Margaret Thatcher była pierwsza i najsurowsza. W latach 80. swój zespół do walki z chuliganami nazywała gabinetem wojennym, a bandytom ze stadionów obiecywała długie więzienie. Jej rząd rozważał rozgrywanie meczów tylko z udziałem kibiców gospodarzy.

Jej determinacja, nawet jeśli czasami pod publiczkę, dała efekty, bo była konsekwentna i miała sojuszników, m.in. Ruperta Murdocha i jego telewizję Sky, która płaciła klubom fortunę za prawa TV, ale żądała spokoju i nowoczesnych stadionów.

To rząd Thatcher wymyślił zakazy stadionowe, najskuteczniejszą broń w walce z chuligaństwem, przejętą potem przez inne kraje. W ostatnich latach m.in. przez Francję, gdzie do rozprawy z chuliganami wzywał ówczesny minister spraw wewnętrznych, a dziś prezydent Nicolas Sarkozy, oraz przez Holandię, gdzie po każdej awanturze na stadionie partie ścigały się w pisaniu projektów tzw. prawa futbolowego.

Udało się je uchwalić dopiero w ubiegłym roku. Ale holenderski rząd zawsze mógł liczyć na współpracę klubów i tamtejszego związku piłki nożnej. W Holandii taki mecz jak ten w Bydgoszczy nie miałby prawa się odbyć. Bo gdy trafiają na siebie kluby, których kibice ze sobą walczą, czasami nawet rozdziela się finał pucharu na dwa mecze: jeden z kibicami jednej drużyny, rewanż z drugą stroną.

Zdecydowani politycy są w walce z chuligaństwem ważni, ale współpraca jest najważniejsza. Bez niej kończy się jak w Grecji, gdzie rząd zawiesił kiedyś rozgrywki, ale w klubach nie było woli zmian, więc chuligani ciągle paraliżują ligę.

No i pozostaje pytanie, co w wojnie z chuliganami uznamy za zwycięstwo. We wzorcowej ponoć Anglii tylko w poprzednim sezonie zatrzymano za przestępstwa i wykroczenia na stadionach 3300 osób.