Real nie zwykł przegrywać finałów i w sobotę dopisał kolejny rozdział tej zwycięskiej historii. To było jego ósme spotkanie o trofeum w czasach Champions League i ósmy triumf.

Królewscy zrobili to w stylu, jaki widzieliśmy już w tym sezonie. Nie było co prawda tylu bramek i takiej dramaturgii, co w meczach z Paris Saint-Germain, Chelsea i Manchesterem City, o triumfie Królewskich zadecydował jeden gol strzelony przez Viniciusa Juniora, ale scenariusz był podobny. Real wyglądał jak przyczajony tygrys, dał się wyszaleć rywalowi, uśpił jego czujność i w odpowiednim momencie zaatakował.

Piłkarze Liverpoolu rozpoczęli ten wieczór tak, jakby chcieli wymazać z pamięci finałową porażkę z 2018 roku w Kijowie. To oni prowadzili grę, próbując znaleźć lukę w defensywie Realu. Najlepszą sytuację w pierwszej połowie miał Sadio Mane, ale po jego strzale Thibaut Courtois sparował piłkę na słupek.

Real przetrwał burzę i jeszcze tuż przed przerwą mógł objąć prowadzenie. Karim Benzema najpierw podjął złą decyzję w polu karnym - zwlekał ze strzałem, potem nie miał, do kogo podać - ale piłka wróciła do niego i trafił do siatki. Sędziowie długo analizowali, czy był na spalonym. Francuz Clement Turpin czekał na sygnał z wozu VAR, ostatecznie gola swojego rodaka nie uznał.

To był pierwszy sygnał ostrzegawczy dla Liverpoolu. Drugi przyszedł niecały kwadrans po przerwie. Federico Valverde wpadł w pole karne, zagrał do Viniciusa Juniora, a pozostawiony bez opieki Brazylijczyk nie zmarnował takiej okazji i z bliska pokonał Alissona.

Liverpool miał pół godziny na doprowadzenie do dogrywki, ale nie pozwolił na to Courtois. Belg fruwał w bramce, ratując skórę kolegom swoimi interwencjami jeszcze kilka razy, m.in. po uderzeniach Mohameda Salaha. Zapracował na tytuł bohatera wieczoru.

Zanim zobaczyliśmy piłkarskie święto, oglądaliśmy jednak sceny, do jakich nie powinno dojść przed tak dużym wydarzeniem jak finał Ligi Mistrzów. Kibice przeskakujący przez bramy stadionu, chuligani próbujący wykorzystać chaos i dostać się na trybuny bez biletów, brak ochrony, policja używająca gazu łzawiącego.

Od dawna wiadomo było, że zainteresowanie będzie ogromne, że Paryż czeka najazd kibiców z Liverpoolu i Madrytu, że najważniejszy mecz w klubowym futbolu będzie się odbywał w trakcie innej ważnej imprezy - Roland Garros (na trybunach Stade de France był m.in. wielki fan Realu Rafael Nadal, Iga Świątek oglądała mecz w hotelu).

Mimo to sytuacja wymknęła się organizatorom spod kontroli. Przed stadionem panował wielki bałagan. Wcześniej problemy z dojazdem miał autokar wiozący zawodników Liverpoolu. Mecz opóźniono najpierw o kwadrans, potem o kolejne 20 minut. Warto było jednak czekać.

FINAŁ LIGI MISTRZÓW

Liverpool - Real Madryt 0:1

(Vinicius Junior 59)