Rz: Pańska chrypka to wynik krzyków w trakcie spotkania czy śpiewów w szatni?

Leo Beenhakker:

To efekt mojego przemówienia w szatni w przerwie meczu. Trochę musiałem chłopakami wstrząsnąć, chociaż wiedziałem, że i tak niewiele to zmieni. Ci, którzy znają moją filozofię futbolu, wiedzą, że to, co pokazaliśmy w meczu z Belgią, było jej zaprzeczeniem. Nie chcę psuć wszystkim dobrych nastrojów, ale zagraliśmy źle. Traciliśmy piłkę wszędzie, gdzie się dało. To było okropne, nie mogłem patrzeć, co wyprawiają. Po 30 minutach zorientowałem się, że w tym meczu jedyne, co możemy zrobić, to strzelić gola dającego nam trzy punkty i później tego bronić.

Pierwszy gol padł po wielkim błędzie belgijskiego obrońcy...

Jak nie masz sytuacji do zdobycia bramki, to musisz ją zdobyć bez niej. Do pomocy wycofałem Macieja Żurawskiego, a do ataku przesunąłem Ebiego Smolarka. To taki piłkarz, który zawsze może przechwycić dwie, trzy piłki dzięki swojej szybkości. Nie pomyliłem się, bo udało nam się objąć prowadzenie jeszcze przed przerwą.

Gra polskiej drużyny wyglądała dużo lepiej, gdy na boisku pojawił się Jakub Błaszczykowski. Pańska decyzja, że od pierwszej minuty zagra Wojciech Łobodziński, była błędem?

Czasami musisz wydać dziesięć złotych, by później zarobić dwadzieścia. Decyzję o zestawieniu pierwszej jedenastki podjąłem po obserwacji treningów we Wronkach i zapewniam wszystkich, że Łobodziński na prawej pomocy prezentował się najlepiej. Jedyną rzeczą, której trener nie jest w stanie przewidzieć, to sposób, w jaki zawodnik zareaguje na presję, a spotkaniu z Belgią towarzyszyło przecież napięcie, z jakim niektórzy z moich piłkarzy nie zetknęli się nigdy wcześniej. Łobodziński z jakichś powodów sobie nie poradził, jednak to, że wyszedł w pierwszym składzie, było moim wyborem i ponoszę za to pełną odpowiedzialność. Poniżej swoich możliwości zagrał nie tylko on, gra wielu zawodników w Chorzowie była poniżej poziomu, do którego się przyzwyczaiłem.

Co powiedział pan Smolarkowi, najważniejszemu piłkarzowi drużyny, gdy zdejmował go pan z boiska?

W ostatnich spotkaniach rzeczywiście brał na siebie odpowiedzialność i zdobywał decydujące bramki, jednak nie istniałby bez kolegów z reprezentacji. Nie powiedziałem mu nic specjalnego, w takich momentach słowa są tak naprawdę zbędne. Ja i Ebi mamy swoją historię, łączą nas wyjątkowe relacje. Pierwszy raz zobaczyłem Smolarka w 1997 roku, gdy grał w młodzieżowej drużynie Feyenoordu Rotterdam, jednak tak naprawdę poznałem go dopiero, prowadząc reprezentację Polski. Wykonał dla nas świetną pracę, mam dla niego dużo szacunku, tak jak on dla mnie. Darzę go dużym zaufaniem.

Uciekłem z szatni jak najszybciej, bo chcieli mnie wykąpać w szampanie, a musiałem jeszcze pójść na konferencję prasową

W ostatnich minutach graliśmy już bez choćby jednego napastnika. Kamil Kosowski wysunięty na szpicy to pana nowy pomysł?

Powiedziałem mu, że skoro wchodzi na boisko za Ebiego, to ma go godnie zastąpić, czyli biegać. Kosowski to duży mężczyzna, stojąc z przodu, absorbował uwagę dwóch obrońców, dzięki czemu mogliśmy mieć pewność, że rywale nie zaatakują większą liczbą zawodników.

Nie kusiło pana, by po końcowym gwizdku cieszyć się z zawodnikami na środku boiska?

