Jeśli mecz z Węgrami (1:2) miał być miarą postępu, który zrobiła reprezentacja za kadencji Portugalczyka, to najwyraźniej stoimy w miejscu. Poniedziałkowe spotkanie na Stadionie Narodowym było demonstracją przeciętności.

Polacy po słabym występie przegrali z rywalem, który już wcześniej stracił szansę na drugie miejsce w grupie, a do Warszawy przyleciał poważnie osłabiony. Zabrakło na boisku Laszlo Kleinheislera, Petera Gulacsiego, Willego Orbana i Dominika Szoboszlaia, a to filary reprezentacji Węgier. Sousa liczył, że sięgnie po zwycięstwo, posyłając do gry rezerwowych.

Powrót marzyciela

Efekt był taki, że zobaczyliśmy drużynę z podciętymi skrzydłami. Mecz jako widzowie zaczęli liderzy: Robert Lewandowski, Kamil Glik, Grzegorz Krychowiak (pauzował za żółte kartki) i Piotr Zieliński. Na boisko po przerwie wszedł jedynie ten ostatni.

– Zrealizowaliśmy cel, jakim był awans do baraży, i uznaliśmy, że to dobry moment, aby zrobić krok do przodu, bo drużyna musi rosnąć. Chcieliśmy dać młodszym więcej odpowiedzialności, stworzyć im możliwość bycia liderami. Niestety, nie każdy był w najwyższej formie. Wszyscy spisaliśmy się poniżej potencjału. Cały zespół, także ja – przyznał po meczu Sousa.

Czytaj więcej

Paulo Sousa
Paulo Sousa: Chcieliśmy zrobić krok do przodu

Selekcjoner niby uderzył się w pierś, ale jednak nie przyznał do błędu. Podkreślał, że nie zmieniłby swoich decyzji. To powrót do retoryki, na którą postawił już po nieudanym Euro 2020. Jakby droga była dla niego ważniejsza od celu, a szlachetność metod istotniejsza od zwycięstw.

Polakom tylko wygrana z Węgrami zapewniała rozstawienie w marcowych barażach. Nasz zespół uległ gościom, wypuściliśmy karty z ręki. Losowania (26 listopada w Zurychu) być może będziemy wyczekiwać pełni obaw (to, czy będziemy rozstawieni, miało się okazać po zamknięciu gazety). Polakom na drodze do mundialu mogą stanąć Portugalczycy, Włosi czy Szwedzi, czyli czołowe drużyny Europy.

Sousa wygrał jesienną kampanię eliminacji mundialu, bo drugie miejsce w grupie to realizacja celu. Polacy w pięciu spotkaniach zdobyli 13 punktów, gdyż selekcjoner skutecznie zdefiniował mocne i słabe strony drużyny. Porzucił ortodoksję, umiał dostroić taktykę do rywala. Graliśmy piłkę rozważną, nie romantyczną.

Lista zarzutów wobec Sousy malała aż do momentu, gdy motywem przewodnim poprzedniego zgrupowania stała się nieobecność selekcjonera na meczach polskiej ligi. Teraz z kolei Sousa porwał się na eksperymenty i dostał lekcję pokory, która może nas kosztować bardzo drogo.

Selekcjoner w ostatnich miesiącach pogłębił zasoby kadrowe reprezentacji, ale chyba sam przesadnie uwierzył w wielkość zespołu. Wrócił marzyciel, zastąpił odpowiedzialnego lidera. Dziś znów mamy powody wątpić, czy umie racjonalnie ocenić możliwości drużyny narodowej. Wyniki najwyraźniej uśpiły jego czujność, a to największy grzech każdego trenera.

Zbiorowy sabotaż

Pragnąc wykreować w zespole nowych liderów, Sousa zmienił mecz o punkty w sparing. Zachował się jak hazardzista i przegrał w tej ruletce zaufanie, które tak mozolnie budował każdym kolejnym meczem.

Trudno było kilka dni wcześniej odmówić selekcjonerowi racji, gdy powtarzał, że zespół się rozwija. Wyjazdowy mecz z Albańczykami (1:0) był kuźnią charakteru, a domowy z Anglikami (1:1) mógł dodać skrzydeł. To były rzeczywiście jaskółki optymizmu.

Czytaj więcej

Stefan Szczepłek: Samobój trenera Sousy

Wydawało się, że po okresie permanentnego zarządzania kryzysem dotarliśmy do etapu spokojnego rozwoju. Drużyna zaczęła zyskiwać kształt.

