W pandemicznej rzeczywistości, gdy prawie wszyscy – oprócz futbolowych krezusów – muszą zaciskać pasa, transakcje bezgotówkowe stały się sposobem na przetrwanie trudnych czasów.

To rozwiązanie, z którego w teorii zadowolone powinny być wszystkie strony. Piłkarz – bo zdobywa szansę na regularną grę, jego klub – gdyż redukuje koszty utrzymania zawodnika, może go przygotować na występy w silniejszej lidze albo wypromować i sprzedać, nowy pracodawca – bo może się wzmocnić bez zadłużania i zagwarantować sobie prawo pierwokupu.

Czytaj więcej

Stefan Szczepłek: Gra bez piłki

Nie byłoby problemu, gdyby kluby kierowały się wyłącznie dobrem zawodnika. Wypożyczenia stały się jednak często chwytem ułatwiającym obchodzenie reguł Finansowego Fair Play UEFA, bo pozwalały odroczyć termin płatności i zaksięgować transfer wtedy, gdy nie będzie nadwyrężał budżetu. Poza tym prowadziły do innych patologii. Zdarzało się, że wypożyczani w nieskończoność piłkarze nigdy nie zadebiutowali w klubie, który wyłożył na nich pieniądze, a później byli jeszcze odsprzedawani z zyskiem.

Światowa Federacja Piłkarska (FIFA), ucząc się na błędach europejskiej, dostrzegła niepokojące zjawisko i postanowiła działać. Zmiany miały wejść w życie już w 2020 roku, ale ze względu na pandemię zdecydowano się je odłożyć. Teraz pomysł powrócił i zyskał realne kształty.

Wzmocnić konkurencję

Od lipca każdy klub będzie mógł wypożyczyć maksymalnie ośmiu graczy (i sam mieć tylu wypożyczonych w swojej kadrze), za rok limit ten wyniesie już siedmiu zawodników, a od kolejnego sezonu zostanie zmniejszony do sześciu. Co więcej, między dwoma zainteresowanymi stronami będzie mogło dojść do najwyżej trzech takich transakcji (w jedną i w drugą stronę). Krajowe związki dostały trzy lata na dostosowanie swoich przepisów.

Uwzględniono kilka wyjątków. Założenia są takie, że nowe zasady nie obejmą wychowanków i młodzieży do 21. roku życia. Jak tłumaczą władcy światowego futbolu, to właśnie oni mają być głównymi beneficjantami szykowanej rewolucji. FIFA mówi o wyrównywaniu szans i promowaniu równowagi konkurencji, ale czyż nie słyszeliśmy tych samych argumentów, gdy UEFA wprowadzała Finansowe Fair Play?

Czytaj więcej

Szewczenko selekcjonerem reprezentacji Polski? Miał porozumieć się z PZPN

Czas pokaże, czy korzyści będą faktycznie zauważalne, czy nie skończy się na działaniach pozorowanych, a kluby nie znajdą luki, która ośmieszy kolejny przepis wypisany na sztandarach.

Autopromocja
SZKOLENIE

Pozyskiwanie sponsorów przez instytucje nauki, kultury i sportu

WEŹ UDZIAŁ

Kupowanie zdolnych perspektywicznych zawodników i wysyłanie ich po doświadczenie do innych klubów to praktyka powszechnie stosowana m.in. w najbogatszej lidze świata – angielskiej Premier League. Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów jest Chelsea. Triumfator Ligi Mistrzów w ostatnim oknie transferowym wypożyczył do innych zespołów aż kilkunastu piłkarzy – nie tylko młodych, również tych w okolicach trzydziestki.

Brighton od ubiegłego roku sprowadziło już trzech młodych Polaków. Jedynie 22-letni Jakub Moder przebił się do pierwszego składu i zanotował ponad 30 meczów w Premier League. Dwa lata młodszy Michał Karbownik został odesłany po naukę do Olympiakosu Pireus, a najnowszy nabytek, 18-letni Kacper Kozłowski trafił do lidera ligi belgijskiej – Royale Union Saint-Gilloise. Kierunek nie jest przypadkowy, bo właścicielem klubu jest szef Brighton Tony Bloom.

Za polską trójkę Anglicy zapłacili blisko 30 mln euro. Kozłowski ma już za sobą symboliczny debiut w Belgii, przez najbliższe pół roku ma zbierać doświadczenie i szykować się do występów na Wyspach. Podobną praktykę wobec Bartosza Kapustki stosował Leicester. Polski pomocnik był wypożyczany do Freiburga, a następnie do belgijskiego OH Leuven, ale groźna kontuzja przerwała brutalnie jego marzenia o grze w Premier League.

Piątek odżył

Dla kilku reprezentantów Polski wypożyczenia w najbliższym czasie mogą być jedyną szansą na regularną grę. Z tej okazji skorzystał już Krzysztof Piątek. Po dwóch latach spędzonych w Hercie Berlin napastnik wrócił do Włoch, strzelił dla Fiorentiny gola w krajowym pucharze, a w niedzielę rozegrał pierwszy mecz w Serie A (1:1 z Cagliari) i pokazał się z dobrej strony. Może wskoczyć do składu na dłużej, bo Serb Dusan Vlahović ma koronawirusa, a poza tym jest kuszony przez Juventus.

Od kilku dni głośno jest też o możliwym powrocie do Włoch Arkadiusza Milika, którego pozycja w Olympique Marsylia słabnie z każdym tygodniem. Sobotni mecz z Lens (2:0) oglądał z ławki rezerwowych, a jedną z bramek, chwilę po wejściu na murawę, zdobył jego nowy konkurent Cedric Bakambu. Zainteresowana Milikiem jest podobno m.in. Fiorentina. Dwóch Polaków w ataku jednej włoskiej drużyny – to byłby mocny argument, by zaglądać częściej na boiska Serie A.