Jest pan już wicemistrzem olimpijskim, ma za sobą grę w kilku klubach, trafia do FC Porto i tam pojawia się Fernando Santos, 44-letni trener, którego mało kto kojarzy...

To rzeczywiście było zaskoczenie, bo w FC Porto grali znani zawodnicy, a tu nagle ta grupa dowiaduje się, że będzie miała trenera, który nie był nawet znanym piłkarzem i przyszedł do nas z klubu Estrella Amadora, z przedmieść Lizbony. To tak, jakby trenerem Legii został ktoś ze Znicza Pruszków.

Co Santos zrobił, żeby zdobyć zaufanie piłkarzy?

Przede wszystkim osiągnął wynik. W pierwszym sezonie zdobył mistrzostwo i Superpuchar Portugalii, w drugim puchar i ponownie Superpuchar. Przyszedł obcy facet, tupnął nogą, a my zobaczyliśmy, że to nie jest byle kto.

Czytaj więcej

Fernando Santos: Od dzisiaj jestem Polakiem

Jak was do siebie przekonał?

Miał bardzo dobry kontakt z zawodnikami. My go rozumieliśmy, on nam ufał. Był wobec nas uczciwy, ale tego samego oczekiwał w zamian. Czasami narzekał, że to nie tak, tamto nie tak, ale wiedzieliśmy, że jak miał jakiś plan, to chciał go realizować zgodnie ze swoimi zasadami. I szybko przekonaliśmy się, że nie marudzi, tylko rzeczywiście chce coś osiągnąć i mówi nam, jak dojść na szczyt. W dodatku co mówił, to robił, jego koncepcje się sprawdzały, nikogo nie faworyzował.

Ale musiał być pod presją, choćby dziennikarzy. Teraz też niektórzy narzekali, że na mundialu w Katarze trzymał Cristiano Ronaldo na ławce...

Ale Fernando Santos nigdy przed nikim nie tańczył. Nie płaszczył się przed działaczami, nie zabiegał o względy zawodników czy kibiców. Miał swoje zasady i dobrze na tym wychodził. Robił swoje i wygrywał. Dawał sobie radę w każdej sytuacji. W Grecji, gdzie ludzie futbolu są wyjątkowo egzaltowani i temperament ich ponosi – również. Skutecznie gasił tam wszelkie pożary.

Czy to dobry wybór dla reprezentacji Polski? Słychać już głosy, że 68-letni trener powinien pójść na emeryturę, a nie do pracy.

Nie wiem, na ile Fernando Santos zmienił się przez te lata. Na pewno nie zmieniły się jego zasady. On jest przedstawicielem pokolenia urodzonego niewiele lat po wojnie. W Portugalii było wtedy biednie, jak w Polsce. Liczyły się zasady, wychowanie wyniesione z domu, ważne było to, co powiedział ojciec. Wierzono, że do wszystkiego można dojść ciężką pracą, a nie w wyniku układów i dzięki znajomościom. I to wszystko w połączeniu z religią. Fernando Santos jest wierzącym katolikiem, ale się ze swoją wiarą nie obnosi.

Nie sądzi pan, że ktoś taki akurat teraz jest piłkarzom szczególnie potrzebny, bo zasady dwóch poprzedników Santosa odbiegały od przyjętych norm etycznych?

Nie wyobrażam sobie, żeby Fernando Santos porzucił pracę tylko dlatego, że gdzie indziej zaproponowano mu wyższą gażę. To się kłóci z jego kodeksem honorowym. Jeśli piłkarze będą go szanować, jak on ich, to wszyscy dobrze na tej współpracy wyjdą.

Czy utrzymuje pan z nim kontakt?

Od lat. Fernando Santos sprowadził mnie do AEK Ateny, kiedy poszedł tam pracować. Rzadko się spotykamy, ale często komunikujemy się ze sobą. Wymiana SMS-ów, nawet podczas mundialu, była czymś oczywistym.

Na temat gry Polaków?

Nie, Portugalczyków. Ale ostatnio, kiedy otrzymał propozycję z PZPN, pytał mnie o różne sprawy. Pomogę mu zawsze, bo wiem, że jest uczciwym człowiekiem, pochłoniętym pracą. Bardzo go za to cenię. W zawodzie trenera dobrze jest zrobić sobie czasami dłuższą przerwę, ale Fernando Santos takiej zasady nie wyznaje. On pracuje bez przerwy. W ciągu ostatnich 20 lat jego najdłuższe wakacje wynosiły około trzech miesięcy.

Czego pana nauczył?

Jest coś, czego nie zapomnę. Jeszcze w FC Porto powiedział mi kiedyś: „Zacznij się uśmiechać na treningu, bo jak nie, to nie będziesz u mnie grał. Ciesz się grą, a ocenę zostaw mnie. Tylko zawodnik szczęśliwy zrobi na boisku z piłką rzeczy niemożliwe”. Miałem wtedy 27 lat i nie bardzo to do mnie dotarło. Ale minęło trochę czasu i zrozumiałem. Fernando Santos będzie inspiracją dla polskich piłkarzy. Oczywiście, jeśli w porę zrozumieją, co chce im dać.