą być konsekwencje rządowych propozycji. To dobrze brzmi, ale tylko dla metropolii.

Wielka rewolucja podatkowa zapowiedziane przez PiS w programie Polski Ład ma kosztować samorządy 10–11 mld zł ubytków w dochodach z PIT. – Stracą na tym wszystkie samorządy – komentuje Sławomir Dudek, główny ekonomista Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju.

– Ale, nieco paradoksalne, relatywnie najbardziej stracą nie te wielkie aglomeracje, gdzie jest najwięcej bardziej zamożnych pracowników płacących PIT, ale miasta z przeciętnie rozwiniętym rynkiem pracy, gdzie większość osób ma płace poniżej średniej krajowej – analizuje.

PIT w nowej odsłonie

Takie konsekwencje może mieć dosyć skomplikowana konstrukcja proponowanych zmian. Rząd chce wprowadzić kwotę wolną od podatku w wysokości 30 tys. zł rocznie, podnieść próg podatkowy z 85 tys. do 120 tys. zł rocznie oraz zlikwidować możliwość odliczania składki zdrowotnej od podatku.

W sumie te zmiany będą korzystne dla podatników (i niekorzystne dla lokalnych budżetów) o zarobkach brutto do ok. 6 tys. zł na miesiąc, a osoby o dochodach do 2,5 tys. zł (czyli nieco poniżej płacy minimalnej) przestaną płacić PIT w ogóle. Jak szacuje resort finansów, takich osób może być łącznie w Polsce 9,5 mln.

Dla osób o dochodach 6–11 tys. zł zmiana ma być neutralna dzięki uldze dla klasy średniej (choć nie wiadomo, z jakich źródeł ma być ona finansowana). Z kolei dla pracujących o wyższych zarobkach zmiany będą niekorzystne (za to wspomogą finanse publiczne), bo zaczną płacić więcej PIT. W tej grupie nawet 30 tys. zł kwoty wolniej nie zrekompensuje strat wynikających z braku odpisu składki zdrowotnej.

Strzał w kolano

– Skutki tych zmian dla finansów samorządowych nie są łatwe do oszacowania, brakuje dokładanych projektów i oceny skutków proponowanych regulacji – zastrzega Krzysztof Żuk, prezydent Lublina. Ale wedle bardzo wstępnych wyliczeń na samej podwyżce kwoty wolnej do 30 tys. zł miasto może stracić ok. 160 mln zł rocznie, zaś w wariancie i wyższej kwoty wolnej, i braku odpisu od PIT składki zdrowotnej straty mogą wynosić ok. 50 mln zł.

– Na reformie podatkowej w proponowanym kształcie mogą zyskać bogatsze jednostki samorządu terytorialnego, w tym duże miasta, w których średnia płaca jest wyższa od średniej płacy w kraju – ocenia Żuk. – Większy ubytek w dochodach odnotują natomiast samorządy, w których mieszkańcy zarabiają mniej od średniej krajowej – dodaje.

Dla nas to może być strzał w kolano – mówi nam Anna Niedźwiedź, skarbnik miasta Leśna.

– Nasi mieszkańcy nie są zamożni, mamy dużo osób korzystających z pomocy społecznej, bogatych podatników za to nie mamy. Podwyżka kwoty wolnej do 30 tys. zł i brak wpływów z PIT z tego tytułu dobije nasz budżet – zaznacza. I ostrzega, że miastu może zabraknąć pieniędzy na realizację bieżących wydatków i zobowiązań.

Mało bogatych

– Na terenie naszego miasta większość pracujących mieści się w przedziale do 120 tys. zł dochodów rocznie, grupa „bogatych” podatników jest bardzo nieliczna, więc będziemy stratni na reformie w pełnym wymiarze – szacuje Łukasz Dłubacz, skarbnik Nowego Targu. I podkreśla, że w ostatnich latach sytuacja na lokalnym rynku pracy poprawiła się, więcej osób pracuje, więc i wpływy z podatków wzrosły, ale nie na tyle, by starczyć na pokrycie kosztów tak dużych reform podatkowych.

– Dla miast, gdzie mediana wynagrodzeń jest poniżej średniej krajowej, ubytek w dochodach z PIT może być bardzo znaczący, relatywnie większy niż w metropoliach – analizuje Grzegorz Cichy, burmistrz Proszowic i prezes Unii Miasteczek Polskich.