Jej budowa odbywała się w trybie wybitnie przyspieszonym. Zawodnicy poznawali zasady selekcjonera podczas spotkań online, wyzwanie goniło wyzwanie, skład dziesiątkowały urazy, a Sousa sprawdzał piłkarzy w boju. Okoliczności łagodzące zachęcały, by widzieć szklankę do połowy pełną. Remisowaliśmy z Anglikami w eliminacjach mundialu (1:1) i Hiszpanami (1:1) na Euro, lecz pokonaliśmy wyłącznie Albanię, Andorę i San Marino.

Polacy pierwszy raz strzelili w roku kalendarzowym 37 goli, ale jednocześnie nasi bramkarze zachowali czyste konto tylko trzy razy. Wojciech Szczęsny, którego Sousa wolał niż Łukasza Fabiańskiego, nie pomagał drużynie. Obrońcom wciąż zdarzają się momenty utraty świadomości. Odstawiając przed finałem eliminacji od składu czterech liderów, selekcjoner strzelił sobie samobója, a jak mówią mniej subtelni, nawet popełnił sabotaż.

I nie był w tym osamotniony. Pierwszy gol dla Węgrów padł po błędzie Tymoteusza Puchacza i przepuszczeniu piłki między nogami przez Szczęsnego. Druga bramka to przede wszystkim efekt pomyłki Puchacza, który pogubił się w obronie.

Statek bez kapitana

Okoliczności wielokrotnie broniły selekcjonera, ale tym razem błędne okazały się podstawowe założenia. Mecz z Węgrami zaczęło siedmiu zawodników, którzy miesiąc wcześniej zremisowali z Anglikami (1:1). Nie było jednak na boisku ludzi, którzy nadają grze ton, przewodników piłkarskich oraz mentalnych.

Możemy narzekać na braki Krychowiaka, ale drużyna wciąż potrzebuje jego płuc. Tak samo jak serca Glika, nóg Zielińskiego i charyzmy oraz umiejętności Lewandowskiego.

Sousa zbudował dla reprezentacji Puchacza, Karola Świderskiego czy Pawła Dawidowicza, ale nie wykreował nowych liderów, choć chyba sam na chwilę w to uwierzył. Realizator transmisji telewizyjnej podczas meczu z Węgrami wielokrotnie pokazywał siedzącego na ławce rezerwowych Lewandowskiego. Nie wiadomo, dlaczego kapitan opuścił zgrupowanie i nie zagrał w meczu decydującym o rozstawieniu w barażach.

Czytaj więcej

Wojciech Szczęsny
Porażka z Węgrami: gwizdy na mrozie

Sousa podkreśla, że była to jego decyzja. Znając jednak układ sił w reprezentacji, trudno uciec od wrażenia, że tego chciał sam kapitan. Stojąc z boku, widzimy tylko wycinek rzeczywistości, ale jeśli nie była to decyzja wynikająca z istotnych kwestii pozasportowych, to Lewandowski wykazał się brakiem instynktu samozachowawczego. Ta porażka ma także jego twarz.

Nieobecność kapitana była bolesnym dowodem tego, jak drużyna bez niego karleje i osuwa się w przeciętność. Nie ma zawodnika zdolnego do wytworzenia wartości dodanej. Zobaczyliśmy też wizję kadry przyszłości, takiej, której po odejściu obecnych liderów może na boisku zabraknąć zarówno umiejętności, jak i charakteru.

Gwiazdora Bayernu Monachium nie było na boisku, ale 56 tys. kibiców i tak wywołało przed meczem wrzawę sięgającą 90 decybeli. Dwie godziny później piłkarzy żegnały gwizdy. To koniec serii 21 meczów bez porażki na Stadionie Narodowym.

Ucierpiał wizerunek drużyny, sporo finansowo może także stracić Polski Związek Piłki Nożnej. Rozstawienie w barażach gwarantuje reprezentacji rozegranie pierwszego meczu przed własną publicznością. Brak tego przywileju to dla federacji duża strata.

Zaufanie zniknęło

Sousa nie jest tak słabym trenerem, jak chcieliby jego wrogowie, ani tak wybitnym, jak wskazują jego wyznawcy. Mówimy wciąż o szkoleniowcu aspirującym. Praca w Polsce to dla niego szansa, choć sam coraz częściej sprawia wrażenie, jakby był w naszym kraju tylko przejazdem.

Spotkanie z Węgrami było dla reprezentacji ostatnim aktem intensywnego roku, a finał zawsze definiuje nastroje. Porażka zabiła zaufanie towarzyszące ostatnio drużynie narodowej. Marcowych spotkań barażowych wypatrujemy z niepokojem. Niewykluczone, że chłodny poniedziałkowy wieczór był ostatnim, jaki Sousa spędził na Stadionie Narodowym.