"Rz": Po kilku tygodniach pracy osłabł już pana entuzjazm?

Bogusław Leśnodorski:

Każdego dnia rośnie. Możliwości tego klubu są kosmiczne, ale kiedy pomyślę, ile można zrobić i zmienić na lepsze, to aż mi się w głowie nie mieści. Oczywiście zderzenie z realiami polskiego futbolu bywa szokujące, jednak widzę przed Legią olbrzymie pole do popisu. Na świeczniku jest pierwsza drużyna, ale przecież liczy się też administracja, marketing, sprzedaż, bezpieczeństwo, zadowolenie kibica, no a już najważniejsza dla mnie jest nasza przyszłość, czyli akademia szkoląca młodych piłkarzy.

Wie pan, jak pomóc pierwszej drużynie wywalczyć wreszcie mistrzostwo?

Nie wyobrażam sobie, żebyśmy w tym sezonie nie wygrali ligi. Mogę pomóc w sprawach organizacyjnych, bo jest wiele kwestii drobnych, ale męczących. Niektóre są wstydliwe i nie nadają się do publicznej dyskusji, ale na szybko można rozwiązać kwestię obiadów czy zatrudnienia analityka, którego w klubie brakuje. Mogę też pomóc wzmocnić drużynę dobrymi zawodnikami. Zimą trafi do nas dwóch, trzech nowych piłkarzy. Potrzebujemy napastnika i dwóch obrońców.

Za pieniądze czy na zasadzie wolnych transferów?

Transfery bezgotówkowe to ściema. W prawie coś takiego nie istnieje. Nawet jeśli nie ma kwoty transferowej, to trzeba zawodnikowi zapłacić za podpis pod umową, opłacić agenta, zwrócić koszty szkolenia i nagle okazuje się, że to kilkaset tysięcy złotych. Wielu zawodników nie dostaje pensji w swoim klubie, ale okazuje się, że zmienią klub za darmo tylko wtedy, jeśli nowy pracodawca weźmie na siebie wypłacenie im zaległych wynagrodzeń.

Marek Jóźwiak nie potrafił znaleźć odpowiednich graczy i dlatego został zwolniony?

Nie będę odnosił się do Jóźwiaka. Każdy zawodnik w Polsce chciałby grać w Legii, nie trzeba ich szukać. Ci, którzy nie czują się emocjonalnie związani ze swoimi klubami, marzą, by trafić na Łazienkowską. Trzeba tylko usiąść, porozmawiać i podpisać umowę. Ofert jest cała masa, codziennie dostajemy propozycje od menedżerów, właściwie dotyczą one wszystkich zawodników naszej ligi. Tyle że ja mam trochę inne spojrzenie na transfery. Interesuje mnie polityka długookresowa. Nie można kogoś kupować na podstawie trzech kaset wideo i po tygodniu rozmowy. Szukamy kogoś, kto będzie pasował do naszego modelu funkcjonowania drużyny. Nie każdy zawodnik nam pasuje. Przez najbliższy miesiąc stworzymy listę 20 piłkarzy, których przez pół roku będziemy oglądać na żywo i robić jak najszerszy wywiad – tak, żeby nasza baza danych była jak największa. Nie liczy się tylko talent, chcemy wiedzieć, kto jakie ma zwyczaje, jak lubi spędzać czas. Dla mnie płacenie milionów za zawodnika, który zagrał  siedem dobrych meczów, to szok.

Nie należałem do żadnej grupy kibiców. Chodziłem na mecze w garniturze

Kiedy przychodził pan do Legii, mówiono, że firma się zwija, a pan musi zrobić to jak najmniej boleśnie.

Słyszałem o tym, ale nie wyobrażam sobie, by coś takiego się wydarzyło. Nikt mi takich rozwiązań nawet nie sugerował. Przyszedłem do klubu w połowie sezonu, budżet był już ustalony i tego się trzymamy. Oczywiście brakuje nam pieniędzy, które moglibyśmy wywalczyć w fazie grupowej Ligi Europejskiej.

Zapowiadał pan zmiany w wynagrodzeniach.