– W wielu miejscach w Polsce największym pracodawcą jest sfera budżetowa, szkoły, szpitale, publiczne urzędy itp. A tu zarobki nie są przecież wysokie – wylicza. Za to w wielkich miastach – jak zauważają nasi rozmówcy – rynki pracy są bardziej dynamicznie, tam skupia się nowoczesny biznes, swoje siedziby mają największe firmy i wszystkie urzędy centralne. Nic dziwnego, że tych wyższych zarobków jest znacznie więcej.

Dochodowe puzzle

Potwierdzają to badania GUS „Stratyfikacja dochodowa mieszkańców miast”. Wynika z nich, że najzamożniejsi w całej Polsce są mieszkańcy Warszawy. Mediana dochodów pracowników najemnych wynosi tam ok. 55 tys. zł rocznie, czyli 4,6 tys. zł na miesiąc (mediana oznacza, że połowa zarabia mniej niż dana kwota, a połowa więcej). Dla porównania, w ostatnim w tym zestawieniu mieście Cedynia mediana wynosi niecałe 2 tys. zł na miesiąc.

Z raportu GUS wynika, że w ok. 130 miastach na 900 zbadanych mediana dochodów jest niższa niż 2,5 tys. zł na miesiąc. Są one rozrzucone po całej Polsce, ale najwięcej jest ich w woj. dolnośląskim, pomorskim i wielkopolskim. Wśród miast o najwyższej medianie (powyżej 3,5 tys. zł) oprócz Warszawy są Poznań, Gdańsk, Kraków, Wrocław i cała masa miejscowości otaczających metropolie oraz tych wysoko uprzemysłowionych.

Odrębną kwestią są gminy, w tym głównie wiejskie i wiejsko-miejskie, gdzie dominuje działalność rolnicza. Tu wpływy z PIT do lokalnych budżetów są w ogóle niskie i nie stanowią podstawy polityki wydatkowej i rozwojowej samorządu.

– Trudno dziś wyliczyć, ile dokładnie straci dana jednostka samorządowa, ale pewne jest, że stracą wszyscy – podsumowuje Andrzej Porawski, dyrektor Biura Związku Miast Polskich. – Dlatego oczekujemy, że rząd przygotowuje kompleksową zmianę systemu finansowania samorządów w Polsce, która ustabilizowałaby strumień dochodów własnych, uniezależniając je od decyzji politycznych na szczeblu centralnym – zaznacza.

OPINIE

Fot. Robert Gardzinski/Fotorzepa

Cezary Trutkowski, prezes zarządu Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej

Jeśli te mniej zamożne samorządy stracą na reformie stosunkowo więcej niż te bogatsze, oznaczać to będzie uderzenie w miasta tracące funkcje społeczno-gospodarcze. Tymczasem rząd w swoich programach zapowiadał ich wspieranie. Największym problemem jest to, że ubytek w dochodach własnych rzędu 10–11 mld zł oznacza pozbawienie samorządów autonomii. Subwencja inwestycyjna niczego nie załatwi. Obecnie mamy znacznie szerszy problem niż tylko finansowe ubytki w kasach miast i gmin. Moim zdaniem zapowiadane zmiany to zamach na samorządność.

fot. SGH

Jakub Sawulski, ekspert Polskiego Instytutu Ekonomicznego

W miastach, gdzie mieszka więcej zamożnych ludzi, którzy stracą na zmianach podatkowych, ubytki dla lokalnych budżetów będę relatywnie mniejsze niż w miastach, gdzie płace są niższe i średnie. To jest ważny wątek planowanych przez rząd reform. Warto się tu zastanowić nad szerszym problemem samorządności w Polsce, czyli spadającym udziałem dochodów własnych, a rosnącą częścią dotacji i subwencji z budżetu centralnego. Klasa polityczna od lat podcina dochody samorządów, m.in. dodając im zadań bez zapewnienia pieniędzy na ich realizację.

fot. tiger

prof. Jacek Tomkiewicz, dziekan Kolegium Finansów i Ekonomii Akademii Leona Koźmińskiego

Samorządy mogą mieć poczucie, że zostały ograne politycznie  w Polskim Ładzie. Rodziny i mniej zarabiający podatnicy zyskają dodatkowe transfery, a JST, które odpowiadają za lokalne dobra publiczne, tracą dużą część dochodów ze względu na zmiany w PIT. Podatnik więc zobaczy niższą jakość lokalnych usług publicznych (szkoły, drogi, transport lokalny)  i w tym samym czasie dostanie trochę gotówki z nowych rządowych transferów. Przekaz będzie więc oczywisty: „dobry” rząd daje gotówkę na kupienie tego, czego niekompetentne samorządy nie potrafią dostarczyć.

Źródło: regiony.rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA