Nikt chyba już nie wątpi, że czekają nas trudne czasy. Problemy po pandemii, brutalna wojna przy granicy, a do tego szalejące ceny i galopująca inflacja. Wielu Polaków boi się o swą przyszłość. Czy takie obawy mają też przedsiębiorcy?

Niestety, tak. Do Biura Rzecznika Małych Średnich Przedsiębiorców docierają liczne sygnały od firm, które bardzo niepokoją się obecną sytuacją panującą na rynku. Sytuacja jest dynamiczna, a do tego trudno ocenić, co przyniesie przyszłość. Nie wiadomo, na jakim poziomie zatrzyma się inflacja, co nie napawa optymizmem. Najwięcej obaw mają przedsiębiorcy, którzy albo są w trakcie realizacji inwestycji albo już wygrali przetarg.

Dlaczego?

Takie firmy mają ogromny dylemat, co zrobić. Kontrakty były skalkulowane na podstawie cen, które dziś nie przystają do rynkowej rzeczywistości. Ceny większości towarów i usług poszybowały do góry. Rosną też koszty pracy. Okazuje się, że dokończenie inwestycji na umówionych warunkach czy przystąpienie do jej realizacji w oparciu o kalkulacje sprzed wzrostu cen jest nierealne. Stoją przed dylematem, czy zerwać umowę lub nie przystąpić do jej realizacji, czy się wycofać. To bardzo trudna decyzja, bo każde wyjście jest złe. Rezygnacja z kontraktu oznacza, że firma, która nierzadko poniosła już koszty, nic nie zarobi. Ale brnięcie w nierentowną inwestycję, która finalnie przyniesie stratę, może doprowadzić przedsiębiorcę na skraj bankructwa.

Które rozwiązanie jest lepsze?

To bardzo trudne pytanie. Porzucenie kontraktu w większości przypadków pociąga za sobą konieczność zapłacenia kary umownej. Co prawda w kodeksie cywilnym jest pewna furtka, która w przypadku nadzwyczajnej zmiany stosunków pozwala na uwolnienie się od niej. Ale, choć niewątpliwie sytuacja jest nadzwyczajna i nie można było przewidzieć ani pandemii, ani tak dużego wzrostu cen, ani wojny w Ukrainie, wiele spraw trafi do sądu, a spory będą trwać latami. Część firm je przegra, więc nie dość, że nic nie zarobią, to jeszcze będą musieli zapłacić karę. Z kolei jeśli finalnie przedsiębiorca wygra i uniknie tej kary, to dobrze dla niego, ale niezbyt dobrze dla społeczeństwa i samorządów. Jeśli wykonawca wycofa się z umowy, budowa zostanie wstrzymana, ale przecież nie można jej tak zostawić. Środki zostały zainwestowane i musi być dokończona. Zwłaszcza że w przypadku samorządów chodzi o lokalne inwestycje dla mieszkańców i będą one musiały szukać nowego wykonawcy. Ten zapewne zgodzi się dokończyć inwestycję po wyższej cenie, ale cały proces się wydłuży, bo jeden przedsiębiorca będzie musiał zejść z budowy, a drugi zorganizować od nowa całe zaplecze.

Czytaj więcej

Adam Abramowicz: Polski Ład uderzy w firmy z pierwszą składką

To strata czasu i pieniędzy.

Tak, dlatego mimo wszystko uważam, że porzucanie rozpoczętych inwestycji to gorsze rozwiązanie, bo nie jest to dobre ani dla firm, ani dla samorządów, a patrząc szerzej – dla lokalnych społeczności i w ogóle społeczeństwa.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

To co powinni zrobić jedni i drudzy?

Rozmawiać, usiąść do negocjacji. Oczywiście sprawa nie jest prosta, bo z moich rozmów z samorządami wynika jasno, że nie mają środków większych niż zostały na inwestycje zaplanowane. Pieniędzy zawsze brakowało w samorządowych budżetach, ale teraz, zwłaszcza po wejściu Polskiego Ładu, sytuacja jest szczególnie trudna. Rząd obniżył PIT, którego część jest dochodem własnym samorządów, co jeszcze bardziej pogłębi braki finansowe. Gwarantowane przez rząd subwencje z jakiegoś trudnego do zrozumienia rozdzielnika, nie załatwią sprawy. W związku z tym rząd powinien coś zrobić w tym względzie. Musi znaleźć rozwiązanie, żeby w taki sposób uzupełnić samorządowe budżety, by ratować kontrakty, czyli de facto polski biznes. Bo zrywanie ich nie będzie dla nikogo dobre. Za te niedokończone budowy już zapłaciliśmy dużo, a straty będą ogromne, jeżeli nie zostaną one dokończone. Będzie wielkie zamieszanie. Stracą firmy, stracą samorządy, a przede wszystkim mieszkańcy miast, miasteczek i gmin.

Błędne koło…

A do tego jeszcze, jeśli ktoś zrywa kontrakt przy zamówieniach publicznych, to później ponosi karę i nie może brać udziału w nowych przetargach. Ta sankcja nie powinna być jednak stosowana w obecnej sytuacji, bo przecież nawet jeśli firma zostanie zmuszona do odstąpienia od realizacji inwestycji, to nie będzie to jej wina. Jej celem było przeciwdziałanie praktyce porzucania kontraktów z jakieś kalkulacji czy dla nieuczciwej strategii biznesowej polegającej na tym, że ktoś rezygnuje z jednej oferty, bo ma na oku inną bardziej opłacalną. Taka kara będzie eliminować z rynku uczciwe firmy. A przecież nie o to chodzi. W tym momencie przedsiębiorcy muszą renegocjować cenę i ma to związek nie z chęcią osiągnięcia większej korzyści, ale ograniczaniem strat, ale tych którzy nie osiągną porozumienia, bo np. samorząd w danej chwili nie znajdzie dodatkowych pieniędzy, nie powinno się eliminować z możliwości startowania w następnych przetargach.

Czy rząd ma świadomość zagrożeń, sygnalizował mu pan jakieś rozwiązania?

Wydaje się, że rząd zdaje sobie sprawę ze skali problemów i rozważa wprowadzenie jakichś nowych rozwiązań. Niedawno pan minister Buda zorganizował spotkanie m.in. z przedsiębiorcami, gdzie jednym z tematów było to, co zrobić, żeby firmy nie ponosiły takich skutków negatywnych obecnej sytuacji. Na razie jednak tylko omówiliśmy problem. Czekamy na jakieś decyzje.

Na razie pandemia zniknęła z głównej agendy, ale problemy z nią związane nie. Wiele firm z branż objętych lockdownami, będzie musiało zwracać wsparcie. To realny problem?

To niezwykle poważny problem, bo chodzi o zwykłą uczciwość. Wiemy, jak wyglądała sytuacja wielu branż objętych ograniczeniami w pandemii. Firmy były zamknięte w maju i w czerwcu, między innymi restauracje. Państwo ograniczyło działanie tarczy branżowej do końca kwietnia. W tej sprawie Ministerstwo Rozwoju przygotowywało rozporządzenie, ale sprawa gdzieś utknęła, a teraz w ogóle gdzieś zniknęła. Ja się upominam o to nieustannie, niestety, bez rezultatu. Drugi problem to tarcza finansowa. PFR chyba założył z góry, że lockdown będzie trwał do końca marca, bo w regulaminie zawarł zapis o rozliczaniu subwencji według poniesionych kosztów tylko w pierwszym kwartale 2021. Rząd nie zakończył lockdownu z końcem marca i obostrzenia zostały przedłużone na następne miesiące. Niektóre firmy nie zwłasnej winy wpadły w pułapkę. Zgodnie z umową miały pieniądze rozliczyć na podstawie kosztów w pierwszym kwartale i jeżeli miały nadwyżkę, powinny ją zwrócić. Ponieważ jednak były zamknięte w kwietniu, maju i czerwcu, siłą rzeczy więc używały tej nadwyżki, żeby utrzymać się na powierzchni. Apelowałem, żeby zmienić te zasady, że powinna być druga umowa z PFR na kolejne miesiące, która pozwalałaby te pieniądze przeznaczyć na spłatę nadwyżki za pierwszy kwartał. To by było uczciwe, bo w końcu te firmy były także zamknięte w drugim kwartale i powinna być za to rekompensata.

Przedsiębiorcy są rozgoryczeni?

Tak. Przychodzą do mnie firmy, które mówią, że jest im wszystko jedno. Nie mają pieniędzy na zwrot nadwyżki, a do tego w regulaminie PFR jest zapis, że jeśli ktoś nie odda jej w terminie, to będzie musiał zwrócić całe wsparcie. Nie mają środków, nie udało im się w pełni odbudować, a dziś na kredyt nie mają co liczyć. Rząd zapowiada, że znajdzie rozwiązanie i zmieni regulamin PFR w tym zakresie. Mam nadzieję, że chociaż umożliwi rozłożenie należności na raty, o co od dawna apeluję. Niemniej nie jest to do końca uczciwe podejście. Uczciwe byłoby wypłacenie rekompensat i rozliczenie ich na podstawie tego, ile kto realnie wydał na ochronę biznesu. Trzeba też uwzględnić to, że po tym całym zamieszaniu, nie wróciliśmy przecież do starych realiów. Przedsiębiorcy mierzą się z nową rzeczywistością wysokiej inflacji, wojny, problemów z dostawami. I o polską gospodarkę cały czas trzeba walczyć, a państwo przede wszystkim musi się uczciwie rozliczyć z przedsiębiorcami za czas pandemii.

A jak Pan ocenia kondycję małych i średnich przedsiębiorstw po ponad dwóch latach pandemii?

Sytuacja nie jest zero-jedynkowa. W pierwszej fazie pandemii pomoc była realna i rzeczywiście wiele firm było w stanie po prostu przeżyć, przetrwać. Pierwsza reakcja rządu była wręcz zaskakująca, bo pomoc była wręcz zrzucana z helikopterów. Wsparcie popłynęło do wszystkich szerokim strumieniem. Ta hojność była wręcz przesadzona, ale może to usprawiedliwić tym, że wybuch światowej pandemii był szokiem i trzeba było szybko reagować. Później sytuacja się diametralnie zmieniła. Rząd wprowadził kody PKD, system wsparcia stał się niezwykle skomplikowany i wparcie zostało bardzo ograniczone. Wiele firm nie dostało rekompensat, tylko dlatego, że nie miało odpowiedniego PKD. Miałem taki przypadek, że ktoś miał wpisane w PKD jako główny profil wydawanie prasy, a prowadził restaurację. I rekompensaty nie otrzymał. A pewnie były też sytuacje odwrotne. Poza tym na początku na liście objętej pomocą było tylko 30 kodów. Po mojej interwencji i tłumaczeniu, że nie tylko firma wprost zamknięta, ale także ta, która z nią współpracuje ma kłopot lista wydłużyła się do ponad 60 pozycji. Ale i tak pomocą nie udało się objąć wszystkich, co bardzo dotknęło firmy z sektora MŚP.

Życia po pandemii nie ułatwiło im też wprowadzenie tzw. Polskiego Ładu.

To było bardzo niefortunnie. I o ile rząd nie mógł przewidzieć, że będzie wojna, to wprowadzanie tak gruntownych zmian, zwłaszcza podatkowych, zależało już od jego decyzji. I wybrał bardzo zły moment, tuż po pandemii, kiedy większość firm nie wróciła jeszcze do równowagi. A do tego doszła jeszcze inflacja i wojna. I sytuacja jest taka, że firmy będą miały mniej pieniędzy na inwestowanie, a do tego będą miały większe obciążenia wynikające z drastycznego wzrostu cen paliw i materiałów.

Błędów było bardzo dużo, ale przecież rząd poszedł po rozum do głowy i przygotował zmiany, które niedługo wejdą w życie.

Tak sporo zostało poprawione i nowa wersja Polskiego Ładu jest zdecydowanie lepsza niż poprzednia. Usunięto dużo rzeczy, o których mówiliśmy, że należy je usunąć. Ale nadal są dwie sprawy, dwa problemy, których rząd nie chciał rozwiązać.

Jakie?

To przede wszystkim ulgi na złe długi, które na gruncie podatkowym można rozliczyć w deklaracji rocznej, ale w podstawie obliczenia składki zdrowotnej już nie. Efekt jest taki, że przedsiębiorca, który wystawił fakturę, a pieniędzy nie dostanie, będzie musiał zapłacić z tego jeszcze 9 proc. Wskazywaliśmy, że system podatkowy to widzi, pozwala nie płacić podatku w sytuacji, gdy należność nie została uregulowana, składkowy nie. To będzie ogromny problem. Już mamy przecież duże zagrożenie załamania się płynności finansowej, bo rosną m.in. koszty kredytów, a także materiałów i usług. Konieczność zapłacenia składni zdrowotnej od pieniędzy, których faktycznie się nie otrzymało, będzie niezwykle dotkliwa dla firmy.

To jedyne zagrożenie?

Nie jest też drugie, równie poważne. To brak możliwości rozliczania strat z lat ubiegłych także w kontekście składki zdrowotnej. Nie wiedzieć czemu zresztą. System podatkowy rozumie, że cały proces gospodarczy nie zamyka się w jednym roku. Widzi to i daje na rozliczenie ewentualnych strat pięć lat, a w przypadku składki zdrowotnej – nie. Jeżeli ktoś np. zainwestował w maszynę za 100 tys. zł i skorzystał z możliwość jednorazowej amortyzacji, to będzie miał stratę. Maszyna ma mu przynosić dochód, żeby ją spłacać. Tymczasem w świetle nowych przepisów w pierwszym roku straty zapłaci minimalną składkę 270,90 miesięcznie, ale w następnych latach już 9 proc od dochodu, który nie będzie uwzględniał kosztu zakupu tej maszyny. Jest mi trudno wyjaśnić, dlaczego rząd nie rozumie, że w obecnej sytuacji, kiedy mamy dużą inflację, wysokie oprocentowanie kredytów i zaczynają się problemy z płatnościami między firmami, taka zmiana będzie bardzo niekorzystna. Takie złe rozwiązania podatkowe, a w tym przypadku raczej składkowe, mogą spowodować, że będziemy mieli lawinę upadłości.

Może rząd nie pamięta, że kura z obciętą głową złotych jajek nie znosi?

Najciekawsze jest to, że przedstawiciele resortu finansów rozumieją, o co chodzi, i się z nami zgadzają, ale Ministerstwo Zdrowia i ZUS upierają się, żeby tych odliczeń od podstawy obliczania składki nie było. Okazuje się, że zapowiedziana przez premiera likwidacja Polski resortowej nie do końca się udała. Ponadto postulujemy, żeby rząd poszedł po rozum do głowy i od nowego roku wprowadził składkę do podatku. To spory zysk i oszczędności dla państwa, bo koszty poboru składki zdecydowanie spadną. W 2022 r. ZUS potrąci sobie jako koszty obsługi poboru z przekazywanej do NFZ składki około 200 mln złotych. Taki podatek „jednolity” to też ułatwienie dla księgowych i więcej pieniędzy, o koszty rozliczania składki, w kieszeniach przedsiębiorców. Dzisiaj księgowa musi liczyć oddzielnie podatek, podstawę do opodatkowania i obliczenia składki. Włączenie składki do podatku to czysty zysk. I zapewniam, że nikt nie będzie protestował, że to nowy podatek. Przedsiębiorcy już dawno oswoili się z myślą, że będą musieli płacili więcej i nieważne, czy nazwiemy to składką czy podatkiem, a osobom na etacie da się to w prosty sposób wytłumaczyć.