Dlaczego Wisła Kraków utrzyma się w Ekstraklasie?

Widzę, jak piłkarze pracują i jak radzą sobie w trudnych momentach. Zostały nam do końca sezonu trzy kolejki, dwa z tych meczów gramy u siebie. Musimy zdobywać punkty, odnosić zwycięstwa. Jestem pozytywnie nastawiony. Mocno wierzymy w utrzymanie. Wszystko jest w naszych głowach.

Liczyliście, ile trzeba zdobyć punktów, aby zapewnić sobie pozostanie w lidze?

Takie kalkulacje nie mają sensu, bo nikt nie przewidzi innych wyników. Musimy skoncentrować się na tym, aby zdobyć swoje punkty. Nie chcemy być uzależnieni od rezultatów pozostałych zespołów.

Remis w meczu derbowym z Cracovią to punkt zdobyty czy dwa stracone?

Uważam, że w naszej sytuacji zawsze jest to punkt zdobyty. Tak samo bardzo brakuje nam tego, który straciliśmy w doliczonym czasie gry meczu z Wisłą Płock. Każdy punkt w ostatecznym rozrachunku może mieć znaczenie.

Jesteście od kilku tygodni w strefie spadkowej. Presja wiąże zawodnikom nogi?

Nie widzę po drużynie strachu ani dodatkowego stresu. Gdyby presja wiązała nam nogi, nie mielibyśmy tak dobrej kultury gry. Piłka to jednak gra błędów i wszyscy je popełniają – także my. Aż trzykrotnie traciliśmy gole w ostatnich sekundach meczu.

Czytaj więcej

Stefan Szczepłek: Raków obronił Puchar Polski
Autopromocja
SZKOLENIE

Pozyskiwanie sponsorów przez instytucje nauki, kultury i sportu

WEŹ UDZIAŁ

Czy sędziowie chcą, żeby Wisła spadła z ligi?

Oczywiście, że nie. Dużo emocji narosło wokół naszego klubu w ostatnich tygodniach. Mamy prawo do swojego zdania, możemy oceniać pewne sytuacje z naszego punktu widzenia. Zarówno my, jak i obserwujący spotkania Wisły kibice nie zawsze mieli co do niektórych sytuacji taką samą opinię jak sędzia, który podejmował decyzję.

Spiralę złych emocji zaczął nakręcać mecz z Lechem Poznań, kiedy arbiter nie uznał prawidłowego gola na 2:0, a rywale wyrównali w ostatniej akcji?

Prowadząc 2:0, bylibyśmy bliżej zwycięstwa i – mając te dwa punkty – dziś zajmowalibyśmy miejsce poza strefą spadkową. Istotne są kwestie psychologiczne. Takie wydarzenia mają wpływ na to, co dzieje się później. Tematu sędziowania nie poruszamy w szatni. Koncentrujemy się na kolejnych spotkaniach i na tym, co powinniśmy zrobić na boisku.

Trudno nie mieć wrażenia, że atmosfera w klubie i wokół klubu jest nerwowa. Pan jest głosem rozsądku, który chłodzi nastroje?

Wykonuję swoją pracę. Trzeba pamiętać, że oficjalnie jestem w Wiśle dość krótko, a jej właściciele przeszli bardzo długą drogę. Tylko oni wiedzą, ile zdrowia i zaangażowania wymagało wyprowadzenie klubu na prostą. Wykonali olbrzymią pracę. Dziś Wisła wreszcie zaczyna funkcjonować, jak na klub z taką tradycją przystało. Rozgoryczenie spowodowane miejscem, w którym się znaleźliśmy, jest zrozumiałe. Pojawiają są momenty, kiedy emocje stają się zbyt duże, i czasem trzeba dać im ujście.

Więzi rodzinne pomagają czy stają się obciążeniem?

Trudno o jednoznaczną odpowiedź. Sytuacje, do których dochodzi, na pewno powodują większe obciążenie emocjonalne. Jesteśmy rodziną, co czasem pomaga, a czasem przeszkadza. Przede wszystkim nam niesamowicie zależy.

Dobrze pan sypia w nocy?

Są różne dni i noce. Nie powiem, że śpię spokojnie. Taki zawód. Nie jestem jedynym trenerem, który znajduje się w niełatwej sytuacji. To naturalne, że naszej pracy towarzyszą emocje, a przed meczami i po nich adrenalina często buzuje, nie dając zasnąć.

Żałuje pan czasem, że przyjął ofertę ratowania Wisły?

Nigdy. Podejmując pracę, wiedziałem, w jakiej sytuacji jest klub. Nic mnie nie zaskoczyło. Widzę jednocześnie pracę, jaką wykonaliśmy, i wiem, że wciąż nie ma ona odzwierciedlenia w zdobyczy punktowej. Gramy lepiej, niż pokazują wyniki. To ocena moja i zapewne wielu obserwatorów. Niestety, szczęście nie do końca nam sprzyja.

Jest pan trenerem Wisły od połowy lutego. Dało się w tym czasie zrobić coś lepiej?

Zawsze po czasie można dojść do wniosku, że dało się coś zmodyfikować. Żałuję przede wszystkim rzeczy, na które nie miałem wpływu: urazów, kartek – zwłaszcza wśród zawodników z linii defensywnej. Cieniem kładzie się sytuacja Alana Urygi, który wracał już do pełni zdrowia i miał być ważnym elementem naszej układanki, ale doznał kontuzji podczas treningu.

Przejęcie drużyny w takim momencie było dla pana największym wyzwaniem w trenerskiej karierze?

Reprezentacja to wciąż reprezentacja. Kadrę także obejmowałem w trudnym momencie: przeżywaliśmy rozczarowanie po mistrzostwach świata, wśród kibiców panował negatywny klimat. Zakwalifikowaliśmy się jednak na mistrzostwa Europy, utrzymaliśmy w dywizji A Ligi Narodów i wprowadziliśmy do zespołu kilku młodych graczy – udało się więc zrealizować wszystkie cele. Zrobiłem, czego ode mnie oczekiwano. Na sam turniej nie było mi jednak dane pojechać.

Czego nauczyła pana praca z drużyną narodową?

Graliśmy mecze z najlepszymi zespołami w Europie, przeciwko najlepszym trenerom na świecie. Rozwinąłem się dzięki tym doświadczeniom jako szkoleniowiec: taktycznie, treningowo. Dziś na wiele kwestii patrzę inaczej.

Macie przygotowany scenariusz na wypadek spadku z ligi?

Nasze miejsce w tabeli wywołuje takie przemyślenia, ale koncentrujemy się na walce o utrzymanie. Na pewno – niezależnie od jej wyniku – chcę być trenerem Wisły w przyszłym sezonie.