Wie pan, jaką reakcję słyszałem po pańskiej konferencji? Ten Boniek to przyzwoity szef, bo wziął na siebie odpowiedzialność za przegraną. Lżej panu z taką opinią?

Ani trochę. Odpowiadam za wszystko jako prezes związku. Nie wypinam klapy po ordery ani nie uciekam po porażce. I nie lubię opowiadać o sprawach, których nie widać, a które mają wpływ na wyniki. Nie zamierzam opowiadać, dlaczego w roku 2002 sam zrezygnowałem z posady selekcjonera. Nie powiem więc wszystkiego, co dotyczy zamiany Jurka Brzęczka na Paulo Sousę.

Brzęczek zrobił coś nie tak, o czym nie wiemy?

On nie, ale wokół niego to już różnie bywało. Jurka lubię i szanuję, może gdyby został, rozmawialibyśmy dziś inaczej. Reprezentacja wygrywałaby po 1:0, grając brzydko, ale liczyłyby się punkty, a więc ocena byłaby inna. A ja chciałem oglądać inną reprezentację. Taką, która chce grać, a nie biega za piłką.

Każdy by chciał, a tymczasem nie doczekaliśmy się ani ładnej gry, ani zwycięstw. Z dwóch celów Paulo Sousa jednego już nie zrealizował. Jaka jest pewność, że uda mu się spełnić drugi: awansować na mundial?

W Polsce przyjęło się, że jak się przegrywa, to musi być winowajca. Sportu ta zasada nie powinna dotyczyć. Można przegrać bez winy, bo przeciwnik okazał się lepszy. Tak właśnie było tym razem. Statystyki świadczyły na naszą korzyść. O rezultatach zadecydowały niuanse, więc można mówić o niedosycie. Oczywiście, jak się zdobywa jeden punkt w trzech meczach, to teoretycznie brakuje argumentów na obronę. Tym bardziej że teorie dobudowuje się do wyniku.

To jakie niuanse zadecydowały o porażkach?

W meczu ze Słowacją 62. minuta i czerwona kartka dla Krychowiaka. Otrzymał złe podanie i musiał ratować się faulem. Gdyby nie to, ten mecz byśmy wygrali. Jeszcze w dziesiątkę kilkakrotnie napędziliśmy Słowakom stracha. Serce mnie boli, kiedy to sobie przypomnę, bo było to niesprawiedliwe i od początku ustawiło nas w trudnej sytuacji.

Spotkanie z Hiszpanią to z kolei przyjemne zaskoczenie?

Pokazało, że mimo porażki nikt się nie załamał, cała grupa pracowała dobrze. Gdyby udał się nam mecz ze Szwecją, to o tym z Hiszpanią mówiłoby się jak o zwycięskim remisie na Wembley.

Kiedy po Hiszpanii kibice odzyskali wiarę, ze Szwecją znów się nie udało...

Pamięta pan pożegnanie z mundialem w Rosji? Wygraliśmy z Japonią 1:0, ale nikt się nie cieszył, bo towarzyszyły temu wstydliwe okoliczności, a zwycięstwo nie zmieniało naszej sytuacji. Tym razem nastroje były inne. Mimo ciosu już w drugiej minucie, co nie powinno się zdarzyć, dążyliśmy do odrobienia straty tej bramki, a potem nawet dwóch.

Ale większość dośrodkowań nie docierała do celu...

To bez wątpienia błąd wynikający z wyszkolenia. Doprowadziliśmy jednak do remisu. Zanim Szwedzi wbili nam trzeciego gola, my też mogliśmy to zrobić. Ludzie opuszczali trybuny rozczarowani, ale nie załamani jak w Rosji. Bo taka gra daje nadzieję, że może być lepiej.

Szkoda tylko, że wciąż można liczyć wyłącznie na Roberta Lewandowskiego.

Nie będzie pewnie między nami sporu, jeśli powiem, że to był w jego wykonaniu najlepszy duży turniej z czterech, w jakich brał udział. A wie pan dlaczego? Bo lepiej grała cała drużyna. Lewandowski jest typem napastnika, który musi dostać piłkę. Wykorzystał to trzykrotnie, pokazał klasę. Jakoś wcześniej to się nie udawało, bo reprezentacja grała tak, jak się u nas gra: strzelamy i się cofamy. Jakaś kontra wyjdzie, to dobrze, nie – to trudno. Remis też dobry. To nie jest żadna gra. I właśnie Sousa stara się taką mentalność zmienić. Niezależnie od trzech bramek Lewandowskiego, stworzyliśmy sporo sytuacji, ponieważ nie baliśmy się podjąć ryzyka. Jesteśmy inną drużyną niż jeszcze kilkanaście miesięcy temu.

Co panu powiedział Paulo Sousa po meczu ze Szwecją?

Było mu bardzo przykro, bo wierzył w to, co robi, a o porażce zadecydowały detale. Do tego dochodzi mój żal, prywatny i jako prezesa. Przecież to nie jest tylko porażka piłkarzy, trenera i moja, ale przykrość dla dziesiątek osób pracujących na rzecz reprezentacji. Kiedy w roku 2012 wygrałem wybory na prezesa, z reprezentacją i jej zawodnikami były rozmaite problemy, nazwijmy je organizacyjnymi. Od dawna wszystko w związku jest jej podporządkowane. Kiedy przegrywa, kibicom jest przykro, ale ci, którzy są bliżej, przeżywają to podwójnie. Oczywiście, odpowiedzialność zawsze ponoszą piłkarze. Każda drużyna wychodząca na boisko ma swój plan. San Marino też. Potrzeba tylko zawodników, na tyle dobrych technicznie, kreatywnych i odpowiednio przygotowanych, żeby ten plan zrealizować. Trzeba takich szukać.