Czy śnią się panu wybory do Parlamentu Europejskiego bez pana udziału?

Adam Bielan:

(śmiech) Nie. Od dawna nie śni mi się polityka. Może za czasów rządów PiS, kiedy siłą rzeczy bywałem bardzo zestresowany, miewałem takie sny, ale obecnie już nie.

Co nie zmienia faktu, że za rok kończy się kadencja Parlamentu Europejskiego, a pan ciągle nie znalazł sobie miejsca na scenie politycznej, więc co pan zrobi?

W najbliższym czasie będę przede wszystkim wykonywał swoje obowiązki i skupiał się na pracy w Parlamencie Europejskim. Początek przyszłego roku to będzie właściwy czas na rozmyślanie o tym, co dalej.

Ostatnio jest taka moda, że byli współpracownicy Jarosława Kaczyńskiego mówią o nim wiele złych rzeczy. Chce się pan przyłączyć i trochę pokrytykować prezesa?

Ciekawie i trafnie ujął to zjawisko Piotr Zaremba, określając tych polityków mianem „ukąszonych przez Kaczyńskiego”. Kiedyś byli w niego zapatrzeni, a dziś mają na jego punkcie niemalże obsesję. Ja jednak nie należałem i nie należę do tej grupy. Co więcej, ubolewam, że wśród tych osób są także ludzie, z którymi kiedyś i ja blisko współpracowałem.

Nie chce się pan przyłączyć do chóru krytyków, bo liczy pan na powrót do PiS?

Każde ugrupowanie polityczne boryka się z jakimiś problemami, nie zawsze jednak wszystkie je należy uzewnętrzniać. Nigdy tego nie robiłem i nie będę robił. Zniechęcenie polskich wyborców do polityki i polityków jest i bez tego bardzo duże. Uważam, że nie ma potrzeby go powiększać.

Kazimierz Marcinkiewicz w ostatnim wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” powiedział, że Jarosław Kaczyński dramatycznie zmienił się na gorsze. Czy pan podziela ten pogląd?

Nie. Niektórych oponentów prezesa PiS kłuje w oczy, że działalność polityczna Jarosława Kaczyńskiego po 1989 roku była bardzo konsekwentna. Poza tym on okazał się skuteczny. Utrzymał obecną partię w ryzach i ma realną szansę na ponowne przejęcie władzy. Potrafi też nadawać ton debacie publicznej mimo niesprzyjających mediów. To sprawia, że jest jednym z najważniejszych polskich polityków ostatniego ćwierćwiecza. Na poziomie metapolityki tylko Adam Michnik może się z nim równać.

Z tą skutecznością to pan przesadził. Sześć wyborów z rzędu przegranych. A i teraz pokutuje takie przekonanie, że PiS nie zwiększa swojego stanu posiadania, tylko spadająca frekwencja działa na jego korzyść.

Niedawne wybory w Elblągu i na Podkarpaciu pokazują, że coraz więcej osób chce głosować na PiS. W 2011 roku Prawo i Sprawiedliwość uzyskało 30-procentowe poparcie. Dziś, po odrzuceniu osób niezdecydowanych, otrzymuje w sondażach około 40 proc. głosów. Oczywiście, opozycja mogłaby szybciej zdobywać nowych zwolenników, zważywszy na sześcioletni, coraz bardziej nieudolny, okres rządów PO i Donalda Tuska. Ale trzeba pamiętać, że do niedawna spora część krytyki rządu nie przebijała się przez media.

O ten sam elektorat walczy też Solidarna Polska. Ostatnio podczas kampanii na Podkarpaciu doszło do brutalnego starcia między PiS a SP.

Patrzę na to z przykrością, ponieważ gdy dodamy poparcie dla PiS i SP, to jest ono kolosalne. Na Podkarpaciu obydwie partie uzyskały łącznie ponad 70 proc. głosów. Jednak emocje odgrywają w polityce bardzo ważną rolę, a widać, że po obu stronach są one ogromne. Obawiam się nawet, że im bliżej wyborów do Parlamentu Europejskiego, tym będą jeszcze większe.

