Turniej miał się już dla nas skończyć. Rozum po porażce ze Słowakami mówił, że strat odrobić się nie da. Nawet selekcjoner Paulo Sousa podczas konferencji przed meczem z Hiszpanami, pytany o atuty naszej drużyny, odwoływał się raczej do serca i wiary, pomijając argumenty piłkarskie.

Chcieliśmy, żeby Polacy walczyli jak Węgrzy, byli niezłomni jak Szkoci albo sprytni jak Słowacy. Sobotni wieczór w Sewilli pokazał, że może wystarczy, aby po prostu byli sobą.

Oglądając poprzednie mecze naszej drużyny, wydawało się, że Sousa bardziej uwierzył w polskich piłkarzy, niż oni sami wierzyli w siebie. Opowiadał o odruchach i nawykach, które są ważniejsze niż nazwiska zawodników. Mieszał składem podczas sparingów, przekonując, że Euro jest długie, więc musi szukać rozwiązań.

Niewiele brakowało, a turniej okazałby się jednak krótki. Znów stanął nam przed oczami scenariusz obejmujący mecz o wszystko oraz starcie o honor. Polacy wreszcie tej walki o wszystko umieli jednak nie przegrać i zapewnili nam emocje, jakich nie przeżywaliśmy od pięciu lat.

Ostatni raz graliśmy skutecznie z tak klasowym rywalem podczas Euro 2016. Drużyna Adama Nawałki dopiero w rzutach karnych uległa wówczas Portugalczykom w walce o półfinał mistrzostw Europy. Później z potęgami przeżywaliśmy tylko dobre momenty w półtowarzyskiej Lidze Narodów.

Poszukiwacz przygód

Hiszpania to kraj, gdzie uczy się miłości do piłki. Zawodnicy lubią ją pieścić setkami podań, rozsmakowują się we wprawianiu jej w ruch. Polacy grają inaczej. Piłkę darzymy raczej uczuciem chłodnym, skoro od lat – bazując na odbiorze i kontrze – kontakt z nią ograniczamy do minimum. Sousa wymyślił, że to zmieni. Właśnie dlatego hiszpański „El Pais" przed meczem w Sewilli nazwał go odkrywcą i poszukiwaczem przygód.

Graliśmy odpowiedzialnie w obronie, szukaliśmy przechwytów – więcej przejęć piłki w strefie obejmującej 40 metrów przed bramką rywala mają w tym turnieju tylko Duńczycy – a momentami umieliśmy przydusić Hiszpanów pressingiem, na co stać niewiele drużyn na świecie.

– To był mecz z gatunku tych, kiedy trzeba cierpieć na boisku. Cierpieliśmy, wielu kończyło mecz z urazami, ale mam nadzieję, że to początek czegoś dobrego – wyjaśniał skrzydłowy Kamil Jóźwiak.

Polaków chwalił selekcjoner rywali Luis Enrique. – Polacy sprawili nam znacznie więcej problemów niż Szwedzi. Podoba mi się pomysł Paula Sousy, ta odwaga i pressing. Przez pierwsze pięć minut nie potrafiliśmy wyjść z własnej połowy. Jak będą tak grać, mogą pokonać każdego.

– Hiszpania była zespołem lepszym piłkarsko. My jednak też stworzyliśmy kilka sytuacji, a rywale poza rzutem karnym nie mieli sytuacji. Dziwnie to zabrzmi, ale w tym meczu można było ugrać jeszcze więcej – rozochocił się Wojciech Szczęsny.

On był jednym z tych, którzy dali twarz remisowi. Bramkarz, który w pięciu poprzednich spotkaniach mistrzostw świata i Europy obronił tylko jeden strzał, teraz heroiczną interwencją w ostatnich minutach, kiedy przyjął piłkę na twarz, uratował mecz.

Nasi liderzy, którzy kilka dni wcześniej byli dyskretni, tym razem nie zawiedli. Kamil Glik szedł do piłki jak do pożaru, aż 11 razy wybijał ją z własnego pola karnego.

Lewandowski przez lata nosił drużynę na plecach w meczach eliminacyjnych, ale kiedy poziom trudności wzrastał, nie umiał dokonać tego, co w swoich reprezentacjach robili Leo Messi czy Cristiano Ronaldo. Żadna gwiazda w pierwszej kolejce Euro nie świeciła tak blado.

Wykonanie zadania

Kapitan podczas meczu ze Słowakami momentami przypominał Lewandowskiego sprzed lat – tego samego, który w Bayernie irytuje się na kolegów, macha rękami i choć trafia do bramki, to zachowuje się tak, jakby myślami był już przy transferze do Realu Madryt.

Był najsłabszym piłkarzem na boisku, a teraz okazał się najlepszy. Przy golu zjadł żółtodzioba Aymerica Laporte'a tak samo, jak przed meczem chciał go pożreć Pau Torres.

