Thomas Tuchel, który w maju po ledwie czterech miesiącach spędzonych w Londynie wygrał z Chelsea Ligę Mistrzów, w przypływie szczerości powiedział, że pracując w Paryżu, zastanawiał się, czy jest jeszcze trenerem, czy może już politykiem albo ministrem sportu.

– W takim klubie nie chodzi tylko o futbol – stwierdził w wywiadzie udzielonym niemieckiej telewizji Sport 1. I już chwilę później mógł pakować walizki, bo jego wypowiedź uznano za niedopuszczalną krytykę.

Katarscy właściciele płacą hojnie, ale w zamian oczekują szeroko rozumianej lojalności i sukcesów. Żonglują trenerami i sprowadzają kolejnych piłkarzy, bo liczy się dla nich tylko jedno: triumf w Lidze Mistrzów. Tytuły we Francji dawno spowszedniały.

Tego lata do Paryża trafił prawdziwy zaciąg gwiazd. Najlepszy gracz Euro, włoski bramkarz Milanu Gianluigi Donnarumma, filar defensywy Realu Sergio Ramos, pomocnik Liverpoolu Georginio Wijnaldum i obrońca Interu Achraf Hakimi. Zapłacić trzeba było tylko za tego ostatniego, ale 60 mln euro to przy wcześniejszych szaleństwach zakupowych PSG drobne.

Za Messiego, którego kontrakt z Barceloną dobiegł końca, paryżanie płacić nie będą musieli, ale do Komisji Europejskiej wpłynęła już skarga, której celem jest zablokowanie transferu Argentyńczyka. Katalońscy kibice twierdzą, że zatrudnienie Messiego nie będzie możliwe bez naruszenia zasad finansowego fair play. Jego zarobki w ramach dwuletniej umowy mają wynieść nawet 40 mln euro netto rocznie, więcej niż wynagrodzenie Neymara.

„W sezonie 2019/2020 klub z Paryża na pensje piłkarzy przeznaczył 99 procent swoich dochodów, podczas gdy Barcelona zaledwie 54 proc." – argumentują autorzy skargi, cytowani przez dziennik „Marca".

To właśnie pieniądze sprawiły, że geniusz z Rosario po 21 latach musiał opuścić Camp Nou. Nawet gdyby zgodził się grać za darmo, wydająca krocie na pensje Barca nie byłaby w stanie zmieścić się w limicie płac narzuconym przez władze ligi hiszpańskiej. Szefowie francuskiej Ligue 1 mają podobno przymknąć oko na kosmiczne zarobki Messiego. I trudno się dziwić. Przyjście takiej gwiazdy dla znajdującej się w cieniu rozgrywek w Anglii, Niemczech czy Hiszpanii Ligue 1 przyniesie wymierne efekty marketingowe, wzrośnie telewizyjna oglądalność, sprzedaż koszulek i pamiątek, kibice będą się zabijać o bilety.

W Paryżu szaleństwo już widać. Od niedzieli fani zbierają się na lotnisku i pod stadionem, wypatrując Messiego jak gwiazdy rocka. Na wtorek planowano uroczystą prezentację pod wieżą Eiffla – huczne powitanie, jakie wcześniej zgotowano jego przyjacielowi Neymarowi. I choć pojawiły się informacje, że do gry o Argentyńczyka włączył się w ostatniej chwili Manchester United, w Paryżu nikt nie wyobraża sobie, by ten wyścig miał innego zwycięzcę niż PSG. A już na pewno nie Neymar.

Brazylijczyk to dziś najszczęśliwszy człowiek. Nieraz mówił, że życie we Francji mu się znudziło, że brak mu wyzwań, bo występami przeciw francuskim średniakom trudno zaspokoić wysokie aspiracje. Chciał uciec, by ponownie grać z Messim. Ale został i pewnie cieszy się dziś jak dziecko rozpakowujące bożonarodzeniowe prezenty. Był nawet gotów zrezygnować dla niego z numeru 10 na koszulce, ale według „Marcy" Argentyńczyk na tę propozycję nie przystał.

Messi spotka również w Paryżu kolegów, z którymi w lipcu triumfował w Copa America: Angela Di Marię i Leandro Paredesa, a na ławce trenerskiej swojego rodaka Mauricio Pochettino.

Kto wie, może stworzy magiczny atak z Neymarem i Kylianem Mbappe, choć dziś bardziej prawdopodobne jest, że Francuz zostanie sprzedany przez PSG, by zbilansować wydatki i nie narażać się UEFA. Real Madryt już zaciera ręce.

W Barcelonie zaczęły się rozliczenia i szukanie winnych. Gerard Pique o nieudolne działania oskarża zarząd. Jeden z działaczy już podał się do dymisji, krytykując prezesa Joana Laportę.

„Zawiodłeś mnie. Myślałem, że jesteś w stanie rzucić wyzwanie Florentino Perezowi (szef Realu – przyp. red.), a przejdziesz do historii jako ten, który pożegnał Messiego. Jestem pewien, że w tej sprawie można było zrobić o wiele więcej" – napisał Jaume Llopis.