– Moja największa zaleta? Nie pękam, gdy zdarzają się gorsze momenty – mówił trzy lata temu u Kuby Wojewódzkiego.

Takich momentów w jego życiorysie było aż nadto. Kiedy jako nastolatek wpadł w sidła hazardu i narobił ogromnych długów, gdy pochłonęła go Warszawa, a Legia musiała wysłać na Mazury na odwyk, wreszcie kiedy został oszukany w Szwajcarii i nie znając języka, podpisał dokument, w którym nieświadomie zrzekł się pensji.

Do kasyna po raz pierwszy zabrali go starsi koledzy. – Byłem wówczas w Szczecinie, w Pogoni dostawałem 300 zł stypendium. Gdy po 20 minutach wygrałem tyle, ile zarabiałem przez miesiąc, zaświeciły mi się oczy. Pieniądz nigdy nie wydawał się być tak łatwy do zdobycia – opowiadał w rozmowie z „Przeglądem Sportowym".

Przeprowadzka do stolicy była jak wpuszczenie piromana do składu amunicji. Legia zaryzykowała, choć nietrudno było przewidzieć, że prędzej czy później pokusy, jakie daje życie w Warszawie, wciągną młodego chłopaka i skończy się wybuchem.

– Dla działaczy moje skłonności nie stanowiły tajemnicy, postrzegali mnie jako tykającą bombę. Próbowali mi pomóc, ale nie byli w stanie. W ośrodku odwykowym też nie było łatwo. Grałem z kolegą w warcaby. Jak przegrywałem, to graliśmy, dopóki nie wygram. Nienawidzę porażki – wspominał.

Twarda ręka Kuleszy

Wyjazd za granicę miał mu pozwolić oczyścić głowę. Chciał zarobić i spłacić długi, został wypożyczony do szwajcarskiego Sionu, ale tam wykorzystano jego naiwność, pozbawiono pieniędzy i zostawiono na lodzie. Pomocną dłoń wyciągnął ówczesny prezes Jagiellonii, wybrany tydzień temu na szefa PZPN Cezary Kulesza. O tym, jakiej kontroli poddał piłkarza, w środowisku futbolowym krążą legendy.

Dwa lata spędzone w Białymstoku okazały się ratunkiem dla jego kariery. Grosicki w końcu pokazał, co umie, grał i strzelał gole, ułożył sobie też życie prywatne i zapracował na pierwszy znaczący, zagraniczny transfer (do tureckiego Sivassporu).

Gdyby nie twarda ręka Kuleszy raczej nie spełniłby marzenia o Premier League (15 meczów w barwach Hull i trzy w West Bromwich), nie rozegrałby też ponad 80 spotkań w reprezentacji i nie wziął udziału w trzech dużych turniejach. Dziś mówi, że Kulesza to jego drugi ojciec.

Trzecim byłby pewnie Adam Nawałka, gdyż to za jego kadencji przeżywał najwspanialsze chwile w kadrze, zdobył większość ze swoich 17 bramek i stał się czołową postacią drużyny – liderem dbającym o atmosferę w szatni. Twierdzi, że gdyby takiego trenera jak Nawałka spotkał wcześniej, osiągnąłby dużo więcej.

Z Paulo Sousą na razie jest mu nie po drodze. Brak powołania na Euro 2020 był dla niego ciosem. Oglądanie porażki kolegów było chyba bardzo bolesnym doświadczeniem, skoro by ratować swoją reprezentacyjną karierę, zdecydował się w końcu wrócić do Polski. Dla kadry zawsze był gotów zrobić wiele, zawsze zostawiał na boisku całe serce.

Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że bliżej mu do Jagiellonii lub Legii. Problemem okazały się kwestie finansowe. Żadnego z klubów nie byłoby stać na płacenie mu nawet połowy pensji, jaką pobierał w Anglii. Miesięcznie zarabiał równowartość 800 tys. zł – czterokrotnie więcej niż najlepiej wynagradzany w Ekstraklasie kapitan Legii Artur Jędrzejczyk.

Grosickiemu zależało jednak na powrocie w rodzinne strony, więc kiedy kontrakt z West Bromwich dobiegł końca, obniżył swoje oczekiwania (według portalu WP SportoweFakty w Szczecinie otrzyma ponad 2 mln zł za rok gry, czyli około 166 tys. miesięcznie), spakował walizki i poszedł w ślady innych piłkarzy z reprezentacyjną przeszłością.

Chce pomóc

Z kadry, która odniosła sukces na Euro 2016, już co trzeci zawodnik kontynuuje karierę w Polsce. Artur Boruc, Artur Jędrzejczyk i Bartosz Kapustka grają w Legii, Jakub Błaszczykowski został współwłaścicielem Wisły Kraków, a Sławomir Peszko – gwiazdą Wieczystej Kraków. Łukasz Piszczek odszedł z Borussii Dortmund, by pomóc swojemu pierwszemu klubowi – LKS Goczałkowice-Zdrój. Michał Pazdan wrócił do Jagiellonii, a Bartosz Salamon do Lecha.

Jeśli dodać do tej grupy Lukasa Podolskiego, dla którego mistrzostwa we Francji były ostatnim turniejem w barwach reprezentacji Niemiec, spełniającego dziś marzenia o grze w Górniku Zabrze, wyjdzie, że jesienią po boiskach Ekstraklasy i niższych lig biegać będą piłkarze, z których można by złożyć niezłą ekipę.

Grosicki do Szczecina wraca po 14 latach. – Widzę w zespole bardzo duży potencjał. Jest sporo młodych chłopaków, kilku potrzebuje się odblokować. Chciałbym im pomóc, uwielbiam asystować. Spróbujemy powalczyć o mistrzostwo – zapowiada.

Pierwszy raz kibicom pokaże się być może już w najbliższą sobotę – w hicie kolejki druga w tabeli Pogoń zmierzy się w Poznaniu z liderem – Lechem.

Wrześniowe mecze eliminacji mundialu Grosicki obejrzy jeszcze w domu lub na trybunach, ale ma nadzieję, że będą to ostatnie takie spotkania kadry. Mistrzostwa w Katarze byłyby pięknym zwieńczeniem jego kariery.