Ten mecz był jak egzamin na studiach: przystąpić, wygrać, zapomnieć i najlepiej nie ponieść strat. Polacy niemal wykonali plan, bo choć zwyciężyli pewnie (5:0), to żółtą kartkę po zbędnym faulu w środku pola dostał Karol Linetty. To jego drugie upomnienie w tych eliminacjach, więc w Tiranie nie zagra.

Piłkarski piknik, który z trybun Stadionu Narodowego śledziło niemal dwa razy więcej ludzi, niż wynosi populacja San Marino – organizatorzy sprzedali komplet 56 tys. biletów – był szansą dla zawodników drugiego planu.

Pierwszy raz za kadencji Sousy w reprezentacji zagrał Robert Gumny, na boisko od początku wybiegli też Przemysław Płacheta i Kacper Kozłowski. Ten pierwszy w tym roku gra więcej w kadrze niż w klubie, ale Sousie jest potrzebny, bo reprezentacja cierpi na deficyt przebojowości wśród skrzydłowych, a to cecha, która w meczach z outsiderami przynosi zazwyczaj wymierne korzyści.

Czytaj więcej

Szczepłek: Łukasz Fabiański - lepsza twarz futbolu

Kozłowski miał dwie asysty, a swojego piątego gola w trzecim meczu strzelił dla drużyny narodowej Adam Buksa. To zawodnicy, których w reprezentacji wymyślił Sousa.

Spotkanie z San Marino pokazało, jak Portugalczyk wpłynął na budowę kadry. Kozłowski, Buksa, Radosław Majecki, Michał Helik i Karol Świderski dopiero w tym roku zadebiutowali w drużynie narodowej. Podobnie jak Tymoteusz Puchacz, który tym razem spędził cały mecz wśród rezerwowych, ale niewykluczone, że przeciwko Albańczykom wybiegnie na boisko w pierwszym składzie.

Nie krył wzruszenia

Może jedynym, który schodził w sobotę do szatni niezadowolony, był prawdopodobnie Robert Lewandowski. Kapitan szarpał się, walczył, ale gola nie strzelił, więc wieczór mógł uznać za stracony.

Czytaj więcej

Polska - San Marino. Zadanie wykonane, teraz mecz o awans

Zanim opuścił boisko, pożegnał Łukasza Fabiańskiego. Sędzia w 57. minucie przerwał grę. Piłkarze obydwu drużyn utworzyli szpaler, przez który przeszedł ocierający łzy Fabiański.

56 tysięcy widzów biło brawo na stojąco i skandowało nazwisko bramkarza. Tak 57-krotny reprezentant Polski żegnał się z drużyną narodową.

Fabiański grał w kadrze przez piętnaście lat. Podczas mistrzostw Europy w roku 2016 we Francji puścił tylko dwie bramki w czterech meczach i w znacznym stopniu dzięki temu Polska znalazła się wśród ośmiu najlepszych reprezentacji w Europie.

Na mundialu wystąpił tylko raz, ale dzięki zwycięstwu w Rosji nad Japonią został jedynym polskim bramkarzem, który nie stracił gola w mistrzostwach świata.

Zawodowi kibice o tym wszystkim wiedzą. Mniej zorientowani postrzegają Fabiańskiego nie tylko jako świetnego bramkarza, od kilku lat jednego z najlepszych w Premier League, ale jako sportowca, z którym nie kojarzy się nic złego i nagannego.

Czytaj więcej

Finał Ligi Narodów dla Francji. Trójkolorowi odrobili straty

Fabiański nie jest pierwszym piłkarzem reprezentacji żegnanym uroczyście na Stadionie Narodowym. Wcześniej przeżywali to inni wielcy – Artur Boruc i Łukasz Piszczek – ale nigdy nie zdarzyło się, aby takie dowody sympatii składano komuś, kto rzadko grał pierwsze skrzypce.

To sprawił charakter i osobowość Fabiańskiego. Kibice chcą widzieć czystość, uczciwość, szacunek dla pracy i trybun, a stosunkowo często dowiadują się, że ci, dla których przychodzą na stadiony i wieszają nad łóżkami ich portrety, nie są godni ich uczucia.

Fabiański nie trafia na plotkarskie fora, nie epatuje zarobkami, wraz z żoną i pięcioletnim synkiem unikają ścianek, nie dają okazji paparazzim ani policji, spotkanie go w kasynie byłoby trudne. On robi swoje, więc z punktu widzenia części dzisiejszych mediów jest mało atrakcyjny.

Pewnie dlatego cieszy się powszechną sympatią i to w znacznym stopniu dla niego na mało atrakcyjny mecz z najsłabszą reprezentacją na świecie przyszły tłumy kibiców. Ulicami wokół stadionu jeździły samochody z jego podobizną, wyprodukowano szaliki z hasłem „Fabian – dziękujemy", a jego twarz znalazła się na okładce programu meczowego.

Czytaj więcej

Dania – prymus eliminacji mistrzostw świata

Nieoczekiwany ciężar

Starcie z ostatnim zespołem rankingu FIFA miało znikomy wpływ na rywalizację o mundial, choć przy równej liczbie punktów o miejscu w grupie decyduje bilans bramkowy. Ważniejsze sprawy działy się w meczu Węgry–Albania, więc najpierw przecieraliśmy łzy z Fabiańskim, a później łowiliśmy sygnały z Budapesztu.

Gospodarze przy pustych trybunach – to kara za rasistowskie wybryki kibiców podczas spotkania z Anglikami – przegrali drugi mecz z Albańczykami i wypisali się z walki o miejsce dające prawo gry w barażach.

Wynik z Budapesztu nadał meczowi Albania–Polska nieoczekiwany ciężar. Spotkanie, które na początku eliminacji postrzegaliśmy raczej jako przystanek na drodze do decydującej bitwy z Węgrami, urosło do miana najważniejszego wyzwania eliminacji. Tracimy do rywali punkt, a w listopadzie obie drużyny grają z Andorczykami, więc margines błędu skurczył się niemal do zera.

Zwycięstwo praktycznie zapewni Polakom drugie miejsce, porażka niemal przekreśli szanse na baraże. Prawdopodobnie tylko remis skaże nas w tych eliminacjach na emocje do ostatniego gwizdka.