Krzysztof Kawa, Dziennik Polski, Gazeta Krakowska

W minioną środę Wisła Kraków SA wysłała do PZPN dokumenty potwierdzające zmiany w strukturze właścicielskiej oraz prognozę finansową na najbliższe miesiące.

W piłkarskiej centrali alarmu to nie wywołało, wszystko więc wskazuje, że dokumenty spełniają oczekiwania członków Komisji Licencji Klubowych PZPN. Tak jak, można złośliwie dodać, spełniały je obietnice złożone 18 sierpnia przez poprzedniego właściciela Wisły Jakuba Meresińskiego.

Zaplanowane na początek października posiedzenie związkowej komisji pod przewodnictwem Krzysztofa Sachsa odbędzie się w Krakowie, będzie więc okazja, by na miejscu wysłuchać przedstawicieli Białej Gwiazdy. I dobrze, bo burzliwe wydarzenia ostatnich tygodni wprowadziły do ligowego futbolu niezły galimatias i warto do nich wrócić.

Wiele zaistniałych faktów może mieć długofalowe konsekwencje nie tylko dla klubu, który właśnie uroczyście obchodzi 110-lecie istnienia, ale i dla całej ekstraklasy. Prezes PZPN Zbigniew Boniek proponuje bowiem w taki sposób zmienić przepisy dotyczące przyznawania licencji, by kluby po zmianach właścicielskich musiały się o nie ubiegać na nowo.

W pogoni za akcjami

– Wracam do Warszawy. Jadę zaczerpnąć świeżego powietrza – tymi słowami Meresiński żegnał się pod koniec sierpnia z Wisłą. Krakowski smog okazał się dla niego zabójczy, wytrwał w nim zaledwie trzy tygodnie.

Gdy wypowiadał te słowa, oddanie piłkarskiej spółki Towarzystwu Sportowemu Wisła było przesądzone. Miało dokonać się tego samego dnia, 22 sierpnia, po południu, ale przeciągnęło się o kolejne 24 godziny. Dlaczego? – To skomplikowana umowa. Mój pełnomocnik jeszcze nad nią pracuje – tłumaczył Meresiński.

Umowa istotnie była skomplikowana, zajmowało się nią kilka krakowskich kancelarii. Ważne w niej było i to, by TS Wisła pozostało właścicielem Wisły SA nawet wtedy, gdy ważność podpisanej 23 lipca z Meresińskim umowy odsprzedaży klubu przez Tele-Fonikę Holdings zostanie z jakichkolwiek powodów (czytaj: sfałszowane listy intencyjne i niezgodnie z prawem pozyskane gwarancje bankowe) podana w wątpliwość przez sąd.

Ale był jeszcze inny, skrzętnie ukrywany powód zwłoki w przejęciu Wisły. Otóż, by odzyskać dokument z zapisem akcji klubu, trzeba było posłać wysłannika do... Grzegorza Smolnego. Tego samego, który w styczniu ubiegłego roku wycofał się z inwestowania w Pogoń Szczecin.

Smolny był asem w rękawie Marka Citki. Po kłótni z Meresińskim menedżer dążył do tego, by to biznesmen ze Złocieńca stał się właścicielem Wisły. Jak doszło do tego, że akcje krakowskiej spółki trafiły na drugi koniec Polski, wciąż pozostaje zagadką, Citko odmawia ujawnienia szczegółów.

Koniec końców akcje wróciły jednak pod Wawel, a pełnomocnik Meresińskiego złożył podpis na umowie. Na ostatnim etapie w prace nad dokumentem włączyła się Marzena Sarapata, 36-letnia córka wieloletniego prezesa Kalwarianki Kalwaria Zebrzydowska, najbardziej zaufany prawnik wiślackiego środowiska. Określenie „środowisko" zawiera w sobie także tych, którzy są związani z klubem nieformalnie, poprzez Stowarzyszenie Kibiców Wisły Kraków oraz bojówkę Wisła Sharks. Sarapata zapracowała na ich zaufanie m.in. jako adwokat reprezentujący część z nich przed sądem.

Dzisiaj, gdy stanęła na czele klubu piłkarskiego, ani myśli z powyższego powodu bić się w piersi. Raczej przekonuje, że każdemu należy dać drugą szansę. Nawet osobom pokroju Pawła Michalskiego skazanego za rzucenie z trybun nożem w Dino Baggio? Nawet, ale w szczegóły nie zamierza się wdawać.

– Obowiązuje mnie bezwzględna tajemnica zawodowa. Rolą pełnomocnika profesjonalnego jest obrona interesów klienta i tyle tylko mogę powiedzieć. Same przepisy prawa precyzują, kiedy takiej pomocy można odmówić, a kiedy nie – wyjaśnia.

Bez sentymentów

Sarapata, jedyna kobieta stojąca na czele klubu w Lotto Ekstraklasie, nie zamierza rezygnować z kariery prawniczej. – Będę działać w taki sposób, by nie odbiło się to negatywnie na mojej kancelarii – przekonuje. – Ani na klubie – dodaje szybko.

Ratując Wisłę, sentymenty odkłada na bok. W pierwszych dniach urzędowania rozwiązała drużynę rezerw, co zdarzyło się po raz pierwszy w historii klubu, i rozpędziła na cztery wiatry zespół złożony z młodych piłkarzy III ligi. Wkrótce potem zwolniła kilku pracowników, w tym członków sztabu szkoleniowego i dyrektora ośrodka treningowego w Myślenicach, a nawet magazyniera. Dwaj ostatni pracowali w klubie od dawna. – Musimy ciąć koszty – tłumaczy niewzruszona.

Musimy? Na to wygląda. Tuż po przejęciu klubu przez TS Wisła wierzyciele upomnieli się o swoje. Jako pierwsza z żądaniem spłaty długu przekraczającego 400 tys. zł wystąpiła giełdowa spółka Impel z Wrocławia.

Sarapata uspokaja i przekonuje, że zmniejszyła zobowiązania już o blisko 3 mln zł. Także wobec piłkarzy, by nie dać im pretekstu do występowania o rozwiązanie kontraktu z winy pracodawcy. Swoje otrzymał również – w odpowiedzi na wystosowane wezwanie do zapłaty – Dariusz Wdowczyk. Gdy zaległości wpłynęły na konto, trener próbował wymusić wypowiedzenie przez klub obowiązującego do czerwca 2017 roku kontraktu. Zarząd nie dał się wciągnąć w tę grę, bynajmniej nie dlatego, że zmiana szkoleniowca po serii sześciu porażek nie wyszłaby drużynie na dobre. Po prostu w kasie nie byłoby pieniędzy na odprawę.

Wdowczyk został więc w Krakowie. Co więcej, znów zaczął ostentacyjnie demonstrować przywiązanie do Białej Gwiazdy, pojawiając się kilka dni później na sesji Rady Miasta z okazji 110-lecia klubu.

Długi trzeba spłacać

Sesja była uroczysta, laudację wygłosił znany krakauer Mieczysław Czuma, o samopoczucie gości dbał kibic drużyny Marcin Daniec, ale panujący nastrój trudno byłoby nazwać euforycznym. Na klubie ciąży zobowiązanie sięgające 4 mln zł za użytkowanie stadionu przy Reymonta i wprawdzie prezydent Jacek Majchrowski po wręczeniu odznaczeń zapewnił, że miasto zrobi wszystko co możliwe w granicach prawa, by pomóc Wiśle w wyjściu z kryzysu, ale za chwilę odpowiedzialna za sport wiceprezydent Katarzyna Król dodała bez ogródek, iż „długi trzeba spłacać".

Krzysztof Sachs utrzymuje, że chwila prawdy nastąpi na przełomie roku, a więc w czasie, gdy zwyczajowo na koncie pojawiał się przelew z Tele-Foniki. Ostatnio było to 4,3 mln zł, i właśnie co najmniej taką kwotę powinien znaleźć nowy właściciel, by przetrwać do końca sezonu.

Na razie udało się pozyskać tylko jednego niewielkiego sponsora, który zresztą zgłaszał się z chęcią pomocy jeszcze wtedy, gdy przy Reymonta rządził Meresiński. Druga z firm, określona ledwie mianem partnera, to spółka spedycyjna z Warszawy, która pomoże piłkarzom niejako przy okazji, sponsorując głównie mistrzynie Polski w koszykówce.

Ale prezes Sarapata zapewnia, że prowadzi zaawansowane rozmowy w sprawie sprzedaży miejsca na koszulkach piłkarzy, co powinno lada dzień zapewnić zastrzyk gotówki w wysokości ponad 2 mln zł. To dużo i mało zarazem. W coraz bardziej zacierających się w pamięci czasach, gdy Wisła walczyła o Ligę Mistrzów, sponsorzy płacili za taki przywilej, i to bez mrugnięcia okiem, dwa razy tyle.