Ćwierć wieku temu Anglicy organizowali Euro na własnej ziemi, kibice śpiewali, że futbol wrócił do domu, a reprezentacja na oczach królowej Elżbiety II miała sięgnąć po upragniony tytuł.

Pech chciał, że gospodarze trafili na Niemców, doszło do rzutów karnych, a Gareth Southgate, choć wcześniej tylko raz – w meczu ligowym i bez efektów – wykonywał jedenastkę, odważył się podejść do piłki. Na oczach 75 tys. widzów na Wembley uderzył najgorzej, jak mógł i Anglicy nie awansowali do finału.

– Teraz będą o mnie mówić: to ten idiota, który nie strzelił karnego – nie miał złudzeń. Podobno nawet buddyjski mnich, do którego wybrał się podczas podróży poślubnej na Bali, by uciec od problemów i znaleźć wewnętrzny spokój, rozpoznał w nim człowieka skazanego przez Anglików na banicję.

22 lata później Southgate, już jako selekcjoner, przełamał wiszącą nad reprezentacją klątwę i po pierwszym wygranym przez Anglię konkursie karnych mógł rzucić się w ramiona swoich piłkarzy. Nie zapomniał jednak o pokonanych Kolumbijczykach, wiedział, co przeżywają, czuł się w obowiązku podnieść ich na duchu, przytulał i pocieszał.

Ten obrazek z mundialu w Rosji mówi o nim więcej niż milion słów. Grzeczny był od dziecka. Kiedy po meczu juniorów Crystal Palace z drużyną brytyjskiej armii podszedł uścisnąć dłoń i podziękować za grę każdemu z przeciwników, trener wziął go na bok i powiedział: „Gareth, na twoim miejscu zostałbym agentem turystycznym. Jeśli będziesz tak dalej się zachowywać, nie sądzę, by futbol był dla ciebie".

Rzeczywiście, Southgate ze swoją kindersztubą nie przystawał do wizerunku ówczesnych angielskich gwiazd, niestroniących od imprez i alkoholu. Był wzorowym uczniem, grał w rugby, został mistrzem hrabstwa w trójskoku, a jednak mimo kolejnych niepowodzeń (odrzucony przez akademię Southampton, długo rezerwowy w Crystal Palace) postawił na piłkę. Jakby chciał wszystkim udowodnić, że się mylą.

Rozegrał ponad 400 meczów w Premier League i 57 w reprezentacji. Trenerzy, dostrzegając, że widzi więcej niż inni, powierzali mu opaskę kapitańską. Ubolewał, że futbol przestał być pasją, a stał się globalnym biznesem. Jego pełne goryczy diagnozy chorób toczących współczesną piłkę mogły sugerować, że po zakończeniu kariery poszuka zajęcia poza boiskiem.

A on znów zaskoczył wszystkich i został trenerem. Z Middlesbrough spadł z Premier League, z angielską młodzieżówką zajął ostatnie miejsce w grupie na Euro 2015 i raczej nie spodziewał się, że za rok przyjdzie propozycja z dorosłej kadry. Pierwszą ofertę odrzucił, ale gdy na jaw wyszły podejrzane interesy nowego selekcjonera Sama Allardyce'a, zgodził się podjąć wyzwanie i ratować reprezentację wyrzuconą z Euro we Francji przez debiutującą Islandię.

Dwa lata później strażak był już bohaterem, który po 30 latach dał Anglii półfinał mundialu i sprawił, że ponownie zakochała się w futbolu. Uważany za nudziarza bez charyzmy trenerski żółtodziób zrobił więcej niż jego słynni poprzednicy: Sven-Goeran Eriksson, Fabio Capello i Roy Hodgson.

– Nie jestem Beckhamem. Z moją twarzą nie będę ikoną mody – żartował, gdy po mistrzostwach w Rosji ze sklepów zaczęły znikać kamizelki – charakterystyczna część jego garderoby (ostatnio częściej widać go w garniturach lub stylowych swetrach).

Takimi wypowiedziami trafiał do serc kibiców i dziennikarzy. Otworzył kadrę szerzej dla mediów, nie bał się niepopularnych decyzji (m.in. pożegnania z Wayne'em Rooneyem), celebrytów zastąpiła grupa normalnych chłopaków.

Pracując nad poprawą poszczególnych elementów gry, zatrudniał psychologów, fachowców z NBA i NFL. Zadbał też o atmosferę. Zabierał piłkarzy na obozy z komandosami, polecił odłożyć telefony, nie zaglądać do mediów społecznościowych i nie czytać o sobie komentarzy.

On sam wie najlepiej, że opiniami ludzi nie należy się przejmować. W lipcu, 25 lat po tym feralnym karnym, będzie miał szansę podczas Euro wrócić na Wembley i raz na zawsze rozprawić się z demonami przeszłości.