Co pan sobie myślał, oglądając mecz z Węgrami?

Przez godzinę się męczyłem. W dodatku nie wyszedłem jeszcze całkiem z covidu i bałem się, że stan zdrowia może mi się pogorszyć. Ale potem było już nieźle, czuję się już znacznie lepiej.

A dlaczego pan się męczył? Denerwowałem się. Przede wszystkim nie byłem zwolennikiem zwolnienia Jerzego Brzęczka. Mnie go po ludzku szkoda, bo zdobył awans do finałów mistrzostw Europy, wprowadzał młodych zawodników. Robił, co mógł. A wytworzono wokół niego dziwną atmosferę. Więcej mówiło się o tym, kto go lubi, a kto nie, niż o jego pracy. Jak pan posłucha wypowiedzi zawodników, to tam nie słychać ulgi i radości z powodu zwolnienia.

Wystarczy, że jednemu się nie podobał...

Miałem wielu trenerów – w Polsce, Turcji, Hiszpanii, Francji, w USA. Jednych lubiłem, innych nie. Ale kiedy wychodziłem na boisko, starałem się grać jak najlepiej dla siebie i dla drużyny. Mam nadzieję, że teraz będzie tak samo. Jest zmiana, stało się, nic się nie kończy. Selekcjonerzy się zmieniają, a orzeł na koszulce jest wciąż ten sam.

Myśli pan, że zawodnicy pójdą za Paulo Sousą w ogień?

Tego nie wiem. Ja go znam jako piłkarza, a nie trenera. Graliśmy przeciw sobie w półfinale Ligi Mistrzów, wiosną 1996 roku. Ja w FC Nantes, on w Juventusie. Wygraliśmy 3:2. Jedną z bramek strzelił właśnie Sousa. Świetny zawodnik. Jako trenera jeszcze nie mogę go oceniać. Kiedy mecz z Węgrami się zaczął, miałem wrażenie, że ja w czymś takim już kiedyś brałem udział. To był początek eliminacji do mistrzostw Europy 1996. Przegraliśmy na wyjeździe z Izraelem 1:2. Strzeliłem tę jedyną bramkę, ale nie o to chodzi. Powinniśmy ten mecz wygrać. Przygotowywaliśmy się do niego, trener sprawdzał różnych zawodników i ustawienia. A na końcu wystawił jednego bocznego obrońcę, który wprawdzie nie był debiutantem, ale nie pasował. Trochę to wpłynęło na wynik. Poprosiliśmy trenera o spotkanie, pogadaliśmy, on przyjął nasze racje.

Sousa powinien omówić z zawodnikami powołania i skład?

Sądzę, że on już po tym meczu wie więcej. Stosunkowo szybko zareagował i nie upierał się, że jego pierwszy wybór był dobry. Kadra składa się z interesujących piłkarzy, tylko trzeba nimi odpowiednio pokierować. Pierwszy mecz, na wyjeździe, wcale nie ze słabym przeciwnikiem, nie jest dobrym momentem na eksperymenty.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Ale nieobecność Glika nie miała związku z postawą pomocy i ataku. Dlaczego w tych formacjach nic się nie układało?

Zabrakło zgrania, każdy patrzył, co zrobi kolega. Nie było zawodników potrafiących zabrać piłkę i ruszyć na pojedynek. Dopóki nie pojawił się Kamil Jóźwiak, który tak właśnie potrafi grać. Nawet kiedy długo mieliśmy piłkę, to nic z tego nie wynikało.

Jóźwiak debiutował przy Jerzym Brzęczku i już pokazywał takie akcje. Strzelił bramkę w meczu z Holandią.

Jóźwiak z Bartoszem Bereszyńskim to najlepsza para na prawą stronę boiska. Są szybcy, nie boją się grać. Może z lewej strony taką parę będą tworzyli Maciej Rybus i Przemysław Płacheta. Od tej czwórki Robert Lewandowski może spodziewać się podań w stylu tych, do jakich jest przyzwyczajony w Bayernie.

Piotr Zieliński powinien być dla Lewandowskiego Thomasem Muellerem?

Zieliński najlepiej grał wtedy, kiedy na boisku było trzech napastników: Lewandowski, Krzysztof Piątek i Arkadiusz Milik, a on za nimi. Podanie do Jóźwiaka, poprzedzające drugą bramkę, pokazało, jakie Zieliński ma umiejętności. Ale on nie jest problemem. Największy to gra obronna. Kiedy poszło podanie do napastnika, Jan Bednarek był na połowie przeciwnika. Już raz zrobił coś takiego. Proszę sobie przypomnieć okoliczności straty gola z Senegalem na mundialu. Bednarek wybrał się za daleko, Szczęsny wybiegł za pole karne, obydwaj źle ocenili sytuację i Niang trafił do pustej bramki.

Pan mierzył się z Anglią sześciokrotnie i ani razu nie wygrał.

A kto wygrał? Tylko raz pokolenie Deyny i Lubańskiego, 48 lat temu w Chorzowie. Mój bilans z Anglikami to trzy remisy i trzy porażki, wszystkie na Wembley: 0:3, 0:2, 0:3. Co nie znaczy, że tak ma być zawsze.

A w czym widzi pan nadzieję?

O Anglikach wiemy chyba więcej niż o Węgrach. Nie powinni nas zaskoczyć. Trzeba się przygotować na walkę fizyczną, której wcale nie musimy przegrać, a „Lewy" z obrońcami angielskimi dawał już sobie radę. Pierwszy raz cieszę się, że na trybunach nie będzie kibiców. Na starym Wembley, gdzie robili taki hałas, że nic nie było słychać, to był atut gospodarzy. Teraz Wembley będzie stadionem neutralnym, mam nadzieję.