Wiadomo, że kluby bogate nieco stracą, a biedne spadną o kilka klas lub padną w ogóle. Zapatrzeni w ekstraklasę i pierwszą ligę nie myślimy o Wiśle Dziecinów, Promniku Łaskarzew, KS Wasilków, Gromie Nowy Staw, Pniówku Pawłowice Śląskie, Jutrzence Giebułtów...

Tam spełniają się pierwsze piłkarskie marzenia chłopców. Z takich małych miejscowości wielu trafiło do reprezentacji Polski. Jakub Błaszczykowski ze wsi Truskolasy, Łukasz Fabiański ze Słubic, Łukasz Piszczek z Goczałkowic, Kamil Glik z Jastrzębia-Zdroju, Jan Bednarek z Kleczewa, Robert Lewandowski z podwarszawskiego Leszna.

Piekarz i rzeźnik

Ich rodzice płacili składki, kupowali koszulki i buty, umawiali się, kto zawiezie chłopców na trening. Zwykle też znalazł się jakiś lokalny przedsiębiorca, który za reklamę na koszulce i baner na dziurawym płocie biednego stadioniku dawał co miesiąc niewygórowaną kwotę. Miejscowy piekarz, rzeźnik, hurtownik chemii gospodarczej, zakład budowlany, warsztat samochodowy, przedsiębiorca pogrzebowy...

To wszystko pozostanie, ale już nie w takiej formie jak do wczoraj. Rodzice będą zarabiali mniej, drobne firmy zaczną oszczędzać na wszystkim i kiedy nawet jakieś pieniądze trafią do małych klubów, one też będą oglądać każdą złotówkę i – to jest pewne, bo tak zawsze było – zaczną od cięcia kosztów na juniorach.

Nie pomogą tym klubom wojewódzkie związki piłki nożnej, bo nie mają pieniędzy. Głównymi źródłami funduszów związków są roczne składki klubów, subwencje, dotacje, darowizny i środki pochodzące ze zbiórek publicznych. Może PZPN powinien utworzyć dla małych klubów tarczę jak rząd, który w ten sposób zamierza pomagać przedsiębiorcom. Chyba nie ma jednak co na to liczyć.

Wygrają ci, którzy wcześniej postawili na szkolenie młodzieży. W ekstraklasie jest tylko pięć klubów, które zorganizowały akademie na profesjonalnym poziomie: Zagłębie Lubin, Lech, Legia, Pogoń i Jagiellonia. One mogą liczyć na wychowanków.

Ale nawet w największych klubach świata wychowankowie to tylko drobna część kadry. Rzadko zdarza się coś takiego jak „Klasa 92” Manchesteru Utd: David Beckham, Ryan Giggs, Paul Scholes, Nicky Butt, Gary Neville, Phil Neville, którzy grali razem w juniorach i razem zdobywali Puchar Mistrzów. Albo La Masia Barcelony, której uczniami byli: Leo Messi, Pep Guardiola, Andres Iniesta, Xavi, Cesc Fabregas, Gerard Pique, Jordi Alba, Carles Puyol.

W Polsce nie było takich akademii. A jeśli już, to w zamierzchłej przeszłości. Chorzowski Zryw prof. Józefa Murgota, który na początku lat 60. zdobywał tytuły mistrza Polski juniorów, mając w składzie Antoniego Piechniczka, Jana Banasia czy Zygfryda Szołtysika. Po latach Jagiellonia Białystok trenera Ryszarda Karalusa, która miała swoją „Klasę 74/75”: Marka Citkę, Mariusza Piekarskiego, Tomasza Frankowskiego, Jacka Chańkę, Daniela Bogusza, Bartosza Jurkowskiego.

Dziś szkółek mogących się pochwalić takimi wychowankami nie ma. Szukają ich więc, gdzie się da skauci, zawsze jednakowo pazerni. Dobrze, że znajdują, źle, że nie myślą o dobru młodego zawodnika, tylko o swoim.

Dla klubu podstawowym powodem sprzedaży zawodnika jest cena i tu nic się nie zmieni. Lada moment Legia sprzeda najzdolniejszego zawodnika młodego pokolenia w ekstraklasie Michała Karbownika, urodzonego już w XXI wieku. Jego agent Mariusz Piekarski robi sobie przy okazji reklamę, rozpowiadając, ile ma ofert. Legia podobno może sprzedać Karbownika nawet za 8 mln euro, odkuje się finansowo, Piekarski weźmie swój procent.

A Karbownik? Na pewno dobrze zarobi. Ale czy już powinien odchodzić z ekstraklasy? Ma 19 lat, nie rozegrał w Polsce ani jednego pełnego sezonu. Mecze w reprezentacji, do której Jerzy Brzęczek miał go powołać, zostały odwołane. Powinien zostać w Legii dla własnego dobra.

Arka, Lechia, Korona...

Kluby ekstraklasy jakoś się trzymają, dzięki pieniądzom Canal+, TVP, PKO BP i Totalizatora Sportowego. Ale te źródełka też mogą wyschnąć albo woda w nich będzie ledwo ciurkać. Jak sobie radę dadzą ci, którzy zalegali z wypłatami dla zawodników jeszcze przed rozpoczęciem epidemii? Arka, Lechia, Korona...

Tylko desperat w trudnych czasach będzie chciał inwestować w Arkę, która na własne życzenie wpakowała się w kłopoty bez wyjścia. Do tego stopnia, że odwróciło się od niej nawet miasto Gdynia. Kto rządził w tym klubie? Prezes, który niedawno dostał dowód osobisty, jego ojciec, który kupił mu klub jak zabawkę?

Z klubów odchodzą już najlepsi zawodnicy. Za namową agentów szukają szczęścia gdzie indziej, kluby nie protestują, bo w nowych okolicznościach trudno by im było wywiązać się z zobowiązań kontraktowych. Skoro Legia chce płacić Arturowi Jędrzejczykowi 200 tys. zł miesięcznie, to ma problem.

Z Lecha odejdzie latem najlepszy strzelec Christian Gytkjaer, z Pogoni Zvonimir Kożulj. Obydwaj należeli do nielicznej grupy zagranicznych graczy, którzy wnosili do ekstraklasy coś pożytecznego. Lista nieobecnych będzie za chwilę dłuższa. Obniżenie pensji staje się koniecznością, ale nie wszyscy chcą się na to zgodzić, więc i na tym tle dochodzi do konfliktów. To jest także test na przywiązanie do barw klubowych. Ktoś jeszcze wie, co to jest?

Trzeba mieć nadzieję, że zwolnione miejsca zajmą tańsi młodzi Polacy, może w tych trudnych czasach pojawi się znów zapomniana i wyszydzana instytucja „działacza społecznego”. Takiego pana służącego swoim czasem i pieniędzmi klubowi, który szczerze kochał i nic za to nie chciał.

W ekstraklasie znam jednego takiego człowieka. To Stanisław Sętkowski, 81-letni kibic Górnika Zabrze. Na trybunie siedzi z wielkim dzwonkiem, po meczu wręcza najlepszemu zawodnikowi koguta, daje graczom jajka, naprawia im buty, podwozi starym polonezem na stadion. Bo lubi. Człowiek z innej epoki, w której o wszystkim nie decydowały pieniądze, a piłkarze całowali szczerze klubowy emblemat.