Solidarna Polska utrzymuje, że wybory na Podkarpaciu pokazały, iż jest dla niej miejsce w następnym parlamencie. A jednak wynik ich kandydata rozczarował.

Politycy Solidarnej Polski wyśrubowali oczekiwania. Mówili o 20-procentowym wyniku swojego kandydata i na tym tle zdobyte 11 proc. okazało się porażką. W USA przed każdą debatą kandydatów na prezydenta sztaby spotykają się z dziennikarzami, aby narzekać, że ich kandydat na pewno przegra, bo jest słaby w bezpośrednich starciach. Robią to po to, by później łatwiej przedstawić swoich kandydatów jako zwycięzców. Nazywa się to expectation game – obniżanie oczekiwań. Liderzy SP pokazali, że nie opanowali tej sztuki, ale już przykładowo Jarosław Gowin tak. Polityk ten znakomicie obniżył oczekiwania i w rezultacie jego 20 proc. głosów w starciu z Donaldem Tuskiem, szefem partii i urzędującym premierem, zostało uznane za wielki sukces.
SP popełniła też drugi błąd – odpuściła końcówkę kampanii na Podkarpaciu, która w polityce jest wręcz kluczowa. Ich kandydat miał świetną kampanię w lipcu i sierpniu, ale na finisz nie wystarczyło już zapału. Widać było wyraźnie, że Solidarna Polska jest zaskoczona atakami PiS i trochę bezbronna.

A co pan powie o zachowaniu PiS przy protestach związkowych? Najpierw Prawo i Sprawiedliwość miało się do nich przyłączyć, później prezes zakazał tego działaczom, a wreszcie posłowie poszli protestować pod Kancelarią Premiera. Rozumie pan coś z tej taktyki?

Nie wiem, jak wyglądały rozmowy między PiS a „Solidarnością” w tej sprawie. Czasami uwarunkowania są takie, że innych decyzji podjąć nie można. Bez wątpienia protesty związkowców były sukcesem. Z kolei Jarosław Kaczyński ma nieprawdopodobny słuch społeczny i może dlatego zdecydował się na manifestację obok związkowców. Wielokrotnie mu się zdarzało, że wbrew radom specjalistów podejmował decyzje, które wyglądały na fatalny błąd, a po kilku tygodniach okazywało się, że miał rację.

Bojkot głosowania nad przyszłorocznym budżetem nie wyglądał dobrze.

Możliwe, że PiS nie chciał być uznany przez demonstrantów za część „złej” klasy politycznej. I trudno mu się dziwić. Od sześciu lat jest przecież w opozycji i nie ma wpływu na podejmowane decyzje. Przy okazji Prawo i Sprawiedliwość przekonywało Polaków, że jest jedyną opozycją względem Platformy. W ten sposób może liczyć, że ludzie niezadowoleni z władzy przerzucą głosy właśnie na tę partię. Wyborcy lewicy pewnie tego nie uczynią, ale mogą zostać w domach, jeżeli dojdą do wniosku, że SLD nie zmieni sytuacji. Leszek Miller prowadzi bowiem bardzo ryzykowną politykę, przyznając, że chciałby po wyborach współrządzić z coraz gorzej ocenianym premierem Donaldem Tuskiem. Nie licząc premiera Hiszpanii Mariano Rajoya, Donald Tusk jest dziś premierem najgorzej ocenianym przez swoich obywateli, spośród wszystkich premierów w Unii Europejskiej.

To też jest strategia. On wysyła sygnał: wiadomo, że sami nie wygramy, ale jak będziemy silni, to możemy współrządzić z PO na partnerskich zasadach.

