fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

regiony.rp.pl

Majówka pod koniec maja: desperacka próba pokrycia strat

Fot. Pixabay
Postulat części gmin mazurskich, by przesunąć majówkę, dzieli ekspertów. Rząd na razie nie skomentował pomysłu.

Gabinet Mateusza Morawieckiego przedłuża obostrzenia covidowe. Już wcześniej zapowiedział, że zakaz otwarcia hoteli i miejsc noclegowych będzie obowiązywać co najmniej do końca długiego weekendu. Ogłosił to ze sporym wyprzedzeniem. Tłumaczył, że chodzi o to, by nie robić turystom nadziei i żeby niepotrzebnie nie rezerwowali miejsc noclegowych, bo majówki w tym roku nie będzie.

Sposób na straty

Problem w tym, że długi weekend majowy to ważny okres dla firm działających w branży turystycznej i usługowej. Miejscowości turystyczne zapełniają się wtedy gośćmi, którzy szukają odpoczynku po długiej zimie. Samorządowcy nie kryją więc rozczarowania decyzją rządu.

– Nie podlega dyskusji to, że brak majówki oznaczać będzie straty dla branży hotelarskiej, ale też gastronomicznej i innych usługowych. Straty poniosą też gminy, bo jak nie przyjadą turyści, to nie będzie wpływów z różnych podatków i opłat – mówił nam Arkadiusz Klimowicz, burmistrz Darłowa.

W tej sytuacji samorządy szukają sposobów na choćby częściowe podratowanie swoich budżetów i budżetów firm działających na ich terenie. – W związku z odwołaniem przez rząd tegorocznej majówki Stowarzyszenie Wielkie Jeziora Mazurskie wystąpiło do premiera o jej przełożenie – powiedział nam przed tygodniem Piotr Jakubowski, burmistrz Mikołajek. – Wygląda na to, że pandemia hamuje, może więc, gdyby przesunąć długi weekend majowy o dwa albo trzy tygodnie, przedsiębiorcy mogliby dostać możliwość zarobienia pieniędzy, a ludzie mogliby wreszcie nieco wypocząć – tłumaczył.

O szanse powodzenia postulatu Stowarzyszenia Wielkie Jeziora Mazurskie zapytaliśmy resort rozwoju, którego szef Jarosław Gowin często rozmawia z przedsiębiorcami o różnych formach pomocy. Do chwili zamknięcia tego wydania gazety resort nie odpowiedział na nasze pytania.

To jak zmiana czasu?

– Jest końcówka kwietnia, firmy mają plany produkcji, grafiki pracy, wyznaczone terminy kontraktów, które muszą wypełnić. Nagłe wprowadzenie dodatkowego dnia wolnego od pracy w drugiej połowie maja zaburzyłoby to wszystko. Oznaczałoby ogromne zamieszanie – mówi Michał Borowski, ekspert Business Centre Club. Tłumaczy, że firmy musiałyby przeorganizować pracę, zachęcić załogi do tego, by nadrobiły dodatkowy dzień wolny. To zaś wiązałoby się zapewne z dodatkowymi kosztami. – Przedsiębiorcy lubią i potrzebują stabilności. Nie tylko w podatkach, także w codziennym prowadzeniu biznesu i w jego otoczeniu – mówi ekspert BCC. Przypomina, jakie zamieszanie i dezorganizację wywoływało niespodziewane zamykanie różnych branż niemal z dnia na dzień, a potem ich otwieranie i za chwilę znów zamykanie. – A przecież za każdym razem, gdy ogłaszano otwarcie, hotel czy restauracja musiały się przygotowywać do uruchomienia działalności. Musiały szykować pokoje, dogrzewać je, robić zakupy, kompletować załogę – przypomina Michał Borowski.

Przyznaje, że żyjemy w czasach bardzo ciężkich i niestandardowych. – Są branże, które ucierpiały bardzo mocno. Fitness jest zamknięty praktycznie od roku. Gastronomia od pół roku, a przecież wyłączona była także wcześniej. Cierpi turystyka i wiele innych. Nie dziwię się więc, że szukają one sposobów ratunku i na pewno byłyby za tym, by rząd ogłosił przesunięcie długiego weekendu. Z drugiej strony są duże biznesy i branże mniej dotknięte skutkami pandemii, na przykład fabryka, która zatrudnia 1000 osób, która ma ustawioną produkcję, kontrakty, zamówiony transport swoich wyrobów. Tu perspektywa jest z pewnością inna. I pomijając wątpliwości prawne związane z możliwością nagłego wyznaczenia dodatkowego długiego weekendu, trudno pogodzić te różne interesy i zadowolić wszystkich – mówi ekspert BCC.

Pod postulatem Stowarzyszenia podpisuje się Andrzej Sadowski, ekonomista, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – To trochę jak ze zmianą czasu z zimowego na letni i odwrotnie. Umawiamy się, że raz doba ma 23 godziny, a następnym razem 25 – mówi Andrzej Sadowski. I przekonuje, że w obecnej sytuacji kryzysowej każde rozwiązanie, które może pomóc zniwelować koszty i straty, powinno być wdrażane.

– Rząd pokazał wiele razy, że może niemal z dnia na dzień wprowadzić dowolne przepisy, także te zapisane w ustawach. W tym przypadku nic go to nie kosztuje, za to zyskuje wizerunkowo, bo pokazuje, że słucha głosu obywateli i potrafi wdrażać rozwiązania, które służą społeczeństwu – mówi szef Centrum im. Adama Smitha. – Ale jest warunek. Musiałoby to być realizowane w układzie jeden do jednego, czyli zabieramy wolne 3 maja i dajemy, powiedzmy, 21 maja – zastrzega zaraz. Tłumaczy, że pozwoliłoby to ograniczyć koszty takiego rozwiązania w firmach, które normalnie działają i nie odczuwają dotkliwie skutków pandemii.

Źródło: regiony.rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA