Przed wejściem na murawę stadionu w Londynie powieszono tabliczkę z napisem: „Wchodzą piłkarze, schodzą legendy".

Finały mają to do siebie, że często kreują bohaterów nieoczywistych. Pięć lat temu wszyscy czekali na błysk Cristiano Ronaldo, a kontuzjowanego gwiazdora wyręczył portugalski rezerwowy Eder – strzelec jedynego gola w dogrywce, w wygranym meczu z Francją.

Eder nie zrobił kariery, przepadł w Rosji i szuka klubu, ale w niedzielę mógł sobie przypomnieć, jak się czuł w ten najważniejszy wieczór w karierze, wnosząc na boisko puchar.

Anglików do zwycięstwa nad Włochami prowadzić mieli Harry Kane i Raheem Sterling, ale najszybsza bramka w historii finałów Euro padła po akcji dwóch wahadłowych. Kieran Trippier wypatrzył w polu karnym niepilnowanego Luke'a Shawa, a ten uderzył bez przyjęcia, tuż przy słupku, wprawiając Wembley w ekstazę.

Nie upłynęły nawet dwie minuty meczu i wspierani przez tłumy kibiców gospodarze mieli wymarzony wynik. Cieszyła się książęca para, radości nie krył zwykle powściągliwy w wyrażaniu emocji Gareth Southgate.

Selekcjoner Anglików ustawił zespół tak, by wytrącić Włochom z rąk wszystkie atuty. Podobnie jak w meczu 1/8 finału z Niemcami wystawił trzech stoperów, a Bukayo Saka w podstawowym składzie ustąpił miejsca Kieranowi Trippierowi. I to właśnie obrońca Atletico został jednym z bohaterów błyskawicznego kontrataku, który zaskoczył włoską defensywę.

Roberto Mancini trzymał się zasady, że zwycięskiego składu się nie zmienia. Ale szybko musiał ją porzucić, bo Włosi w pierwszej połowie grali wolno i przewidywalnie. Nie przypominali zespołu, którym zachwycaliśmy się przez niemal cały turniej.

Z boiska Mancini zdjął irytującego Ciro Immobile i Nicolo Barellę. Weszli Domenico Berardi i Bryan Cristante. Włosi się przebudzili, przestali cierpieć, a zaczęli dominować. Najwięcej kłopotów Anglikom sprawiali Federico Chiesa i Lorenzo Insigne, ale ich próby skutecznie powstrzymywał Jordan Pickford.

Bramkarz Anglii harował w pocie czoła, po rzucie rożnym wykonywanym przez Włochów, w zamieszaniu w polu karnym zbił strzał Marco Verrattiego na słupek, ale z dobitką Leonardo Bonucciego już sobie nie poradził. Anglicy długo nie potrafili się otrząsnąć i gdyby Berardi włożył mniej siły w próbę przelobowania Pickforda i trafił w bramkę, być może już by się nie podnieśli.

To są jednak mistrzostwa dogrywek. W niedzielę do wyłonienia zwycięzcy potrzebna była już ósma. Mimo okazji z obydwu stron rozstrzygnięcia nie przyniosła. Historia miała zatoczyć koło.

Ćwierć wieku temu, na starym Wembley, Southgate przeżył dramat, który naznaczył całe jego piłkarskie życie. W półfinale Euro 1996 z Niemcami nie wykorzystał decydującego rzutu karnego, w niedzielę mógł się tylko przyglądać, jak podobną presję przed własną publicznością wytrzymają jego podopieczni.

Karne przez lata były przekleństwem Anglików. Uporali się z traumą na mundialu w Rosji, pokonując Kolumbię. Włochów czekał drugi konkurs jedenastek w ciągu kilku dni. Jeszcze żadnej drużynie na dużym turnieju nie udało się wygrać dwóch serii karnych, ale Włosi tą statystyką się nie przejęli. Nie wybiły ich z rytmu nawet pudła Andrei Belottiego i Jorginho. Jeszcze gorzej strzelali Marcus Rashford, Jadon Sancho i Bukayo Saka.

a strachem

To były mistrzostwa dalekich podróży, sanitarnych baniek i testów. Ale także dobrego futbolu, niespodzianek i nadziei, że wracamy do normalności.

Warto zapamiętać ten turniej, bo drugi taki szybko się nie zdarzy. Być może już nigdy. Na pewno dopóki szefem Europejskiej Unii Piłkarskiej (UEFA) będzie Aleksander Ceferin.

– Pomysł rozgrywania meczów w 11 miastach całej Europy był błędem. Nie będę go bronił ani wspierał podobnych inicjatyw w przyszłości. Uszanowałem decyzję mojego poprzednika, ale trudno mówić o sprawiedliwości, gdy niektóre drużyny musiały pokonać 10 tys. kilometrów, a inne tylko tysiąc. To samo dotyczyło kibiców. Jednego dnia byli w Rzymie, by za kilka dni lecieć do Baku – przyznał w rozmowie z BBC Ceferin.

Słoweniec otrzymał kłopotliwy spadek po skazanym na banicję Michelu Platinim, który wymarzył sobie paneuropejskie mistrzostwa w 60. rocznicę pierwszego turnieju. I w pandemicznej rzeczywistości organizacja takiej imprezy okazała się nie lada wyzwaniem.

Mistrzostwa rozpięte między rosyjską beztroską i hiszpańskim strachem wepchnęły nas w schizofreniczną rzeczywistość. Terminarz Euro rzucił podążającego za reprezentacją polskiego kibica z kraju, który zdelegalizował pandemię, do miejsca, gdzie pamięć o tragicznym żniwie koronawirusa wciąż pozostaje żywa.

Karnawał w Sankt Petersburgu i knajpy w Sewilli, których właściciele solidarnie zamykali drzwi o północy, były tylko dwoma odcieniami turnieju pełnego barw. Mistrzostwa organizowane na całym kontynencie oznaczały również puste trybuny w Baku i tętniący życiem stadion Parken w Kopenhadze. A także zalany żywiołowym tłumem kibiców Budapeszt oraz puste Schody Hiszpańskie w Rzymie.

Właśnie dlatego powtarzane jak mantra od początku pytanie: „Czy na paneuropejskich zawodach czuć atmosferę wielkiego turnieju?" wymaga odpowiedzi złożonej, bo tak naprawdę doświadczyliśmy w ostatnich tygodniach kilku miniturniejów. Każdy miał własny klimat i specyfikę, ale nikt nie był w stanie poczuć wszystkiego na własnej skórze.

Platini zaprojektował imprezę, która w czasie otwartych granic i tanich lotów mogłaby stać się świętem zjednoczonej Europy. Pandemia, która uwypukliła wszystkie wady globalizacji, zamieniła jednak podróże po kontynencie w kalwarię znaczoną stresem, formularzami i zyskami firm specjalizujących się w testach antygenowych.

Unifikacja przepisów była niemożliwa, kibic na każdej granicy stykał się z nowymi problemami. Kiedy tłum Polaków wracających po meczu ze Szwedami z Sankt Petersburga spotkał się na lotnisku w Warszawie z zaostrzonymi regułami dla osób przylatujących spoza strefy Schengen, celnicy poprosili o wsparcie policjantów, bo wiele głów było rozgrzanych i pachniało rękoczynami.

76 testów

Dziennikarze relacjonujący turniej dostali lekcję biurokracji, prawdopodobnie niezbędną przed igrzyskami olimpijskimi w Tokio. Każda podróż wymagała stosu dokumentów, a przelot między Hiszpanią a Rosją oznaczał konieczność dobijania się do drzwi lokalnego szpitala, aby wykonać test w określonym okienku godzinowym. Można było się poczuć jak w kafkowskim „Zamku".

– Mieliśmy rygorystyczne protokoły, dotyczyły także zaszczepionych. Byłem testowany 76 razy. Kiedy słyszę polityków opowiadających, że ludzie zakażali się podczas meczów, czuję się rozczarowany. Oskarżanie nas o rozprzestrzenianie wirusa jest nieodpowiedzialne – denerwuje się Ceferin.

Przepisy w niektórych krajach były tak surowe, że o dopingu własnych kibiców trzeba było zapomnieć. Dlatego bycie jednym z gospodarzy okazało się na wagę złota. Anglicy tylko raz musieli opuścić Wembley i na ćwierćfinałowe spotkanie z Ukrainą przenieść się do Rzymu. Drudzy z finalistów, Włosi, wszystkie mecze grupowe rozegrali przed własną publicznością, podobnie jak Hiszpanie i Duńczycy, którzy dotarli do półfinału. Ci ostatni zapłacili w nim wysoką cenę za długą podróż z Baku do Londynu. W dogrywce z Anglikami zabrakło im paliwa.

Piłkarze reprezentacji pozbawionych możliwości gry u siebie mówili głośno o niesprawiedliwości. Chris Gunter – obrońca Walii, która kursowała między Baku, Rzymem i Amsterdamem – taki format nazwał żartem. Przywilej bycia gospodarzem miał duże znaczenie, ale nie powinien być wymówką. Szkoci grali w Glasgow i w Londynie, a i tak nie wyszli z grupy. Szwajcarzy przebyli najdłuższą drogę ze wszystkich uczestników – ponad 15 tys. km – a wyeliminowali mistrzów świata Francuzów i odpadli po wyrównanej walce z Hiszpanią. W obu przypadkach po dogrywce i karnych.

Nie spełnił się sen władców futbolu, według których dziś dla kibica najlepszym daniem są starcia wielkich z wielkimi. Podczas Euro 2020 najmocniej rozgrzewały występy niedocenianych – zjednoczonych dramatem Christiana Eriksena Duńczyków, Czechów, Szwajcarów – którzy pokazali, jak przewagę gigantów można zniwelować energią, walką i planem.

To był turniej nowych bohaterów. Cristiano Ronaldo, mimo szybkiego odpadnięcia broniącej tytułu Portugalii, strzelił pięć goli, ale tyle samo bramek uzbierał Czech Patrik Schick. Belgowie Romelu Lukaku i Kevin De Bruyne odbili się od perfekcyjnie zorganizowanej włoskiej maszyny, a najjaśniej w tym spotkaniu błyszczał 19-letni Jeremy Doku. Kylian Mbappe nie trafił do bramki nawet z rzutu karnego. Roberta Lewandowskiego na wakacje wysłał Szwed Emil Forsberg, który przez pięć lat gry w Bundeslidze uzbierał mniej goli niż polski as w ostatnim sezonie.

w Niemczech

Dla wielu koniec mistrzostw był zwieńczeniem pewnego etapu. Niemcy po 15 latach pożegnali trenera Joachima Loewa, a reprezentacyjną karierę zdecydował się porzucić kolejny z mistrzów świata Toni Kroos. Holendrzy rozstali się z Frankiem de Boerem i szykują głośny powrót Louisa van Gaala, a Władimir Putin po klęsce Rosji zwolnił Stanisława Czerczesowa, i jeśli wierzyć plotkom, wkrótce może przyjmować na Kremlu Loewa.

Niemiecką reprezentację naprawiać będzie Hansi Flick. Sukces ma przyjść jeśli nie na przyszłorocznym mundialu w Katarze, to za trzy lata na Euro, które Niemcy zorganizują samodzielnie – prawie w całości na tych samych stadionach co mistrzostwa świata w 2006 roku. Na dalekie podróże nikt już narzekać nie będzie.

>Włochy – Anglia 1:1 (0:1),

karne 3:2

>Bramki – dla Włoch: Bonucci (67);

dla Anglii: Shaw (2).

>Karne – 1:0 Berardi, 1:1 Kane, 1:1 Belotti (niestrzelony), 1:2 Maguire,

2:2 Bonucci, 2:2 Rashford (niestrzelony), 3:2 Bernardeschi, 3:2 Sancho (niestrzelony), 3:2 Jorginho (niestrzelony), 3:2 Saka (niestrzelony)

>Żółte kartki: Barella, Bonucci,

Insigne, Chiellini, Jorginho (Włochy); Maguire (Anglia)

>Sędziował: Bjoern Kuipers (Holandia)

>Włochy: Donnarumma – Di Lorenzo, Bonucci, Chiellini, Emerson

(118, Florenzi)– Jorginho, Barella

(54, Cristante), Verratti (96, Locatelli) – Chiesa (86, Bernardeschi), Immobile (55, Berardi), Insigne (91, Belotti)

>Anglia: Pickford – Maguire, Stones, Walker (120, Sancho) – Shaw, Rice (74, Henderson, 120, Rashford), Philips, Trippier (70, Saka) – Sterling, Kane, Mount (99, Grealish) ?