Liga Konferencji Europy - tak nazywa się nowy produkt UEFA stworzony z myślą o krajach piłkarsko ubogich. Wystartuje w nich m.in. drugi i trzeci zespół Ekstraklasy oraz zdobywca Pucharu Polski. Do fazy grupowej dostaną się 32 ekipy, a mecze odbywać się będą w czwartki, czyli w dniu zarezerwowanym dziś dla Ligi Europy.

Zwycięzcy ośmiu grup awansują bezpośrednio do 1/8 finału, a wiceliderzy zmierzą się w barażach z zespołami, które zajęły trzecie miejsca w Lidze Europy. Triumfator całych rozgrywek zapewni sobie przepustkę do fazy grupowej Ligi Europy w kolejnym sezonie.

Czemu służyć ma ta reforma? Według szacunków UEFA, sprawi ona, że w fazach grupowych europejskich pucharów swoich przedstawicieli będą mieć przynajmniej 34 z 55 krajów: w Champions League zagra minimum 14 mistrzów, w Lidze Europy - od 8 do 11, a w Lidze Konferencji - od 9 do 12.

- Te rozgrywki wcale nie będą łatwe, jak się niektórym wydaje. System kwalifikacyjny będzie podobny do Ligi Europy, nawet drużyny mogą być podobne - tłumaczył niedawno prezes PZPN Zbigniew Boniek, starający się o reelekcję we władzach UEFA.
Nie da się jednak ukryć, że pod względem prestiżowym będzie to trzeci piłkarski świat. Europejska elita, czyli Anglia, Niemcy, Hiszpania, Włochy i Francja wystawią tam tylko po jednym zespole. Gospodarzem pierwszego finału (25 maja 2022 roku) będzie Tirana - na otwartym przed rokiem stadionie Air Albania, gdzie swoich rywali podejmuje reprezentacja tego kraju (konkurentami były Saint-Etienne, Skopje i Heraklion).
Air Albania to obiekt nowoczesny, o oryginalnej konstrukcji, w jeden z jego narożników wkomponowany jest 100-metrowy wieżowiec. Ta piłkarska arena może pomieścić jednak tylko ok. 22 tys. widzów, czyli mniej niż np. stadiony Lecha i Legii. Widocznie UEFA uznała, że to pojemność adekwatna do zainteresowania nowymi rozgrywkami. A może po prostu ważniejszy okazał się aspekt marketingowy.

Za Białorusią i Kazachstanem

UEFA kontynuuje swoją politykę otwarcia na nowe kraje i dociera tam, gdzie wcześniej wielkiego futbolu nie było. W ostatnich latach mecze o Superpuchar Europy odbywały się w Tbilisi, Skopje i Tallinnie.

Finał Ligi Europy gościło przed rokiem Baku. Areną najbliższego spotkania o to trofeum ma być Gdańsk, choć nadal nie wiadomo, czy w maju 2021 roku da się już zorganizować futbolową fiestę przy pełnych trybunach, czy ciągle jeszcze okrojone święto w pandemicznym reżimie. Pewne jest jednak, że Liga Europy może do Polski szybko nie wrócić.

Rozgrywki te staną się bardziej elitarne, zakwalifikują się do nich 32 ekipy (a nie jak obecnie 48), a prawo gry w eliminacjach zyskają tylko drużyny z krajów sklasyfikowanych w pierwszej piętnastce rankingu UEFA, ustalonego na podstawie wyników z poprzednich pięciu sezonów. Polska zajmuje w nim dopiero 30. pozycję. Smutna prawda jest taka, że wyprzedzają nas nawet Kazachstan i Białoruś.

To sprawia, że okazję do występów w Lidze Europy będzie mieć jedynie mistrz Polski - jeśli nie przebrnie eliminacji Champions League. A im szybciej powinie mu się noga, tym wcześniej wyląduje w Lidze Konferencji Europy.

Premie jeszcze nieznane

Trudno się dziwić, że Lech - po tym, jak pożegnał się z szansami na wyjście z grupy LE - zabrał się za odrabianie strat do czołówki Ekstraklasy. Sezon jest krótszy niż zwykle (bez siedmiu dodatkowych kolejek po rundzie zasadniczej), tylko zdobycie tytułu daje nadzieję na uniknięcie gry na piłkarskich peryferiach i walkę o naprawdę duże pieniądze.

Ile wyniosą premie w Lidze Konferencji? Na razie nie wiadomo. Pandemia spowodowała spustoszenie w kasie UEFA i europejska federacja szuka oszczędności. Raczej nie ma co liczyć na to, że będą to zarobki porównywalne z Ligą Europy, gdzie za sam udział w fazie grupowej każdy z uczestników otrzymuje prawie 3 mln euro, a za każde zwycięstwo dodatkowo 570 tys.

Lech wygrał w grupie tylko jeden mecz (ze Standardem Liege), ale z kwalifikacjami włącznie zgarnął ponad 4,5 mln. Za same wyniki. Do tego dojdą premie z tytułu praw telewizyjnych i marketingowych. Ale to i tak drobne w porównaniu z tym, ile cztery lata temu wpłynęło na konto Legii za występy w Lidze Mistrzów (27 mln euro). Z każdym sezonem ten futbolowy raj oddala się jednak coraz bardziej od Polski.

Żeby dostać się do Ligi Konferencji, podobnie jak w Champions League i Lidze Europy, trzeba będzie przejść cztery rundy. Wicemistrz Polski i zdobywca pucharu będą mieć w pierwszym sezonie nieco łatwiejszą ścieżkę i zaczną grę od drugiej rundy.
Istniała szansa, że w kolejnym roku dołączy do nich również trzeci zespół Ekstraklasy. By tak się stało, Lech musiał pokonać w czwartek Glasgow Rangers. Punktów, które pozwoliłyby awansować Polsce na 27. miejsce w rankingu UEFA, piłkarze Dariusza Żurawia jednak nie zdobyli. A porażka ze Szkotami spowodowała, że od sezonu 2022/2023 cała trójka przedstawicieli Ekstraklasy będzie musiała grać od pierwszej rundy.

Zesłanie do Trzeciego Świata

Powołanie do życia Ligi Konferencji to powrót do czasów, w których europejskie kluby walczyły na trzech frontach. Do 1999 roku istniały oddzielne rozgrywki dla zdobywców krajowych pucharów (Puchar Zdobywców Pucharów), ale zostały one wchłonięte przez Puchar UEFA, poprzednika Ligi Europy.

- Nasze rozgrywki staną się bardziej inkluzywne. Będzie więcej okazji do rywalizacji dla większej grupy drużyn - przekonuje szef UEFA Aleksander Ceferin.

Może i polskie zespoły utrzymają się w pucharach dłużej na powierzchni, może nawet w szerszej perspektywie uda im się zarobić więcej. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że zostały zesłane do Trzeciego Świata. A satysfakcji ze zwycięstw nad przeciwnikami z Bułgarii, Norwegii czy Luksemburga nie da się porównać do możliwości gry z Benficą czy Rangers. Nawet jeśli konfrontacja ta okazała się bolesnym zderzeniem z rzeczywistością.