Aleksandar Vuković od nowego sezonu nie będzie już trenerem stołecznego klubu. Jak na grę piłkarzy może wpływać wiadomość, że szkoleniowiec, który z nimi pracuje, za chwilę odejdzie? Jedni pewnie się martwią. Inni, mający do tej pory poczucie krzywdy – cieszą. Przykładać się do gry czy już nie warto, bo liga stracona?

Pogoń Szczecin wcześniej poinformowała, że Kosta Runjaić popracuje tylko do końca sezonu. Nie wywołało to burzy ani na trybunach, ani w szatni. Piłkarze walczą, wciąż mając świadomość, że mogą przejść do historii jako pierwsi mistrzowie Polski w historii klubu i Szczecina. Pewnie niejednemu jest wszystko jedno, z jakim trenerem osiągnie sukces.

Smaczku tym przypadkom dodaje niepotwierdzona wieść, że nowym trenerem Legii zostanie właśnie Runjaić. A co z Vukoviciem? Nie wiadomo.

Mam świadomość, że losy Legii obchodzą tylko część Warszawy, bo średnia widzów na jednym meczu, około 15 tysięcy na 30-tysięcznym stadionie, w mieście liczącym ok. 1,8 mln mieszkańców to nie jest wynik imponujący. Do tego dochodzą kibice rozsiani po całej Polsce, zakochani w Legii, jak kocha się Real lub Barcelonę w Hiszpanii, Juventus, Inter i Milan we Włoszech, Bayern w Niemczech, Manchester United czy Liverpool w Anglii. Zakochani lub nienawidzący.

Legia w XXI wieku zdobyła dziewięć tytułów mistrza i siedem razy Puchar Polski, więc jest bezsprzecznie najlepsza, ale to tylko król na swoim podwórku.

Legia jest ich polskim odpowiednikiem. Ma ponad 100-letnią historię, najwięcej trofeów, magiczny stadion, największy budżet, a jej koszulkę wkładali czołowi polscy piłkarze. Jednak porównanie do najlepszych w Europie wiąże się nie tylko z miłością, ale i z nienawiścią.

Ma ona w przypadku Legii uzasadnienie historyczne i pochodzi z lat powojennych, kiedy do klubu pod pretekstem służby wojskowej powoływano najlepszych sportowców (nie tylko piłkarzy) z całego kraju.

Głośno – na ile cenzura pozwalała – wyrażano z tego powodu sprzeciw, bo Legia, mająca za sobą wojsko, mogła więcej niż inne. Ale mało który zawodnik nie chciał pójść do Legii, która stwarzała komfortowe warunki rozwoju i ustawienia się w życiu po zakończeniu kariery. Wielu z tych poborowych pozostało w stolicy z własnej woli.

Kiedy zmieniły się warunki i Legia zerwała z wojskiem, stała się potęgą finansową, tyle że już prywatną. Znowu każdy chciał grać lub pracować przy Łazienkowskiej, bo żadne inne miejsce w kraju nie dawało tak silnej pozycji sportowej i materialnej.

Autopromocja
TYLKO U NAS

Ambasador Chin w Polsce Sun Linjiang o nowej ofercie współpracy Pekinu z Warszawą

CZYTAJ

Legia w XXI wieku zdobyła dziewięć tytułów mistrza i siedem razy Puchar Polski, więc jest bezsprzecznie najlepsza, ale to tylko król na swoim podwórku. Kiedy mierzy się z drużynami zagranicznymi, często nawet teoretycznie słabsze, biedniejsze, młodsze i mało znane bywają od niej lepsze.

Błędy kolejnych ekip rządzących klubem dotyczyły zatrudniania zawodników, trenerów, transferów, nawet czasu trwania i wysokości umów. Od roku 2012 w Legii pracowało 11 szkoleniowców (siedmiu zagranicznych), a Vukovicia traktowano jak strażaka, na co, jako człowiek oddany Legii, się godził.

Jeden trener na rok. Każdy miał swoje wizje i koncepcje personalne. Jak tu mówić o ciągłości szkolenia i stabilizacji? Zawodników kupowano na wyprzedażach, żeby było taniej, a zdarzało się, że w jednym sezonie na liście płac było dwóch trenerów. Bo temu zwolnionemu też trzeba było płacić.

Szybko zagraniczni trenerzy i piłkarze zorientowali się, że Legia to jest taki polski klub, w którym można dobrze zarobić, bo agenci umieją przekonać dyrektorów. A przy okazji nie szanuje wychowanków, którzy oddaliby klubowi ostatnią koszulę – jak Jacek Magiera czy Vuković, a w jakimś stopniu także Michał Kucharczyk, Miroslav Radović, Arkadiusz Malarz.

Czy to się może zmienić? Marcin Herra, który zastąpił Dariusz Mioduskiego, był odpowiedzialny za organizację mistrzostw Europy w naszym kraju, ale klubu piłkarskiego jeszcze nie prowadził. Dobrą decyzją było powierzenie stanowiska dyrektora sportowego Jackowi Zielińskiemu, bo do jego kompetencji i uczciwości nie ma zastrzeżeń.

Jak to się robi, pokazuje Raków. Nie wiem nawet jak wygląda właściciel klubu Michał Świerczewski, bo nie bryluje w mediach. W 2016 roku postawił na Marka Papszuna i ten w ciągu tych sześciu lat przeprowadził Raków od drugiej ligi do wicemistrzostwa oraz Pucharu Polski i może powtórzyć te sukcesy w tym roku.

W tym czasie Legia z budżetem czterokrotnie większym niż Raków zatrudniała siedmiu trenerów, a w tym sezonie wciąż broni się przed spadkiem. Tego chyba nawet komentować nie trzeba.