Czy fakt, że gramy na swoim stadionie, rzeczywiście może być atutem?

Ogromnym. To jest jednak Stadion Śląski. Wprawdzie nie ten stary, 100-tysięczny, ale jednak prawie ten sam. Już w czasach, kiedy moja reprezentacja tam grała, był mniejszy. Ale kiedy trybuny rykną, piłkarze na boisku to czują. To ich niesie, daje przewagę. Nasz mecz z Norwegią, decydujący o awansie na mundial 2002 i wygrany 3:0, stanowił klasyczny przykład symbiozy między piłkarzami a trybunami. Graliśmy wszyscy razem.

Czytaj więcej

Nowe problemy selekcjonera. Kontuzje przed meczem Polska - Szwecja

Podobno w pierwszym meczu Norwegowie też chcieli wykorzystać fakt, że są gospodarzami...

My o nich wiedzieliśmy wszystko. Kto z kim lubi grać, kto się z kim kłóci, jakie zmiany przeprowadza trener. Nie przewidzieliśmy tylko, że w Oslo zastaniemy zmrożone boisko. Norwegowie wysypali na nie piach, zmniejszając przy okazji jego szerokość o 1,5 metra z każdej strony. Ograniczyli w ten sposób możliwości naszych ataków ze skrzydeł. Ja już dawno się nauczyłem, że futbol nawet na najwyższym poziomie polega na tym, kto kogo przechytrzy. Delikatnie mówiąc. Bo bardziej pasuje słowo oszuka.

Polacy nie grali jeszcze takiego meczu – na swoim boisku, kto wygra, ten pojedzie na mundial. Ale pan ma podobne doświadczenia. Można je porównać z tym, co czeka nas we wtorek w Chorzowie?

Oczywiście, że można. Kilka takich pojedynków w historii naszej reprezentacji już było. Kazimierz Górski jechał na Wembley z nastawieniem, że trzeba co najmniej zremisować, i cel osiągnął. Ja pierwszy raz znalazłem się w takiej sytuacji, kiedy pomagałem Antoniemu Piechniczkowi przed meczem z NRD w Lipsku. Potem, kiedy sam prowadziłem reprezentację i jechaliśmy na pierwszy mecz eliminacji do Kijowa.

Żeby te atuty gospodarza wykorzystać, trzeba jeszcze drobiazgu: umieć dobrze grać. Czy Polacy umieją? Mecz ze Szkocją nie dał powodów do optymizmu...

Owszem, ale trenera i każdego zawodnika czeka mecz, o jakim marzy się całe życie. Może jedyny w życiu. Wygrywasz – zostajesz bohaterem, przegrywasz – nie ma cię, masz na całe życie traumę. To oczywiście może nogi wiązać, ale też wyjątkowo mobilizuje. Same umiejętności piłkarskie, choć najważniejsze, wcale nie muszą być decydujące. Tu się będą liczyły nie tylko nogi, ale przede wszystkim głowa.

I co, można mieć nadzieję?

Moim zdaniem dużą. Jesteśmy faworytem, bo mamy lepszą drużynę niż Szwecja i gramy u siebie. Szwedzi przyjadą z nastawieniem, że trzeba grać na remis, z nadzieją, że uda się strzelić bramkę po stałym fragmencie gry.

Na jakiej podstawie pan tak uważa?

Mecz Szwecja–Czechy nie był ładny, bo obydwie drużyny grały pod presją, jaka czeka i nas we wtorek. Nie spodziewajmy się pięknej gry. Ale niezależnie od tego Szwedzi mają sporo mankamentów i brakuje w ich szeregach zawodników wybitnych. Ich obrona nie potrafi wyprowadzić piłki, więc należałoby wywierać na nią presję. Wykopują w pole, gdzie mają trzech pracowitych pomocników, z Kristofferem Olssonem na czele. On zawsze bierze udział w grze, dużo biega w tym samym tempie, podaje, jednak to nie jest gracz wybitny.

Ale napastnicy i ofensywni pomocnicy są.

Nie bardzo. Owszem, nazwiska Dejana Kulusevskiego, Alexandra Isaka czy Emila Forsberga są znane. To Forsberg wbił nam dwie bramki podczas Euro. On jest motorem napędowym. Każdy z nich ma jakieś atuty. Isak dobrze sobie radzi w grze tyłem do bramki, wszystko mu jedno, na której nodze ma piłkę. Drybling Kulusevskiego jest bardzo siłowy. Strzelec bramki z Czechami Robin Quaison był jednym z najsłabszych zawodników na boisku.

Ale oni wygrali z nami niecały rok temu.

No i pewnie wyciągnęliśmy z tego wnioski. Wspominałem o banku informacji sprzed lat, kiedy praca była znacznie trudniejsza. Dziś wszystko jest w internecie i w bazie danych analityka kadry Huberta Małowiejskiego. Nie mam co do tego wątpliwości.

Mamy się Szwedów nie bać?

Mamy ich szanować i tak przeanalizować ich grę, żeby nic nas nie zaskoczyło. To nie powinno być trudne. Wiemy, że reprezentacja Szwecji gra systemem 4-4-2 i że jest bardzo dobrze przygotowana pod względem fizycznym. Ale gra w sposób nieskomplikowany, rzadko krótkimi podaniami, nie ma szybkich zawodników, więc nie grozi nam kontratak. Trzeba uważać na obrońcę Manchesteru United Victora Lindeloefa, który z autu wrzuca piłkę na drugi słupek. Groźne w ich wykonaniu będą przede wszystkim stałe fragmenty gry. Kiedy wykonują je przeciwnicy – potrafią też się bronić.

Jesteśmy faworytem, bo mamy lepszą drużynę niż Szwecja i gramy u siebie

Jerzy Engel

Czy fakt, że mecz Szwecja–Czechy zakończył się dogrywką, może mieć znaczenie?

Na pewno. To jest jednak 30 minut w nogach więcej. W dogrywce trener Janne Andersson przeprowadził trzy zmiany, żeby dowieźć korzystny wynik. Oni to odczują. Dlatego wydaje mi się, że będą grać na remis.

Ale ktoś musi wygrać. A jest jeszcze Zlatan Ibrahimović.

A my mamy najlepszego piłkarza świata Roberta Lewandowskiego. Zlatan to jest ponad wszelką wątpliwość gracz wybitny. Biorąc pod uwagę jego formę w wieku 40 lat, to fenomen. Ale to też bomba zegarowa z opóźnionym zapłonem. Nigdy nie wiadomo, jak się zachowa. Albo zrobi coś genialnego, albo zejdzie po 20 minutach z czerwoną kartką.

Jak wobec tego powinna grać Polska?

Mnie nie wypada dawać rad, bo reprezentacja ma selekcjonera, który na pewno wie co robić. Słyszę rozmaite opinie, zwłaszcza dotyczące ustawienia. 4-4-2, trzema obrońcami, jednym czy dwoma napastnikami. To jest trochę śmieszne, bo nie ma żadnego znaczenia. Ustawienie można zmieniać kilkakrotnie w czasie meczu, w zależności od sytuacji, i nie ma co tego demonizować. Podzielam pogląd Jose Mourinho, który powiedział, że dziś każde dziecko ustawi skład zespołu i się nie pomyli. Ważniejsze są tysiące innych spraw, których nie widać gołym okiem. Widzi ten, kto się zna.

I to subtelności decydują?

Bardzo często. Mówi się, że małe detale wpływają na wielki wynik. Jestem przekonany, że we wtorek to będzie wielki wynik, z którego będziemy się cieszyli.