Rzeczpospolita: Pana koledzy przeszli do lepszych klubów za duże pieniądze. To już inna reprezentacja?

Łukasz Fabiański: Przeprowadzka do lepszego klubu to bodziec do pracy, gdy ktoś płaci za zawodnika konkretne pieniądze, wzrasta jego pewność siebie, wiara we własne możliwości. Większość kolegów zrobiła krok do przodu.

Piotr Zieliński czy Karol Linetty chodzą już na zgrupowaniu innym krokiem?

Nie, bo nie chodzi o to, żeby po transferze wozić się po hotelu, tylko udowodnić na boisku, że jest się kozakiem wartym tych pieniędzy. Widzę, że w futbolu pojawiły się wielkie pieniądze i rynek oszalał. Szczególnie kwoty płacone za młodych zawodników naprawdę poszybowały w górę.

Nie myślał pan, że czas i na pana: świetny bramkarz, po bardzo dobrym turnieju i wciąż w przeciętnym klubie...

Nie uważam, że Swansea to przeciętny klub. Nie miałem ciśnienia na transfer, gdyby coś się pojawiło, to może bym się zastanawiał. Ale się nie pojawiło. Są zawodnicy, którzy dzień w dzień potrafią naciskać swoich menedżerów, żeby im coś załatwili, natomiast ja tak nie działam. Tak było nawet w przypadku Legii czy przejścia do Arsenalu. Nie musiałem naciskać. Pojawiły się po prostu oferty. Poza tym Premier League jest ligą, w której cały czas trzeba pracować, by się w niej utrzymać. Tym bardziej teraz, gdy pojawiły się gigantyczne pieniądze z tytułu nowej umowy telewizyjnej. Każdy klub w Anglii stać na wielki transfer, może brać, kogo chce. Rywalizacja jest gigantyczna. Dlatego sam fakt, że mam mocną pozycję w Swansea, w lidze, która jest najbardziej atrakcyjna na świecie, ma swoją wymowę.

Posmakował pan jednak Ligi Mistrzów... Nie tęskno do tego?

Nic na siłę. W Anglii jestem dziesiąty rok i uważam, że utrzymanie się tak długo na tym rynku to jest duże osiągnięcie. Szczególnie patrząc na to, że historia Polaków w Premier League nie jest specjalnie bogata. W Swansea jestem trzeci sezon, w pierwszym zajęliśmy ósme miejsce, w kolejnym 12. Jesteśmy solidnym zespołem środka tabeli, co tydzień gramy z wielkim rywalem.

Czy Euro dało panu większą pewność siebie?

To kolejne doświadczenie, które można wykorzystać w pozytywny sposób. Potwierdzenie tego, że droga, jaką obraliśmy, jest słuszna. Zarówno dla całej grupy, jak i poszczególnych jednostek. Idziemy w dobrą stronę, oczywiście kilka elementów wciąż jest do poprawy.

Ponoć po Euro nie mógł pan wyjść z domu?

Gdy pojechałem do domu rodzinnego, dosłownie co dwie, trzy minuty był dzwonek do drzwi. Pozowałem do zdjęcia, dawałem autograf i wracałem do domu. Byłem trochę na to przygotowany, rozmawiałem wcześniej z rodziną, która opisywała mi, jak to wyglądało podczas Euro. Jakie emocje i jakie zainteresowanie towarzyszyło naszym występom.

Pan nie lubi górnolotnych stwierdzeń, ale był pan jednym z bohaterów tego turnieju...

Ale nie doszliśmy do strefy medalowej, nie mamy dowodu na to, że coś osiągnęliśmy. Skończyliśmy w czołowej ósemce...

Zrobiliśmy na pewno wielki krok do przodu. Wszyscy mówili, że osiągnęliśmy sukces, że zagraliśmy dobry turniej. Z perspektywy czasu widzimy, ile daliśmy ludziom. Ale na koniec liczą się wymierne, namacalne rezultaty.

Płakał pan po meczu z Portugalią. Wciąż jeszcze siedzi to w panu?

Nie, już nie... Każdy przeżywa indywidualnie takie sytuacje. Bardzo rzadko reaguję aż tak emocjonalnie. Przez kilka tygodni turnieju musiałem kumulować w sobie skupienie, to wszystko we mnie siedziało przez całe mistrzostwa. No i dodatkowo miałem świadomość, jak niewiele nam zabrakło, by pokonać Portugalię. Po meczu wszystko, co w sobie zbierałem, puściło. Stąd taka emocjonalna reakcja.

Ma pan poczucie, że swoimi interwencjami wprowadził Polskę do ćwierćfinału, czy bliższa jest myśl, że nie dał jej półfinału?

Ani tak, ani tak. To jest gra drużynowa, wszyscy ponosimy odpowiedzialność za wynik. Ale gdy dochodzi do rzutów karnych, drużyna oczekuje, że bramkarz pomoże. Ja niestety nie pomogłem.

Po Euro napisał pan: „wrócimy silniejsi". Wierzy pan, że porażki uczą?

Oczywiście, mój piłkarski życiorys to pokazuje. Jeśli człowiek jest świadomy i wyciąga prawidłowe wnioski, to porażki mogą dużo dać.

Czego zatem nauczyła przegrana z Portugalią?

Tego, że czasem potrzeba trochę chłodnej głowy, że czasem trochę inna decyzja mogłaby dużo zmienić. Teraz na zgrupowaniu po raz pierwszy oglądałem mecz z Portugalią. Naprawdę zrobiliśmy kilka dobrych akcji, mieliśmy kilka okazji. Mało brakowało.

Jak wygląda sytuacja w bramce w tej chwili?

Należy pytać trenera Adama Nawałkę. Ja się czuję jak zwykle gotowy do pracy i do rywalizacji. Nie uważam, by cokolwiek mi się należało, nigdy tak nie myślałem.

Ma pan 31 lat, w Rosji będzie pan miał 33. Dla bramkarza to bardzo dobry moment...

Wszystko zależy od zdrowia. Dyspozycji fizycznej i oczywiście mentalnej. Co mam powiedzieć? Będę pracował ciężko, by tak się stało.

Moment, gdy dowiedział się pan, że na Euro nie jest pierwszym bramkarzem, był jednym z najcięższych w karierze?

Był bardzo ciężki...

Selekcjoner później się z tego tłumaczył?

Nie. Nie musiał. Taka jego rola i takie jego prawo. Niezależnie, czy to trener reprezentacji, klubowy, czy prezes firmy, każdy ma swoją wizję i jeśli podejmuje taką decyzję, należy ją uszanować. Nie oczekiwałem żadnych wyjaśnień.

Bohaterami Euro została grupa przyjaciół – pan, Piszczek, Błaszczykowski. To było dla was ważne?

Oczywiście, ważne i bardzo znaczące. Fajna historia, rozmawialiśmy między sobą o tym: grupa kumpli funkcjonuje w reprezentacji już od tak dawna... W tym samym roku wyjechaliśmy za granicę, w tym samym czasie debiutowaliśmy w kadrze. Niech to trwa.