– Na przyszłość powinien takie deklaracje przemyśleć – strofował swojego podopiecznego Enrique. – Rywale go atakowali i kopali, ale był wszędzie – zachwalał Lewandowskiego Sousa.

Polacy zremisowali w Sewilli, bo zagrali na miarę możliwości. Nie było Grunwaldu, obrony Częstochowy ani husarii ruszającej z szablami na czołgi. Graliśmy piłkę rozważną, każdy z zawodników mógł po ostatnim gwizdku zameldować wykonanie zadania.

To nie był tak dobry mecz, jak reprezentacji Leo Beenhakkera z Portugalią w eliminacjach Euro 2008, ani kadry Adama Nawałki przeciwko Niemcom kilka lat później, ale też może stać się symbolem. Warunek jest jeden: remis w mit przemieni wyłącznie zwycięstwo nad Szwedami.

Nie jesteśmy dziś ani tak mocni, jak pokazuje wynik meczu z Hiszpanami, ani tak słabi, jak wskazywałaby porażka ze Słowakami. Tak jak po pierwszym spotkaniu błędem było mieszanie piłkarzy i trenera z błotem, tak teraz nie możemy ich zagłaskać. Sousa wciąż pozostaje selekcjonerem, którego drużyna w siedmiu meczach pokonała tylko Andorę.

Polacy w pięciu z tych siedmiu spotkań umieli odpowiedzieć trafieniem na gola rywali. Było tak z Węgrami, Anglikami, Islandczykami, Słowakami oraz Hiszpanami. Mecze nie zawsze kończyły się sukcesem, ale to znak, że może doczekaliśmy się drużyny, która umie się odradzać. Takiej, którą da się zranić, ale nie można jej łatwo pokonać.

Wreszcie do Sousy uśmiechnęło się też szczęście. Niewykluczone, że jeśli odniesie sukces, to jednym z najważniejszych momentów jego kadencji będzie zmarnowany przez Hiszpanów rzut karny. To miła odmiana po miesiącach, kiedy drużynę bombardowały kontuzje.

Portugalczyk wymarzył sobie zespół, który jest jak rodzina, ale jednocześnie przerobił go na laboratorium. Otoczył się szerokim sztabem specjalistów, na zgrupowaniu w Opalenicy pojawił się nawet dietetyk molekularny. Niewykluczone, że zabrakło psychologa.

Autobusu nie było

Nie było przypadku w tym, że piłkarze po spotkaniu ze Słowakami poszli na kolację do jednej z trójmiejskich restauracji. Zespół potrzebował oczyszczenia. Dzień później Jan Bednarek przyszedł na konferencję i zapowiedział, że Hiszpanie zobaczą, jak broni polska husaria. Po skruszonym Grzegorzu Krychowiaku i nieśmiałym Karolu Linettym kibicom pokazał się wojownik.

– Powtarzaliśmy, że jeśli w siebie nie uwierzymy, to nikt w nas nie uwierzy – wyjaśniał Jakub Moder.

Bycie wojownikiem wymaga nie tylko poświęcenia, ale także odwagi. To przymiot, którego Polakom w pierwszym meczu turnieju zabrakło. Byli przestraszeni, jakby presja zrodziła w ich głowach paraliżujący strach przed błędem. Kilka dni później sytuacja wyglądała już inaczej. Nasi piłkarze wykonali aż 22 dryblingi, Hiszpanie mieli tylko trzy więcej.

Sousa podczas konferencji po sobotnim meczu odmieniał słowa „ambicja", „odwaga" i „wiara" przez wszystkie przypadki. – Musimy być tacy zawsze, nie tylko kiedy przegrywamy – apelował. Po pierwszej połowie podobno powiedział piłkarzom w szatni: „Bądźcie odważni".

Sam też się nie przestraszył. Kiedy wydawało się, że w drugiej połowie czeka nas hiszpańska nawałnica, on wpuścił na boisko Przemysława Frankowskiego i Kacpra Kozłowskiego. Nie dał sygnału do obrony, tylko raczej wypiął pierś, przestrzegając Hiszpanów, że to jeszcze nie koniec.

Nietrudno wyobrazić sobie selekcjonerów, którzy po wyrównaniu wprowadziliby we własne pole karne autobus. Sousa zamienił okopy na szable. W ostatnich minutach wciąż szukaliśmy szans i przechwytów.

Mieszanie w kotle

Porażka ze Słowakami ożywiła demony. Hasła o fatalnym przygotowaniu fizycznym kolportowali znani dziennikarze, choć nasi piłkarze pod względem pressingu i wysokich przechwytów mieli w pierwszej kolejce najlepszy wynik w całym turnieju.

Chętnych do mieszania w kotle nie brakowało. Kilku piłkarzy było niezadowolonych z tego, że w filmie pokazującym kulisy pierwszego spotkania znalazł się fragment odprawy, podczas której Sousa instruuje zawodników, jak mają się zaopiekować Milanem Skriniarem, który strzelił im później drugiego gola po rzucie rożnym.