Ludzie prędzej czy później wyczują fałsz. Leszek Miller w dzień biega po mediach jako przedstawiciel opozycji, a wieczorem je kolację z Donaldem Tuskiem i snuje plany wspólnych rządów. Uważam, że w wyborach SLD może za taką podwójną grę zapłacić. PiS jako główna partia opozycji może więc otrzymać ponad 40 proc. głosów, co znacznie zwiększy prawdopodobieństwo utworzenia rządu.

Czy elementem strategii PiS zagarnięcia wszystkich niezadowolonych jest przejęcie marszu 11 listopada? Narodowcy narzekają, że PiS chce ich wyłączyć z politycznej gry, zanim w ogóle do niej weszli.

Trudno traktować poważnie zarzuty narodowców w sytuacji, gdy sami zapowiedzieli budowanie nowej siły politycznej i cały rok spędzili na przygotowaniach do nadchodzącej kampanii europejskiej. PiS, wspierając dziś marsz, wspierałby swoją konkurencję polityczną, co byłoby absurdalne.

Czy PiS musi zwalczać wszelką konkurencję na prawicy?

Tak postępują wszystkie duże partie w Europie. Poza tym pamiętajmy, że PiS już bardzo dużo zainwestowało w to, żeby być jedynym poważnym reprezentantem prawicy. Weszło w koalicję z LPR i wprawdzie zdobyło w kolejnych wyborach dwa miliony głosów więcej, to przegrało wybory i oddało władzę. Gdyby Jarosław Kaczyński dopuścił do odtworzenia LPR w nowej formie, to by oznaczało, że to wszystko poszło na marne.

Mówił pan, że protesty związkowców były sukcesem. Ale przecież oni niczego konkretnego nie osiągnęli.

Ależ osiągnęli. Rząd od dawna ich lekceważył, uważając za słabych. Tymczasem oni pokazali siłę, jedność oraz perfekcyjną organizację. Po tych kilku dniach manifestacji ich pozycja negocjacyjna niewątpliwie wzrosła. Zaryzykuję twierdzenie, że gdyby premier Tusk mógł cofnąć czas, wyznaczyłby ministrów do spotkań ze związkowcami podczas ubiegłotygodniowych protestów. Bo wyglądało to fatalnie, kiedy żaden z ministrów nie przyjął protestujących, a minister pracy debatował wówczas w Sejmie, o kuriozum, na temat dialogu. Nie wiem, czy jest to kwestia lenistwa, niechęci do związków zawodowych, czy też obawy przed ich działaczami. W każdym razie Donald Tusk dobitnie pokazał, że nie jest tak dobrym politykiem, jak się powszechnie uważa. W ogóle odnoszę wrażenie, że premier jest już wyraźnie przygaszony. Prawdopodobnie liczy na to, że gdy wygra wszystkie wewnętrzne wybory w PO, to sytuacja w całym kraju zmieni się na korzyść jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ale tak już nie będzie. Doświadczenie pokazuje, że gdy notowania partii rządzącej zaczynają spadać, to jest to równia pochyła. Nie udało się tego trendu odwrócić czy choćby powstrzymać ani AWS, ani SLD. Szczerze mówiąc, nie chciałbym dziś być na miejscu liderów PO.

Dlaczego?

Ponieważ obserwowałem, jak to wyglądało w przypadku AWS i SLD. Morale jest coraz gorsze. Im bliżej wyborów, tym posłowie bardziej się boją o przyszłe mandaty, co powoduje ostrą rywalizację wewnątrz partii. Politycy PO swoich konkurentów w regionach autentycznie nienawidzą. Tusk zdaje się tego nie rozumieć. To przywódca wyłącznie na dobre czasy. Za to Kaczyński zawsze sprawdza się w sytuacjach kryzysowych. Moim zdaniem on jest nie do zdarcia.

Adam Bielan jest posłem do Parlamentu Europejskiego (w latach 2007–2009 był jego wiceprzewodniczącym), w przeszłości działał między innymi w PiS i PJN