Piłkarze zasłużyli na to, by nikt im w takiej chwili nie przeszkadzał. Kiedy przegrywamy z Finlandią albo Armenią, schodzę z boiska jako ostatni, ale po zwycięstwach za każdym razem podkreślam, czyje tak naprawdę jest to dzieło i od razu uciekam do szatni. Nie jestem typem, który lubi grzać się w czyjejś sławie. Nie biegam po boisku, nie strzelam goli, to dlaczego później miałbym być bohaterem numer jeden?

Ale piłkarze o panu nie zapomnieli...

Trochę mnie zaskoczyli swoim zachowaniem. Udzielałem wywiadu telewizji, gdy nagle znalazłem się w powietrzu, zaczęli mnie podrzucać. Zapewniam, że po tej akcji czuję się dobrze, nic mi nie dolega. Nie martwcie się o moje zdrowie – jestem dobrze wytrenowany i bardzo silny.

Co było najtrudniejsze w zbudowaniu drużyny, która jako pierwsza w historii polskiej piłki awansowała do finałów mistrzostw Europy?

Budowałem drużynę, budując wiarę. W siebie, w sukces, w kolegów. To było moje najtrudniejsze zadanie, bo o rozwój piłkarski zawodnicy muszą zadbać, pracując na co dzień w klubach. Kiedy wszedłem do szatni po meczu z Belgią, zobaczyłem, jak moich chłopców cieszy to, że mogli sprawić radość milionom ludzi, a zapewniam, iż radość była podwójna dlatego, że wcześniej, zwłaszcza po fatalnym początku eliminacji, nikt na nich nie liczył. Wtedy 90 procent mediów było przeciwko nam, kibice nam nie ufali i naturalne byłoby spuszczenie głów. Jestem dumny z tego, jak moi piłkarze zareagowali na problemy, że pokazali charakter. Teraz o naszych krytykach powiem jedno: „Ave Caesar, pozwólmy im mówić...”.

A co powiedział pan w szatni piłkarzom?

Czasami nie trzeba nic mówić, żeby coś powiedzieć. Poza tym uciekłem stamtąd jak najszybciej, bo chcieli mnie wykąpać w szampanie, a przecież musiałem jeszcze pójść na konferencję prasową. Awansowaliśmy, to wielki sukces zawodników, ale i dla mnie jedna z najprzyjemniejszych chwil w karierze.

W 2002 roku po wywalczeniu awansu Polscy przegrali z Białorusią aż 1:4...

W niedzielę dałem piłkarzom wolne do 14.30. Później bardzo się zdenerwuję, jeśli zobaczę któregoś z nich zbytnio rozluźnionego. Jedziemy do Belgradu wygrać mecz z Serbią. To, co było w Chorzowie, jest już za nami. Nigdy nie żyję przeszłością.

Zdaje pan sobie sprawę z tego, że w Polsce nikt nie wyobraża sobie, by pańska drużyna wróciła z Austrii i Szwajcarii już po trzech meczach grupowych?

Też sobie tego nie wyobrażam. Wywalczenie awansu to dla nas dopiero początek drogi. Nie pozwolę, by którykolwiek z moich zawodników już teraz uznał, że dokonał wielkiej rzeczy. Znaleźliśmy się w gronie 16 najlepszych zespołów na kontynencie i teraz pora walczyć o więcej.

Leo Beenhakker

, urodzony 2 sierpnia 1942 w Rotterdamie. Reprezentację Polski prowadzi od 11 lipca 2006. Trenerem jest od ponad 40 lat. Największe sukcesy odnosił w Realu Madryt, z którym wywalczył trzy mistrzostwa Hiszpanii (1987, 1988 i 1989) i trzykrotnie dotarł do półfinału Pucharu Mistrzów. Do mistrzostwa Holandii doprowadził Ajax Amsterdam (1980 i 1990) oraz Feyenoord Rotterdam (1999). Przez wiele lat był asystentem Rinusa Michelsa w reprezentacji Holandii, którą następnie sam prowadził dwukrotnie. Najpierw zastąpił chorującego na serce Michelsa w 1985 roku i nie zdołał wywalczyć awansu na mistrzostwa świata w Meksyku (1986), później objął drużynę przed mundialem we Włoszech (1990) i dotarł z nią do ćwierćfinału. Pracował krótko z reprezentacją Arabii Saudyjskiej (1994), a Trynidad i Tobago wprowadził do finałów MŚ 2006. Tydzień temu przedłużył kontrakt z PZPN do listopada 2009 r.