Korespondencja z Londynu

Cały ten zgiełk, który się podniósł, gdy Messi dostawał ostatnią Złotą Piłkę, można teraz uznać za niebyły. Po tym finale wątpliwości znikają, to jest piłkarz niepodrabialny i nie do zatrzymania. Finał  był wyrównany dopóki on w 54. minucie nie wziął sobie piłki i nie strzelił najważniejszego gola meczu jak na podwórku: właściwie z miejsca, obok próbującego blokować piłkę Patrice'a Evry, obok Nemanji Vidicia i obok rękawic Edwina van der Sara. Strzał nie był przy słupku, kończący w sobotę karierę Holender pewnie mógł zrobić więcej. Ale trzeba było Messiego, żeby to sprawdzić. Barcelona prowadziła 2:1 i od tej chwili z Manchesteru uszła wszelka wiara w wyrównanie. Potem, po bramce Davida Villi na 3:1 w 69. minucie, chodziło już tylko o ratowanie honoru. – Byli lepsi od nas, nie ma co dyskutować. Zrobili z nami to, co zwykle my robimy rywalom: zamęczyli nas podaniami – mówił Tomasz Kuszczak, dla którego to zapewne też był ostatni wieczór z Manchesterem, bo nie ma ochoty być rezerwowym u kolejnego bramkarza, zwłaszcza bramkarza młodszego od siebie o osiem lat, jak sprowadzanego na miejsce van der Sara Hiszpan David de Gea.

Leo wraca, podaje, straszy

Messi golem w finale wyrównał rekord Ligi Mistrzów należący do Ruuda van Nistelrooya, ale nikt się raczej nie odważy zestawiać tych 12 strzelonych przez nich bramek. Bo za 12 Messiego stoi jeszcze drugie tyle goli, które dzięki niemu strzelili koledzy. Co najmniej drugie tyle, bo w finale Leo podpisał się pod wszystkimi trzema. Manchester oddychał tego wieczoru chęcią zemsty za porażkę w Rzymie dwa lata temu, naprawiał popełnione wtedy błędy, na wiele wyzwań Barcelony potrafił tym razem znaleźć odpowiedź. Ale był bezradny wobec Messiego, wracającego po piłkę pod linię środkową, by wyciągnąć drużynę z kłopotów, pomagającego w rozgrywaniu, przywracającego równowagę w pomocy, w której początkowo Barcelona nie mogła się uwolnić z zastawionej pułapki. To Messi tak zebrał wokół siebie obrońców w 27. minucie, że gdy Xavi podawał do Pedro, nie było przy nim nikogo, a biegnący do niego Nemanja Vidić nie zdążył zablokować strzału do bramki.

Manchester, inaczej niż w Rzymie, po tym golu jeszcze się nie poddał. Wayne Rooney, najlepszy w United, harujący jak Messi, tylko bez takiego wsparcia kolegów, siedem minut po golu na 1:0 wyrównał. Zaczął akcję, podał do stojącego w polu karnym – na minimalnym spalonym - Ryana Giggsa, dostał od niego piłkę z powrotem i strzelił obok Victora Valdesa. W przerwie był remis, ale po przerwie United rozpadli się, przyparci do własnego pola karnego przez straszącego ich slalomami z piłką Messiego. To on przy trzecim golu zrobił zamieszanie pod bramką, Sergio Busquets podał do Davida Villi, a ten strzelił w okienko.

Abidal jak Alexanco

Barcelona ma czwarty Puchar Europy, trzeci w sześć lat. Z większą intensywnością Ligę Mistrzów wygrywał tylko galaktyczny Real w latach 1998-2002. Messi jest dla Barcelony tym, kim wtedy dla Realu był Zinedine Zidane. Pep Guardiola tym, kim Vicente del Bosque. Ale rządy Barcelony mimo wszystko są bezprecedensowe: bo pomiędzy tymi trzema pucharami dla klubu były jeszcze mistrzostwo Europy i świata dla Hiszpanii - silnej Katalonią i do jej stylu wprowadzającej tylko drobne poprawki. Real we wspomnianym czasie miał u siebie Zidane'a i Claude'a Makelele z mistrzowskiej Francji, ale to jednak nie to samo. Zwłaszcza że Makelelem szybko wzgardził.

Był w finale piękny Messi, ale też jeden moment robiący chyba jeszcze większe wrażenie. Gdy przy loży honorowej, gdzie Barcelona czekała na puchar, Carles Puyol oddał opaskę kapitana Ericowi Abidalowi, wracającego do zdrowia po niedawnej operacji wycięcia guza wątroby tak szybko, że w finale niespodziewanie zabrał miejsce w składzie właśnie Puyolowi. Ten wszedł dopiero pod koniec jako rezerwowy, dostał opaskę od Xaviego, ale oddał ją Francuzowi. Przypominając ten moment sprzed 19 lat, gdy Barcelona czekała na Wembley na swój pierwszy puchar i kapitan Andoni Zubizarreta ustąpił miejsca Jose Ramonowi Alexanco.

Na podium na murawie puchar wniósł już jednak Messi. Barcelona zrównała się w liczbie finałowych zwycięstw z Ajaksem i Bayernem, z przodu zostają już tylko Liverpool, Milan i Real. Manchester zostaje z trzema, Alex Ferguson ciągle nie może dogonić Boba Paisleya. Tego finału do pewnego momentu nie musiał się wstydzić. United zostawili lepsze wrażenie niż w Rzymie, potrafili odpowiedzieć golem na gol. Ale już statystyka jest brutalna: strzał który dał bramkę, był tego wieczoru jedynym celnym. Na więcej Barcelona nie pozwoliła, najwyższy czas dostrzec w niej drużynę, która obrona jest tak samo silna jak atak.

- Czy potrafię wymienić klubowy zespół, który robił większe wrażenie niż my w ostatnich latach? Nie umiem tak porównywać. Nie widziałem Realu di Stefano, nie widziałem Santosu Pelego, nie widziałem Ajaksu Cruyffa – mówił po meczu Pep Guardiola. – Ale mam nadzieję, że ktoś po latach nas będzie wspominał. Że była taka drużyna i że dawała mu przyjemność.

FC Barcelona - Manchester United 3:1 (1:1)

Bramki:

dla Barcelony - Pedro (27), Lionel Messi (54), David Villa (69); dla Manchesteru United - Wayne Rooney (34).

Sędzia:

Viktor Kassai (Węgry). Widzów: 88 000.

Barcelona:

Victor Valdes - Daniel Alves (88-Carles Puyol), Gerard Pique, Javier Mascherano, Eric Abidal - Sergio Busquets, Xavi, Andres Iniesta - Pedro (90+2-Ibrahim Afellay), Lionel Messi, David Villa (86-Seydou Keita).

Manchester United:

Edwin van der Sar - Fabio (69-Nani), Rio Ferdinand, Nemanja Vidic, Patrice Evra - Antonio Valencia, Michael Carrick (77-Paul Scholes), Ryan Giggs, Park Ji-Sung - Wayne Rooney, Javier Hernandez.

Messi królem strzelców

Argentyńczyk Lionel Messi okazał się najlepszym strzelcem zakończonego właśnie sezonu Ligi Mistrzów. Piłkarz Barcelony zdobył w sumie 12 bramek, z czego jedną w finale.

W ten sposób Messi wyrównał dorobek strzelecki Holendra Ruuda van Nistelrooy'a z sezonu 2002/2003.