Dwa tygodnie temu Arsenal był w siódmym niebie, teraz Liverpool jest w ósmym. W ostatnich sezonach Ligi Mistrzów wszystko co szalone i pozornie niemożliwe to zasługa angielskich klubów. Podróż Liverpoolu od 0:3 do zwycięstwa w finale w Stambule, zwycięstwo Manchesteru nad Romą 7:1 w ćwierćfinale poprzedniego sezonu, niedawne 7:0 Arsenalu nad Slavią i wyrównanie osiągnięcia Juventusu z 2003 roku, a teraz kolejny rekord tam, gdzie trudno było się go spodziewać.

To był dla Liverpoolu mecz o przetrwanie w Lidze Mistrzów do wiosny, a takie wieczory, nawet jeśli zwycięskie, rzadko bywają piękne. Tym razem stało się zupełnie inaczej. Zwycięstwo piłkarze Rafaela Beniteza zapewnili sobie jeszcze przed przerwą, prowadząc 2:0. Potem chodziło już tylko o to, by zabawa trwała, by strzelić jeszcze więcej bramek niż Arsenal i by Benitez wreszcie się uśmiechnął. Tylko to ostatnie się nie udało. Po ósmej bramce dla Liverpoolu, strzelonej głową przez Petera Croucha, trener nie ruszając się z krzesełka zrobił tylko dziwny ruch ręką. Raczej nie pokazywał swoim obrońcom, by cofnęli się bronić wyniku, więc może to właśnie był gest radości.

Artur Boruc bronił w trudnych sytuacjach i robił błędy w prostych. Celtic wygrał z Benficą 1:0

Benitez nie zapomniał ani na chwilę, że osiem bramek daje tylko trzy punkty i Liverpool nadal jest daleko od awansu, zwłaszcza po wczorajszej wygranej Porto z Olympique Marsylia. Nawet same zwycięstwa do końca rundy grupowej nie muszą mu zapewnić awansu, ale przynajmniej w Liverpoolu będą mieli co wspominać. Zwłaszcza Izraelczyk Yossi Benayoun, który strzelił trzy gole, a przy dwóch asystował, Andriej Woronin, który wypracował cztery bramki, i Ryan Babel, który tuż po wejściu na boisko strzelił dwa gole, w tym jednego piętą.

Bardziej od nich zasłużony dla zwycięstwa Liverpoolu był tylko bramkarz Besiktasu, który piłki nie łapał, tylko odbijał ją gdzie popadnie, najczęściej za lekko i pod nogi rywali. Piłkarze gości po piątym golu myśleli już tylko o tym, gdzie najlepiej będzie się schować po ostatnim gwizdku. Pozwolili Liverpoolowi dogonić rekord, sędzia Markus Merk zlitował się i nie doliczał czasu, Benitez szybko zszedł do szatni. Za trzy tygodnie czeka go kolejny mecz o wszystko, tym razem z Porto.

Poprzednia drużyna Beniteza, Valencia, najważniejsze starcie już przegrała. Nowy trener Ronald Koeman w pierwszym meczu po zastąpieniu Quique Sancheza Floresa dowiedział się jak brzmi koncert gwizdów na stadionie Mestalla. - Ale wstyd - mówił obrońca Ivan Helguera o porażce z Rosenborgiem 0:2, która właściwie zamyka Valencii drogę do kolejnej rundy. Obydwie bramki strzelił niezniszczalny Steffen Iversen, który gole dla Rosenborga zdobywał już 12 lat temu, gdy mistrz Norwegii był w jednej grupie Ligi Mistrzów z Legią. Potem grał w Anglii i w Valerendze Oslo, do Trondheim wrócił dwa lata temu. W Walencji pokazał to z czego był zawsze najbardziej znany: spokój i spryt. Rosenborg zebrał w grupie B już siedem punktów, tylko jeden mniej od prowadzącej Chelsea, która z pomocą słupków i poprzeczki obroniła się w Gelsenkirchen przed atakami Schalke.

W dobrej sytuacji jest też Celtic Glasgow, który właśnie zrównał się punktami z Szachtarem Donieck, a ma jeszcze przed sobą mecz z tym rywalem na własnym stadionie. Celtic wygrał z Benficą 1:0, bo niósł go doping kibiców i szczęście. W pierwszej połowie to Benfica grała w piłkę, gospodarze tylko próbowali, ale to oni zdobyli gola. Zanim po strzale Aidena McGeady’ego piłka trafiła do bramki, odbiła się od obrońcy Luisao i bramkarza Quima. Po drugiej stronie boiska Artur Boruc bronił w trudnych sytuacjach, robił błędy w prostych i krzyczał na obrońców. Raz też krzyknął do nich „Przepraszam”, gdy w pierwszej połowie nie złapał piłki podanej głową przez Johna Kennedy’ego, i próbując ją wybić, o mało nie podał do Oscara Cardoza. W ostatniej chwili uratował go Lee Naylor. Zwykle jest odwrotnie. Boruc (podobno już niedługo jego zmiennikiem w Celticu ma zostać grający dziś w Dundee Grzegorz Szamotulski) odwdzięczył się kolegom, broniąc trzy groźne strzały Cardozo.

Maciej Żurawski nie wstał z ławki rezerwowych, podobnie jak Przemysław Kaźmierczak w Porto i Mariusz Lewandowski w Doniecku. Szachtar bez Lewandowskiego miał przewagę w meczu z Milanem, a mimo to przegrał aż 0:3. Milan bliskość awansu zawdzięcza Filippo Inzaghiemu. Specjalista od bramek z niczego wszedł na boisko po godzinie przy stanie 0:0, strzelił dwa gole, a przy trzecim podawał.

To był wieczór mężczyzn z przeszłością. W Pireusie Real Madryt zatrzymał 36-letni bramkarz Antonis Nikopolidis. W Olympiakosie cały mecz rozegrał Michał Żewłakow i w dwóch sytuacjach to on ratował drużynę: w ostatniej chwili wybił piłkę Ruudowi van Nistelrooyowi i Raulowi. Potem wszystko było w rękach Nikopolidisa, mocno posiwiałej już legendy Panathinaikosu Ateny, reprezentacji, a teraz Pireusu. Grecki bramkarz obronił strzały między innymi Robinho i Wesleya Sneijdera, i Olympiakos wciąż może marzyć o awansie.

Grupa B• Schalke 04 - Chelsea Londyn 0:0 • Valencia CF - Rosenborg Trondheim 0:2 (0:1). Bramki: S. Iversen (31, 58).1. Chelsea 4 8 5-2 2. Rosenborg 4 7 5-3 3. Schalke 4 4 2-3 4. Valencia 4 3 2-6

Grupa C• Lazio Rzym - Werder Brema 2:1 (0:0). Dla Lazio - T. Rocchi (57, 68); dla Werderu - Diego (88-karny) • Olympiakos Pireus - Real Madryt 0:0. 1. Real 4 8 8-5 2. Olympiakos 4 5 6-6 Lazio Rzym 4 5 6-6 4. Werder 4 3 5-8

Grupa D• Celtic Glasgow - Benfica Lizbona 1:0 (1:0). Bramka: A. McGeady (45) • Szachtar Donieck - AC Milan 0:3 (0:0). Bramki: F. Inzaghi (66, 90+3), Kaka (72).1. Milan 4 9 10-4 2. Celtic 4 6 3-4 3. Szachtar 4 6 4-7 4. Benfica 4 3 2-4