To był mecz pełen podtekstów. Bramkarz Legii Radosław Cierzniak grał kiedyś w Wiśle i odchodził z nią skłócony do tego stopnia, że policja chroniła go przed miejscową bandyterką. Carlitos jeszcze w poprzednim sezonie zdobywał gole dla „Białej Gwiazdy”. Były współwłaściciel i prezes Legii Bogusław Leśnodorski zimą pomagał Wiśle wyjść z kłopotów. Czuje się w Krakowie jak u siebie, ale przyszedł na stadion w bluzie Legii.

Obydwa kluby rywalizują ze sobą, obrażają się nawzajem, ale nie mogą bez siebie żyć, bo obydwa zajmują wyjątkowo ważne miejsca w historii. Wisła jest dziś bardziej „krakowska” niż Legia „warszawska”. Polski trener Maciej Stolarczyk, z polskim sztabem współpracowników (sami byli dawni piłkarze Wisły) nadal wiążą koniec z końcem. Nie mogąc dokonywać tak drogich transferów jak Portugalczyk Ricardo Sa Pinto w Legii muszą się opierać na graczach polskich.

Para stoperów: Marcin Wasilewski - Maciej Sadlok jest najstarsza w ekstraklasie. Panowie mają w sumie 69 lat. Młodsi, szybsi i drożsi zawodnicy Legii przegrywali z nimi zdecydowaną większość pojedynków.
Już w 5. minucie 33-letni Jakub Błaszczykowski minął na prawym skrzydle młodszego o siedem lat Portugalczyka Luisa Rochę, podał na środek, gdzie pierwszy strzał Krzysztofa Drzazgi Cierzniak obronił, ale drugiego, Sławomira Peszki (też 33-letniego) już nie.

Wisła osiągnęła w pierwszej połowie sporą przewagę. Wywalczyła sześc rzutów rożnych wobec tylko jednego legionistów. Ale najważniejsze, że zdobyła drugiego gola. Po ręce Luisa Rochy rzut karny w 39. minucie wykorzystał Błaszczykowski. W tej części gry strzał Carlitosa był jedynym ze strony Legii, jaki musiał bronić Mateusz Lis.

Trener Sa Pinto zdenerwował się do tego stopnia, że pierwszej zmiany: napastnika Sandro Kulenovicia za obrońcę Pawła Stolarskiego dokonał w 43. minucie, kiedy zwykle wszyscy myślą o przerwie.
W drugiej części Legia wreszcie przyśpieszyła grę, ale atakowała chaotycznie. Wyglądała jak zbieranina zawodników, którzy nie bardzo się rozumieją, nie wiedzą gdzie kto najlepiej się czuje i powinien grać. O ile Wisła świetnie prezentowała się jako zgrany zespół, walczący ambitnie o każdą piłkę i atakujący niemal bez przerwy, w Legii trudno było kogokolwiek wyróżnić.

W 73. minucie Rafał Pietrzak z dziewiętnastu metrów strzelił piękną bramkę z wolnego. Minutę później Kulenović powinien zdobyć gola kontaktowego, ale obrońcy w porę naprawili swój błąd i piłka po nodze Wasilewskiego wyszła na róg.

Sa Pinto dokonał dwóch zmian jednocześnie. Na kwadrans przed końcem wpuścił na boisko Michała Kucharczyka w miejsce Carlitosa i Kaspera Hamalainena zamiast Iuri Medeirosa. Akurat Carlitos nawet rzadko obsługiwany podaniami stanowił spore zagrożenie, a Medeiros był jedynym, który wyróżniał się z legijnej szarości. Wtopił się w nią nawet Sebastian Szymański, od którego oczekujemy więcej niż od zagranicznych piłkarzy, którzy przychodzą na Łazienkowską reklamowani jak gwiazdy, a okazują się na ogół piłkarzami, jakich się nie zapamięta.

Czwarty gol Wisły był pieczęcią na jej grze. Dalekie podanie z głębi pola Sadloka wykorzystał napastnik Marko Kolar i strzałem z powietrza ustalił wynik na 4:0. Dwaj środkowi obrońcy Legii: Artur Jędrzejczyk i Mateusz Wieteska patrzyli czy Kolarowi się uda. To nie byli jedyni piłkarze Legii w tym meczu, patrzący jak gra przeciwnik.

Wisła jest na dobrej drodze do zagwarantowania sobie miejsca w górnej ósemce. Sa Pinto powinien wyciągnąć wnioski z pracy Adama Nawałki, bo może skończyć jak on.

Mecz w Krakowie oglądało 33 tysiące kibiców. To miejsce, już bez chuliganów zasługuje na takie widowiska.