Ile zarobił już PZPN na awansie reprezentacji Polski do finałów tegorocznych mistrzostw świata w Katarze?

Jeszcze nic, bo pieniądze z FIFA do nas nie wpłynęły. Ale oczywiście dojdą. Każdy finalista mundialu otrzymuje automatycznie 9 milionów dolarów oraz dodatkowe 1,5 miliona z przeznaczeniem na przygotowania do turnieju. Razem wychodzi 10,5 milionów. Z tej kwoty związek wypłaci piłkarzom i sztabowi reprezentacji premie za awans.

W jakiej wysokości?

To informacja poufna. Decyzję podejmie rada drużyny, z Robertem Lewandowskim na czele. Oni mają swój wewnętrzny regulamin i zasady, więc na pewno dokonają sprawiedliwego podziału.

Czytaj więcej

Reprezentacja już rozbiła bank, ale zarobić na mundialu można dużo więcej

Ale pan zapewne już wie, jaki procent od tej kwoty zostanie przeznaczony na premie...

Mogę powiedzieć, że coś pomiędzy 20 a 30 procent. Czyli w złotówkach to będzie między 7 a 11 milionów. Taka właśnie kwota zostanie przeznaczona dla zawodników – także tych grających w meczach eliminacyjnych – oraz sztabu szkoleniowego, medycznego i organizacyjnego.

Reprezentację w eliminacjach prowadziło dwóch trenerów. Paulo Sousa w dziesięciu meczach, a Czesław Michniewicz w jednym. Jak między nich zostaną podzielone pieniądze?

Sousa nie dostanie nawet na frytki. Kiedy postanowił opuścić reprezentację Polski i wyjechać do Brazylii, zaczęły się trudne negocjacje dotyczące warunków rozwiązania umowy. Jeszcze jako prezes Jagiellonii Białystok uzgadniałem warunki z wieloma trenerami. Wszystkich łączyło jedno pragnienie: chcieli ugrać jak najwięcej dla siebie. Sousa też się upominał, ale w tym przypadku postawiliśmy sprawę stanowczo. To on rezygnuje z reprezentacji, a nie PZPN z niego. Nie wyobrażałem sobie, żebyśmy w tej sytuacji jeszcze dopłacali do tego, że zostawił nas z dużym kłopotem. Nie mamy z nim już nic wspólnego, ani w sprawach prawnych, ani finansowych…

Zrezygnował z premii, bo może nie wierzył w awans. Rozwiązywaliście umowę w styczniu, kiedy było wiadomo, że Polska rozegra mecz barażowy w Moskwie, a drugiego może nie być.

To już problem Sousy. Jakkolwiek by było, sam pozbawił się wysokiej premii.

Bądźmy szczerzy, teoretyczne szanse na pokonanie Rosji w Moskwie, a potem drugiego przeciwnika nie były zbyt wysokie, cieszmy się więc z awansu, bo te pieniądze jakby spadły z nieba. W dodatku po grze na mundialu znacznie ich przybędzie. Czy myślał pan o inwestycjach, które w związku z tym PZPN mógłby rozpocząć?

Na razie jesteśmy skoncentrowani na udziale w turnieju finałowym mistrzostw świata. FIFA w znacznym stopniu pokrywa finalistom koszty uczestnictwa, ale zanim otrzymamy dodatkowe 9 milionów dolarów za trzy mecze w grupie, trzeba będzie wydawać pieniądze na przygotowania. Czekają nas mecze kontrolne, związane z nimi wyjazdy, czartery, analiza rywali. To wszystko kosztuje. Obliczyliśmy, że 50 pokoi hotelowych, które przeznaczone są dla ekipy sportowej i za które płaci FIFA, to za mało. Będziemy musieli wynająć kilka dodatkowych. Do Kataru poleci przecież nie tylko kadra i sztab, ale osoby z PZPN, które będą tam pracować, oraz sponsorzy.

Sousa sam pozbawił się wysokiej premii

Cezary Kulesza, prezes PZPN

To zrozumiałe. Ale czy pozostanie w PZPN coś po udziale Polaków w mistrzostwach świata? Jakaś baza hotelowo-szkoleniowa, z której będą mogły korzystać reprezentacje, własna siedziba PZPN? Po poprzednich awansach o tym się mówiło, ale żaden prezes nie wprowadził planów w czyn...

Za wcześnie na takie deklaracje. Pochopnie wydawać nie będziemy. O tym, co robić dalej, zadecydujemy na posiedzeniach zarządu. Ale oczywiście nie chcemy tych pieniędzy chować w skarpetę. Związek jest w dobrej sytuacji finansowej, a będzie w jeszcze lepszej. Musi jednak mieć coś w rodzaju rezerwy. Przeznaczamy przecież wiele na bieżące potrzeby.

Czy budżet PZPN nadal wynosi około 300 milionów złotych?

Nieco mniej. Wszystko zależy od roku: liczby rozgrywek, w których biorą udział kadry, sprzedaży praw, umów sponsorskich itp. Zwiększyła się pomoc ze strony państwa. Zarabiamy na siebie sami, natomiast ministerstwo przekazuje nam środki na szkolenie młodzieży. Do niedawna było to 35 milionów złotych rocznie na certyfikację szkółek. Ale porozumiałem się z ministrem Kamilem Bortniczukiem, który sam w przeszłości grał w piłkę. I wynegocjowaliśmy około 15 milionów więcej. Teraz jest to więc 50 milionów, dzięki czemu pieniądze będą mogły trafić do mniejszych szkółek i miejscowości.

To dlatego stosunkowo często spotyka się pan z ministrem czy premierem Mateuszem Morawieckim? W nieodległej przeszłości PZPN starał się być organizacją apolityczną...

I nic się w tej sprawie nie zmieniło. Ale jeśli w grę wchodzi wspólny interes, to trzeba rozmawiać.

Czy ma to związek ze szczególną sytuacją, w jakiej się znaleźliśmy? Czy decyzję o odmowie gry z Rosją konsultował pan z premierem?

Nie, to była samodzielna decyzja PZPN. Natomiast poinformowałem o niej ministra Bortniczuka. To była tylko formalność, bo mieliśmy w tej sprawie takie samo zdanie.

Na kongresie w Dausze FIFA podjęła decyzję o dołączeniu języka rosyjskiego do grupy języków urzędowych tej organizacji. Polska była przeciwna. Czy tworzył pan podczas kongresu jakieś lobby w tej sprawie?

A skąd pan wie, że Polska była przeciwna?

Przeczytałem.

Wynik głosowania był taki, jaki był… 187 federacji opowiedziało się za przyjęciem języka rosyjskiego, a cztery były przeciw. Ponieważ głosowanie było tajne, to nie mogę powiedzieć, kto jak głosował. Ale powiem tak: już wcześniej pokazaliśmy, że potrafimy zachować się jak trzeba.

Czy PZPN pomaga Ukrainie w związku z rosyjską agresją?

Pomagamy w wielu obszarach. Od razu po rosyjskim ataku zadzwoniłem z ofertą pomocy do prezesa Ukraińskiej Federacji Piłkarskiej Andrija Pawełki. Zaproponowałem, że reprezentacja Ukrainy przed meczem barażowym do mundialu ze Szkocją (ma się odbyć 1 czerwca – przyp. red.) może zorganizować zgrupowanie w Polsce. Jeśli będzie taka wola, jesteśmy gotowi przyjąć naszych braci ze Wschodu. Z prezesem Pawełką pozostajemy w kontakcie. Jako PZPN natychmiast zorganizowaliśmy także akcję pomocy „Polska piłka dla Ukrainy”. To między innymi w jej ramach w dniu naszego meczu ze Szwecją przeprowadzaliśmy zbiórkę pieniężną, nad którą nadzór sprawował Polski Czerwony Krzyż. Na bieżąco analizujemy sytuację i wprowadzamy zmiany również w przepisach. Od teraz Ukrainiec traktowany jest w polskich rozgrywkach, jakby pochodził z kraju Unii Europejskiej. Niestety, ten przepis nie ma w tej chwili powszechnego zastosowania, ponieważ ci Ukraińcy, którzy mogliby w Polsce grać w piłkę nożną, walczą w swojej ojczyźnie z karabinem w ręku.