Może ta migawka była pochodną inwencji jednego z pracowników związku, ale wątpliwe, żeby w organizacji, gdzie za kadencji Zbigniewa Bońka pierwszym przykazaniem stało się dbanie o medialny przekaz, takie rzeczy działy się przypadkowo.

Ktoś chciał wybielić Sousę, a prawdopodobnie tylko skonsolidował grupę.

Polacy zagrali tak, jakby porwał ich klimat turnieju. Dzień wcześniej piłkarzy witało pod hotelem kilkunastu kibiców, a miejscowi – zmęczeni, wyczekujący po pandemii raczej rekolekcji niż karnawału – próbowali żyć swoim życiem. Dopiero najazd rozśpiewanych kibiców wtłoczył do żył Sewilli krew.

Widok z toalety

Los przed meczem odjął piłkarzom jednego przeciwnika. Stolica Andaluzji jest latem miejscem trudnym do życia, bo słońce wisi na niebie jak żarówka i pali, więc nawet tubylcy uciekają z miasta, ale akurat teraz pojawiło się okno pogodowe i mecz toczył się przy wieczornym chłodzie. Temperatura już dzień wcześniej spadła, a okulary przeciwsłoneczne można było zamienić na parasole.

Sewilla organizację Euro 2020 dostała w ostatniej chwili, kiedy z listy miast-gospodarzy odpadło Bilbao. Gospodarze robili wszystko na wczoraj. Kilka dni przed pierwszym meczem droga na trybunę prasową wiodła przez rusztowanie.

Przedmeczowy trening teoretycznie był zamknięty – dziennikarze mogli zobaczyć z trybun jedynie pierwszy kwadrans – ale wystarczyło minąć skryte na parterze stadionu toalety, żeby zobaczyć wszystko, co dzieje się na murawie.

Kiedy opuścili ją piłkarze, ich miejsce zajęli uzbrojeni w grabie i kosiarki specjaliści od trawy, bo murawa tydzień wcześniej przypominała klepisko. Teraz było trochę lepiej, choć pod koniec spotkania piłka wyczyniała cuda.

Polacy po meczu wyściskali się na środku boiska. – Patrząc na to, jaką grupę udało nam się stworzyć podczas tego zgrupowania, byłem przekonany, że nasza praca nie pójdzie na marne – powiedział Tymoteusz Puchacz.

Remis z Hiszpanami daje nadzieję, że zrobiliśmy krok w tył tylko po to, aby teraz wykonać dwa w przód. Wszystko rozstrzygnie się w Sankt Petersburgu, gdzie zagramy ze Szwedami. Każde zwycięstwo da nam awans do 1/8 finału. Turniej jeszcze dla nas nie umarł, wróciły radość i nadzieja. Oby żyły dłużej niż do środy.

SYTUACJA W POLSKIEJ GRUPIE:

Przed ostatnią rundą jeszcze wszystko jest możliwe

Szanse na wyjście z grupy mają wciąż wszystkie drużyny. Polacy w ostatniej kolejce muszą wygrać w Sankt Petersburgu ze Szwecją. Wówczas na pewno awansują do jednej ósmej finału – z pierwszego lub drugiego miejsca.

Jeśli pokonamy Szwedów, a w rozgrywanym równolegle meczu w Sewilli Hiszpania zremisuje ze Słowacją, możemy nawet wygrać grupę. Przy takim scenariuszu Polska, Szwecja i Słowacja będą mieć po cztery punkty i o pozycji zadecyduje mała tabela. W pierwszej kolejności pod uwagę brany jest bilans bezpośrednich spotkań i wypadłby on na remis. Słowacja pokonała Polskę, Szwecja – Słowację, a my – Szwecję. Dalej sprawdzana jest różnica goli. Dziś najlepszy bilans mają Szwedzi, ale po porażce z Polską sytuacja się odwróci. Co najmniej dwubramkowe zwycięstwo, przy remisie Słowacji z Hiszpanią, sprawi, że to drużyna Paulo Sousy zajmie pierwsze miejsce w grupie.

Wygrana Hiszpanii lub Słowacji spowoduje, że pozostanie nam walka o drugą pozycję. Nadal będziemy musieli pokonać Szwecję. W przypadku remisu i porażki Hiszpanii zrównamy się z nią punktami. Jeśli będziemy mieć lepszy bilans bramkowy, może nawet ją wyprzedzimy, ale dwa punkty to za mało, by myśleć o awansie z trzeciego miejsca (wychodzą cztery z sześciu najlepszych drużyn).

Na Euro 2016 zakwalifikowały się w ten sposób dwa zespoły z czterema punktami (Słowacja, Irlandia) i dwa z trzema (Portugalia, Irlandia Północna).