Kibice oskarżają go o to, że 8 lipca 2007 r. za pomocą mediów pomówił SKLW o przyczynienie się do powstania zamieszek podczas tego meczu. Zarzucają mu również, że podważył „idee przyświecające istnieniu Stowarzyszenia Kibiców, wypowiadając następujące słowa: »SKLW ma wpisane w swój statut szczytne cele, ale nie są one realizowane. Co więcej, mamy podejrzenia, że stowarzyszenie częściowo przyczyniło się do powstania takiego stanu, jaki miał miejsce podczas meczu z Vetrą«, przez co poniżył SKLW w opinii publicznej i naraził je na utratę zaufania” – czytamy w akcie oskarżenia.

– Postępowanie przeciwko prezesowi Legii toczy się z oskarżenia prywatnego, a nie z urzędu. W takim przypadku pełnomocnik zastępuje prokuratora. Ja będę starał się udowodnić, że prezes Legii złamał prawo – tłumaczy adwokat Andrzej Pleszkun, pełnomocnik SKLW, członek zarządu Ogólnopolskiego Związku Stowarzyszeń Kibiców.Na razie klub nie wypowiada się na ten temat

Oburzeni kibice

Konsekwencją zamieszek w Wilnie było zerwanie przez KP Legia kontaktów z SKLW i wprowadzenie zakazu sprzedaży biletów na mecze wyjazdowe.„Najbardziej oburzające jest nie tylko pominięcie roli SKLW w pacyfikowaniu agresji na stadionie w Wilnie, ale wręcz dosłowne pomawianie o inspirację chuligańskich ekscesów grup nieodpowiedzialnych pseudokibiców, zupełnie niezwiązanych ze stowarzyszeniem”– napisano w oskarżeniu.

Za pomówienie w środkach masowego przekazu grozi grzywna, kara ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do lat 2.

W sprawie zajść w Wilnie postępowanie prowadzi też warszawska prokuratura.

– Postępowanie z urzędu prowadzimy w związku z doniesieniami prasowymi – mówi Katarzyna Szeska, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie. – Chodzi o czynną napaść przez polskich obywateli z użyciem niebezpiecznych narzędzi. Od strony litewskiej uzyskaliśmy odpowiedź, ale niepełną. Czekamy na uzupełnienie dokumentów – dodaje.

– Dobrze, że prokuratura prowadzi takie postępowanie. Wykryje ono prawdziwych prowodyrów zajść w Wilnie, pokaże też, że członkowie władz stowarzyszenia nie mają z tym nic wspólnego – podsumowuje Pleszkun.