Zapadał już zmierzch, kiedy grupka doświadczonych trudami dnia bengalskich robotników zatrzymała się przy kontenerze, gdzie padało wątłe światło latarni. Minęło kilka chwil, wreszcie krzyknęli: „Argentyna!”, ale później przyznali, że interesuje ich tylko jeden człowiek: Messi.

Stali spokojnie i karnie, ale każdy, kto pokonał już bramkę kontrolną, rzucał się do biegu. 20 kilometrów od świateł West Bayu, gdzie z wieżowców patrzą na kibiców gwiazdy mistrzostw świata, na 40-tysięcznym stadionie krykietowym zabiło serce mundialu.

Siedzieli na trybunach i na trawie, wpatrzeni w olbrzymi telebim. Słyszeliśmy, że telewizory w ich kwaterach są zbyt małe, choć wielu pewnie w ogóle ich nie miało. Hindusi, Bengalczycy, Nepalczycy, Lankijczycy – mięśnie Kataru. Nie było ich stać na bilety na mecze, ale chcieli wspólnie przeżywać emocje, więc niektórzy przyjechali z daleka i doczekali się: gola strzelił Leo Messi.

Argentyńczyk ma na mundialu więcej fanów niż jakakolwiek drużyna, choć zagraża mu już reprezentacja Maroka. Robotnicze serce Kataru bije podczas meczu w rytmie jego niespiesznych kroków. To serce może zasmucić Louis Van Gaal, bo przez mundial coraz szybciej toczy się jego Pragmatyczna Pomarańcza.

Łzy zamiast iskier

Mówią, że Holandia to drużyna grzecznych chłopców. Miłych, inteligentnych, uprzejmych. Tamtejsi dziennikarze uważają, że nigdy nie było w drużynie takiego spokoju, tylko trochę podszytego pewnością siebie. Wreszcie nikt nie rozsadza zespołu od środka. Pewnie także dlatego, że czuwa nad tym dobry ojciec Louis. Kiedyś surowy, ale przez życiowe blizny złagodniał. Dziś częściej ma w oczach łzy niż iskry gniewu.

Holandia długo nie wierzyła w kierunek, jaki Van Gaal nadał drużynie. Wielu wciąż nie wierzy. Dziennikarze dziwili się, że podczas finałowego aktu 50-letniej kariery chce pożegnać się reprezentacją pragmatyczną, skupioną na obronie. Van Gaal zawsze powtarzał jednak, że liczą się dla niego struktura, zasady i dyscyplina.

Czytaj więcej

Ćwierćfinał Maroko - Portugalia. Czarodziej z wioski rybackiej

– Osiem lat temu na mundialu atmosfera wokół zespołu była bardzo negatywna. Narzekaliście, że rozwijam grę defensywną, a dziś widzicie, jak cały świat zmierza w tym kierunku – podkreślał Van Gaal w Katarze po meczach fazy grupowej, w których jego podopieczni grali minimalistycznie. Zajęli pierwsze miejsce, ale strzelili tylko pięć goli.

Dopiero zwycięstwo nad Amerykanami zaczęło odwracać wektor emocji. Sam trener celebruje te chwile. Tańczy w hotelowym lobby, przytula dziennikarza z Senegalu, całuje Denzela Dumfriesa, śmieje się z Memphisa Depaya. Rozsiewa dobrą energię, choć niedawno przyznał, że walczył z rakiem prostaty, a do mundialu dojechał na wózku golfowym, bo się poślizgnął i pogruchotał biodro.

Jest w nim niezłomny duch. Kiedy piłkarze odpoczywali w hotelu po meczach eliminacji mundialu, on wymykał się do szpitala – podobno wpuszczali go nocą, tylnym wejściem. Przeszedł przez rok 25 sesji radioterapii. Walczył, choć przecież mógł zwątpić, mając w pamięci, że rak trzustki i wątroby ćwierć wieku temu zabrały mu pierwszą żonę. Portret Fernandy ciągle wisi w jego biurze.