Otworzyło się okienko transferowe. To czas rozmów, negocjacji. Uważam, że żaden zawodnik pierwszej drużyny, a już zwłaszcza taki, który pokazał, że ma duże możliwości, nie może zarabiać pięciu tysięcy złotych. Ale nie wyobrażam sobie, żeby ktoś, kto nie gra w ogóle, pobierał co miesiąc kilkadziesiąt tysięcy. Jesteśmy na dobrej drodze do porozumienia, by już na wiosnę takich zawodników w kadrze nie było. Nie mamy problemów z tymi, którzy przez kilka lat pokazali, że potrafią grać w piłkę na bardzo wysokim poziomie, a ostatnio mieli gorszy okres. Chodzi raczej o takich, którzy do wysokiego poziomu nigdy się nawet nie zbliżyli.

Wierzy pan, że kibice z Żylety na wiosnę będą przychodzić na mecze?

Tak, te miejsca będą zajęte, bo prawdziwi kibice chcą oglądać swoją ukochaną drużynę. Nie ma żadnej wojny z fanami, przynajmniej od kiedy ja jestem prezesem. Chciałbym, żeby pewne rzeczy się zmieniły, i to niezależnie od postawy kibiców. Na przykład nie może być tak, że ludzie czekają dwie godziny na mrozie, chcąc wejść na stadion. To nie jest żaden element negocjacji, po prostu wiem, że to niedopuszczalne. Klub dołoży wszelkich starań, żeby zaproponować ludziom, którzy kupią bilety, jak najwyższy standard. Nie dyskutujemy z kibicami, nie organizuję okrągłego stołu, bo uważam, że nie ma takiej potrzeby. Myślę, że na wiosnę nasz stadion będzie pełny.

Obniżycie ceny biletów?

Nie zgadzam się, że są za drogie. To stolica Polski, patrząc na alternatywne formy spędzania wolnego czasu – na przykład kino – nie wyglądamy wcale najgorzej. Wiadomo, że gdybyśmy obniżyli cenę z 50 złotych na 10, to stadion byłby pełny, ale przecież nie o to chodzi.

Będzie pan dokonywał czystki w strukturach administracyjnych?

Czystka to fatalne słowo. Wierzę, że można zmienić strukturę zarządzania klubem na bardziej efektywną. Nie jest tak, że nic mi się nie podoba. Zobaczyłem tu bardzo dużo wartościowych, oddanych i pracowitych ludzi. To sprawia, że wizje wielkości Legii przychodzą do głowy dużo łatwiej. Chociaż nie da się ukryć, że poziom organizacyjny bardzo odbiega od standardów, do których byłem przyzwyczajony wcześniej.

Chodził pan na mecze Legii, interesował się pan piłką?

Oczywiście, na starym stadionie zdarzało mi się chodzić także na Żyletę. Nie byłem regularnym widzem, bo często wyjeżdżałem, ale zawsze, kiedy mogłem, uwzględniałem w planach mecze Legii. Ale nie należałem do żadnej grupy kibiców, którzy organizowali oprawy czy doping. Chodziłem na stadion w garniturze.

Znajomi nie dziwią się, że zdecydował się pan wejść w polski futbol?

Każdy ambitny człowiek lubi być zainspirowany jakimś wielkim wyzwaniem, a dla mnie praca w największym i najważniejszym klubie Polski jest właśnie czymś takim. Nie mam problemu z odpowiedzialnością, wielokrotnie brałem na siebie finansowo jeszcze większą. Nie zdawałem sobie jednak sprawy z odpowiedzialności społecznej, nie wiedziałem, ilu ludzi w Warszawie kocha ten klub. Te ciągłe SMS-y, e-maile, zwyczajne rozmowy na ulicach z przypadkowo spotkanymi ludźmi. Nagle okazuje się, że Legia interesuje wszystkich. To część lokalnego patriotyzmu. Te tysiące dzieciaków, które przyjeżdżają na testy albo trenują w innych klubach i marzą o tym, by do nas trafić. Poczucie, że można zrobić coś dla tych ludzi, daje większą satysfakcję niż zwyczajna możliwość zarabiania dużych pieniędzy.