A więc nie uda się nawet im. Liga Mistrzów jeszcze co najmniej przez rok pozostanie miejscem, w którym może się zdarzyć wszystko, ale nie obrona tytułu. Okazało się, że obecną Barcelonę obowiązują takie same prawa jak inne piłkarskie imperia, które w LM upadały już po jednym sezonie.

Od kilku tygodni obrońcy Pucharu Europy wyglądali na drużynę coraz bardziej z tej ziemi.

I akurat wtedy musieli się zmierzyć z rywalem najgorszym z możliwych. Inter nie wybaczył żadnego błędu, był zaprogramowany na sukces, bez względu na to, jaką drogą trzeba było do niego iść.

W pierwszym meczu szedł wyprostowany, odważny, strzelając gole. W drugim, przyczajony, myślał tylko o tym, jak niszczyć to, co Barcelona budowała. Nie miał żadnej okazji do zdobycia bramki, ani jednego ataku godnego zapamiętania. Nie musiał mieć, do pierwszego od 38 lat awansu do finału wystarczyło siedzenie w okopach i popis obrony, którą włoscy komentatorzy nazwali linią Maginota.

Na Camp Nou ten Inter z betonu i stali – tak powiedział o nim jeden ze sprawozdawców włoskiej telewizji – dał rywalom tylka kilka chwil swobody: od 84. minuty do końca meczu, gdy po golu Gerarda Pique, niewykluczone że ze spalonego, Barcelona zaczęła grać, jak tego od niej oczekiwano.

Bo wcześniej nie była sobą. Paliwem tej drużyny jest radość, nie wściekłość, a ona wzięła górę po porażce w pierwszym meczu. Artyści Pepa Guardioli, zamiast się rozpędzać z piłką, ugrzęźli w sporach z rywalami, niepotrzebnie ostrych faulach, wyrównywaniu rachunków sprzed tygodnia.

Nie potrafili wykorzystać nawet gry w przewadze, po czerwonej kartce dla Thiago Motty już w 28. minucie. Motta, kiedyś piłkarz Barcelony, spec od niewdzięcznej roboty na boisku, ale zawsze w pierwszym rzędzie podczas triumfalnych przejazdów przez ulice stolicy Katalonii z trofeami, odepchnął ręką biegnącego za nim Sergio Busquetsa. Dostał od razu czerwoną kartkę, co było może decyzją surową, ale nawet gdyby dostał żółtą, i tak wyleciałby z boiska, bo już jedną miał.

Inter w dziesięciu bronił się nie gorzej niż w jedenastu. Barcelona w pierwszej połowie stworzyła tylko jedną naprawdę dobrą okazję, ale strzał Leo Messiego obronił Julio Cesar. Po przerwie najbliżej zdobycia gola był Bojan, ale źle uderzył piłkę. Po golu Pique na 1:0 (obrócił się z piłką i strzelił jak napastnik, a nie środkowy obrońca) była jeszcze jedna bramka, ale nieuznana, bo wcześniej w tej akcji Yaya Toure dotknął piłki ręką.

Gdy sędzia pokazał, że to już koniec, Jose Mourinho ruszył biegiem przez całe boisko, trzymając palec w górze tak, jakby sam strzelił gola. – Wygrywałem kiedyś Ligę Mistrzów z Porto. Ale smak tego zwycięstwa jest nieporównywalny z niczym – mówił po meczu. Świętował z piłkarzami w strugach wody, bo gospodarze akurat po ich stronie boiska musieli włączyć nawadnianie.

Na finał do Madrytu pojadą nie królowie improwizacji z Barcelony, ale dwie doskonałe maszyny, Inter i Bayern. Nie uwielbiany Pep Guardiola, tylko dwaj irytujący, ale genialni egocentrycy, Mourinho z Louisem van Gaalem. I ich piłkarze, niechciani w innych drużynach: Arjen Robben, Wesley Sneijder, Esteban Cambiasso w Realu, Samuel Eto’o i Mark van Bommel w Barcelonie, i inni. Tej wiosny to właśnie oni najbardziej na finał zasłużyli.

[i]—Piotr Kowalczuk z Rzymu[/i]

[ramka]

[b]Barcelona – Inter Mediolan 1:0 (0:0) [/b]

Pierwszy mecz 1:3. Awans Interu. Bramka: G. Pique (84). Czerwona kartka: T. Motta (Inter, 28). Sędziował F. de Bleeckere (Belgia).

Barcelona: Valdes - Dani Alves, Pique, G. Milito (46, Maxwell), Keita - Xavi, Toure, Busquets (64, Jeffren) - Pedro, Ibrahimović (63, Bojan), Messi.

Inter: Julio Cesar - Maicon, Samuel, Lucio, Zanetti - Cambiasso, Motta -Eto’o (85, Mariga), Sneijder (65, Muntari), Chivu - D. Milito (81, Cordoba).

[i]Finał Inter - Bayern Monachium

22 maja na Santiago Bernabeu w Madrycie. [/i]

[/ramka]