Ostatnie mecze eliminacji mundialu oglądał z wózka inwalidzkiego, pod luźno zwisającą z ramion kurtką chował cewnik. Mówiono, że po prostu spadł z roweru i złamał nogę. Walkę toczył dyskretnie, powiedział o niej dopiero po awansie. – Przeczytałem, że 90 proc. mężczyzn przeżywa raka prostaty, więc dlaczego miałbym umrzeć ja? – tłumaczył ze spokojem.

Dziś przyznaje, że ten mundial to największy prezent, jaki kiedykolwiek dostał. Kapitan Virgil van Dijk obiecał przed turniejem, że jako drużyna chcą zapewnić trenerowi niezapomniany turniej. Kiedy Steven Berghuis na wieść o chorobie napisał do trenera z wyrazami wsparcia, dostał odpowiedź: „Dziękuję. Mam nadzieję, że jesteś gotowy, aby zostać mistrzem świata”.

Dumny, arogancki i kabotyn

Kiedy Van Gaal zaczynał pracę trenera, wyprzedzał swój czas: dzielił boisko na trójkąty, a grę na sześć faz. Wziął pod skrzydła nową generację talentów z kuźni Ajaxu Amsterdam i wygrał z nimi Ligę Mistrzów – jedyny raz w karierze.

Czytaj więcej

Ćwierćfinał Chorwacja - Brazylia. Zatańczyć z Neymarem

Później pracował w Barcelonie, Monachium, Alkmaar oraz Manchesterze, reprezentację prowadzi po raz trzeci. Pierwsza próba zakończyła się porażką w eliminacjach mistrzostw świata 2002. Druga przyniosła brązowy medal mundialu 2014. To jednak było mało, więc wrócił po pięciu latach z emerytury, aby uzupełnić kolekcję trofeów. Jeśli Holendrzy wygrają z Argentyną, w dniu półfinału 71-letni Van Gaal będzie drugim najstarszym selekcjonerem w dziejach mundiali.

Mówiono o nim: dumny, arogancki i kabotyn. Zdarzyło mu się podpisać kontrakt i oznajmić: „Właśnie zatrudniliście najlepszego trenera na świecie”. Były szef Bayernu Uli Hoeness, zwalniając Van Gaala w 2011 roku, oznajmił: – Jego problemem nie jest to, że uważa się za Boga, tylko za Boga Ojca. Zanim powstał świat, Louis już tam był.

Wszystkich traktuje równo, nie znosi indywidualistów. Mówiono o nim: „Żelazny Tulipan”, choć podobno złagodniał. Listę wrogów ma długą, są na niej nie tylko dziennikarze, ale także Johan Cruyff, Rivaldo czy Zlatan Ibrahimović, który w swojej autobiografii nazwał go „dyktatorem bez błysku w oku”.

Drugą żonę Truus zwodził wielokrotnie: najpierw obiecywał, że przejdzie na emeryturę, później zapewniał, że już z tej emerytury do piłki nie wróci, a ona i tak znajdywała na jego biurku kartki, na których rozpisywał ustawienia zespołów. Mógłby się cieszyć słońcem Algarve, gdzie ma willę, ale uznał, że została mu jeszcze misja do wykonania.

Czytaj więcej

Ćwierćfinał Anglia - Francja. Spotkanie dobrych znajomych

Dziś znowu kluczy, pewnie ku irytacji żony. – Możliwe, że dostanę ekscytujące wyzwanie i po mundialu będę dalej trenerem. Dick Advocaat, który jest ode mnie starszy, wrócił przecież niedawno do zawodu. Wiem, że wyglądam świetnie, niezwykle młodo, ale pamiętajcie: mam już 71 lat – żartował z dziennikarzami.

Holendrów nie było na Euro 2016 i na poprzednim mundialu, a ubiegłoroczne mistrzostwa Europy zakończyli na 1/8 finału. Memphis Depay, Daley Blind oraz Virgil van Dijk – choć dwaj pierwsi osiem lat temu stali już na podium mundialu – stawali się powoli przegranym pokoleniem, choć na boisku zaczęli ich wspierać 23-letni Cody Gakpo, 25-letni Frenkie de Jong czy 26-letni Denzel Dumfries.

