Problem kibiców-chuliganów wydaje się nierozwiązywalny. Nie tylko w Polsce. Do Warszawy przylecieli kibice Lazio i tu starli się z naszą policją. W Kopenhadze w związku z meczem derbowym Brondby – FC Kopenhaga i towarzyszącym mu starciom kibiców między sobą, a potem z policją zatrzymano blisko pół tysiąca osób. Miejscem awantur był stadion i ulice.

W Polsce burdy na stadionach zdarzają się rzadko. Można się nasłuchać bluzgów i obelg pod adresem gości, ale do rękoczynów i dewastacji raczej nie dochodzi. Ich liczba zmalała, od kiedy większość klubów (przynajmniej w ekstraklasie) gra na nowo zbudowanych stadionach.

Łatwiej na nich zapewnić bezpieczeństwo, a poza tym nawet zaślepieni zadymiarze przestali niszczyć stadiony, uważane za swoje. Awantury w Bydgoszczy przy okazji meczu Zawisza – Widzew (24 listopada) są odstępstwem od tej reguły. Ładny stadion w Bydgoszczy jest trudniejszy do opanowania przez służby porządkowe, bo jako jedyny w ekstraklasie ma bieżnię. Zresztą w tym wypadku prowokatorami byli kibice ŁKS. W Łodzi nie mogą się wykazać, więc rozrabiają na gościnnych występach.

Propozycja komendanta głównego policji Marka Działoszyńskiego, by zabronić kibicom gości wyjazdów na mecze, spotkała się z powszechną krytyką. Zaprotestowały zorganizowane kluby kibica (czemu trudno się dziwić), PZPN ustami prezesa Zbigniewa Bońka i Ekstraklasa SA.

Policja jednak ma swoje racje. Kluby ponoszą koszty zamkniętych trybun i całych stadionów, ale cała reszta kosztów, czyli eskorta kibicowskich autobusów, pociągów, ochrona okolic stadionów, to już zmartwienie policji, a więc nas, czyli podatników.

Propozycja policji jest efektem bezradności w starciu z chuliganami piłkarskimi, bo jeśli nawet policjantom uda się wskazać winnych (mam czasami wątpliwości, czy ci, których złapano, są naprawdę winni), to prokuratura i sądy okazują się dla nich zbyt łaskawe. W Polsce osoby z zakazem stadionowym mogą bezkarnie chodzić na mecze.

Kluby, które stają w obronie kibiców, bardzo ich rozpuściły, a przecież to nie jest problem z tysiącami ludzi w całym kraju, tylko z kilkuset najważniejszymi zadymiarzami. Dobrze wiadomo, kim są, jaka jest ich rola w organizowaniu awantur, nietrudno postawić im zarzuty i pokazać ich żołnierzom, że nie ma dla nich miejsca w pobliżu stadionów.

Nie trzeba w tym celu ich zamykać.