Prywatna rozmowa

Bramki, która od lat jest zmartwieniem Holendrów, broni debiutant Andries Noppert. Dwa lata temu bliscy podczas rodzinnego spotkania sugerowali mu, żeby rzucił futbol i skupił się na pracy w policji, bo to pewniejsza przyszłość. Miał problemy ze znalezieniem klubu. Trenerzy mówili, że pogodził się już chyba z rolą wiecznie drugiego bramkarza.

Odnalazł się dopiero we Fryzji, po powrocie do SC Heerenveen. Ma 28 lat, ale w holenderskiej Eredivisie zagrał dopiero 32 mecze. Wszystko się dla niego zaczyna.

– Po prostu był w formie, kilka tygodni przed mundialem bronił strzały, których obronić się nie dało – wyjaśnił Van Gaal, po czym wepchnął dwumetrowego dryblasa do podstawowego składu. Teraz Noppert ma zatrzymać Messiego.

– To taki sam człowiek jak my – mówi ze spokojem.

– Przygotowujemy się na grę z Argentyną, a nie z jednym zawodnikiem, choć on i Ronaldo zdefiniowali w piłce ostatnie dwie dekady – mówi van Dijk, a Van Gaal, pytany o sposób na Messiego, tylko się obruszył: – Nie powiem wam tego. Zdradzanie naszej taktyki byłoby głupie.

– Turniej zaczyna się dopiero teraz – mówi trener Holendrów i podkreśla, że jego podopieczni ćwiczą rzuty karne, skoro właśnie w ten sposób osiem lat temu przegrali w półfinale z Argentyńczykami. Podobno o receptę na pokonania Albicelestes pytał swego byłego podopiecznego z Bayernu Bastiana Schweinsteigera. – Wspiera nas, skoro Niemcy odpadli, ale to była rozmowa prywatna – ucina.

Budzik zadzwonił

Messi po meczu z Australią zachowywał się na boisku tak, jakby stał z kibicami na trybunach. Rytmicznie wyrzucał ręce w górę, śpiewał, znów się uśmiechał. Widać, że odzyskał radość: cieszy się piłką i cieszy się mundialem, a w piątek na Lusail poniesie go doping kilkudziesięciu tysięcy kibiców – zapewne głównie lokalnych, którzy podczas tego mundialu oddali serca właśnie jemu.

Argentyńczycy rozwijają swoją grę z biegiem turnieju. – Porażka z Arabią Saudyjską była dla nas jak budzik – podkreśla Alejandro Gomez. Messi, choć zagrał z Australijczykami tysięczny mecz w kadrze, strzelił dopiero swojego pierwszego gola w fazie pucharowej mundialu. Znów sprawia wrażenie człowieka nie do zatrzymania, ale przede wszystkim ma też wsparcie kolegów.

– Wzmocnił nas rzut karny, którego nie wykorzystał Messi podczas spotkania z Polakami. Piłkarze przekonali się, że nie mogą cały czas polegać na jednym człowieku. Ekscytacja w kraju rośnie z meczu na mecz. Ludzie zaczynają czuć, że po kiepskim początku Argentyna ponownie staje się kandydatem do zdobycia Pucharu Świata – mówi „Rz” Leo Garbossa z dziennika „La Capital”.

– Graliśmy już mecze, gdy rywale kryli Messiego indywidualnie. Zawsze starają się przygotować coś nowego. My także możemy jednak zaskoczyć. Zawsze robimy wszystko, aby na boisku skrzywdzić rywala i samemu nie dać zrobić sobie krzywdy – podkreśla trener Lionel Scaloni i przyznaje, że choć jego piłkarze także ćwiczą rzuty karne, to będzie chciał rozstrzygnąć mecz wcześniej.

Holendrów selekcjoner Argentyńczyków chwali. – To dobrze zbudowany zespół. Wszyscy atakują, wszyscy bronią. Nie grają może tak pięknie, jak kiedyś, ale czeka nas na pewno wspaniałe spotkanie z udziałem dwóch wielkich drużyn – zapowiada Scaloni.

Dla wielu będzie to jednak przede wszystkim mecz Messiego, który chwyta chwilę, tym bardziej że może być dla niego na mundialu tą ostatnią.