Wynik Polaków na mundialu nie odbiega od prognoz. Mieliśmy wyjść z grupy i tak się stało. Odpadnięcie w drugiej fazie też brano pod uwagę. A ponieważ pokonała nas Francja, robi się z tego propagandę sukcesu. Jednak porażka, nawet z mistrzem świata, to słabe alibi.

Oceniając występ Polaków chłodnym okiem trzeba przypomnieć z kim i jak graliśmy wcześniej. Meksyk okazał się słabszy, niż przewidywał sztab, więc zachowawczy sposób gry był błędem. Zremisowaliśmy mecz, który powinniśmy wygrać. 

Zwycięstwo nad Arabią Saudyjską miało być pewne, a jej sukces w spotkaniu z Argentyną niczego w kalkulacjach nie zmienił. Wygraliśmy zgodnie z planem, ale nie planowaliśmy, że bardzo się przy tym umęczymy i że przeciwnik będzie miał przewagę.

Czytaj więcej

Mundial w Katarze. Polacy przegrali z Francuzami. Niedosyt zamiast wstydu

Mecz z Argentyną oddaliśmy walkowerem. Wyszliśmy na boisko, ale jakby nas na nim nie było. Po słabym przedstawicielu Ameryki Centralnej i mistrzu pustyni zmierzyliśmy się z prawdziwymi piłkarzami i od razu boleśnie przekonaliśmy się na czym polega różnica.

Kiedy w drugiej rundzie o awansie nie decydowały już punkty, tylko większa liczba strzelonych goli, okazało się, że potrafimy grać zupełnie inaczej. A ponieważ liczy się ostatnie wrażenie, mniej zorientowani kibice uwierzyli, że tylko pech wyeliminował nas z mundialu.

Czytaj więcej

Stefan Szczepłek: Kapitan zawiódł, trener do zmiany

To nie pech, tylko błędne decyzje trenera, dotyczące składów na poszczególne mecze i taktyki. Czesław Michniewicz jest przedstawicielem polskiej szkoły trenerskiej, która mówi, że kiedy wychodzisz na boisko wynik jest 0:0 i zamiast się trudzić, wymyślać rozmaite formy ataku, znacznie łatwiej bronić remisu. Jeśli taktyka się powiedzie, to mamy punkt, a jedyne, czego się oczekuje od zawodników to wybijanie piłki jak najdalej od bramki. Gdy trafi do szybkiego napastnika to można nawet wygrać.

Równie mało budujące jest to, że niemal każdy polski piłkarz stawia wynik ponad poziom gry. Nie ważne jak, byle wygrać, lub co najmniej zremisować. To dlatego murarska taktyka Michniewicza ma zwolenników. Zaczyna się w lidze, kończy w reprezentacji. Taka jest mentalność piłkarzy i trenerów.

Mam wrażenie, że młodzi ludzie w Polsce bawią się piłką, dopóki nie zaczną grać w klubach. Tam rozliczają ich z wyników, więc o radości można zapomnieć. Po trzech meczach na mundialu Polska była słusznie wskazywana jako ta, która gra najbrzydziej, a polscy piłkarze najlepiej czują się wtedy, kiedy nie mają piłki. Niech przeciwnik ją trzyma i się martwi. My poczekamy. 

Niemal każdy polski piłkarz stawia wynik ponad poziom gry. Nie ważne jak, byle wygrać, lub co najmniej zremisować. To dlatego murarska taktyka Michniewicza ma zwolenników

W tym samym czasie świat zachwycał się Ekwadorem, Iranem, Australią, Tunezją, Japonią, Kostaryką, Koreą, młodymi Amerykanami, a nawet Kanadą. Za ich grę otwartą, dążenie do zdobycia bramek, walkę do końca, co zresztą czasami przynosiło sukces. Taką grę lubimy oglądać, bo piłkarze powinni grać dla kibiców, a nie dla trenerów, którzy po remisie gratulują zawodnikom „zrealizowania zadań taktycznych”. Po Polsce nikt nie będzie płakał, bo nie zapisała się w tym mundialu niczym dobrym i ładnym.

Awansowaliśmy do drugiej rundy, w której jest szesnaście drużyn, więc formalnie znaleźliśmy się wśród szesnastu najlepszych reprezentacji świata, ale to złudzenie. W latach 1974 i 1978, kiedy Polacy kończyli mundiale na trzecim i 5-8 miejscu w finałach było szesnaście zespołów. W Niemczech Polacy strzelili szesnaście bramek w siedmiu meczach i zostali najbardziej ofensywnie grającą reprezentacją świata. W Katarze udało się wbić trzy gole w czterech meczach. 

Wojciech Szczęsny obronił dwa rzuty karne, powtarzając niezwykły wyczyn Jana Tomaszewskiego z mistrzostw roku 1974. Tyle, że wtedy on bronił, a jego koledzy strzelali. Koledzy Szczęsnego też by chcieli, a nie mogli. Nie przesadzajmy więc z tym sukcesem. To reprezentacje Górskiego, Gmocha i Piechniczka powinny być punktem odniesienia, a nie Michniewicza. 

Czytaj więcej

Szczęsny najlepiej broniącym bramkarzem na mundialu

Można też było odnieść wrażenie, że trener nie tylko źle dobierał zawodników i taktykę, ale i nie panował nad sytuacją w trakcie gry. Nie znał możliwości zawodników, nie orientował się jak sobie poradzą w sytuacjach stresowych. 

Dotyczy to choćby Nicoli Zalewskiego, który zaczynał mecz z Meksykiem w pierwszym składzie i w przerwie trzeba go było zmienić. Wrócił w czwartym meczu, a po jego błędzie w ustawieniu padła bramka dla Francji. 

Trudno doszukać się logiki w zmianach, dokonanych przez trenera w spotkaniu z Argentyną. Damian Szymański za Krystiana Bielika, Krzysztof Piątek za Grzegorza Krychowiaka, Artur Jędrzejczyk za Bartosza Bereszyńskiego, Michał Skóraś za Przemysława Frankowskiego, Jakub Kamiński za Karola Świderskiego, dla którego trener wymyślił nieistniejącą w podręcznikach pozycję defensywnego napastnika. Już przed tymi zmianami na boisku panował chaos. Po nich - jeszcze większy.

Czesław Michniewicz ma wśród dziennikarzy swoich zwolenników. Jeden z klakierów, komentator TVP, w pewnym momencie oznajmił, że trener nie zjadł kolacji, tylko pojechał na mecz Meksyk - Argentyna. Ale co z tego, że oglądał ten mecz, skoro nic z niego nie zrozumiał? Czy taki wniosek nie jest uprawniony po przebiegu i wyniku spotkania Polska - Argentyna?

Kiedy dziennikarze będą pytać piłkarzy o ich wrażenia z Kataru, na pewno wszyscy (a ci słabsi zwłaszcza) będą Michniewicza chwalić. Bo przecież on ich powołał, dał szansę sportową i szansę zarobku. Można było odnieść wrażenie, że chciał zrobić przyjemność każdemu, kogo zabrał na mundial. Z 26 powołanych wpuścił na boisko 21. 

Dlaczego mając najlepszego napastnika świata i kilku grających ofensywnie pomocników trener nie wykorzystywał ich atutów? Dlaczego kazał im koncentrować się na obronie? Dlaczego Robert Lewandowski, mimo zdobycia dwóch bramek, zagrał na mundialu grubo poniżej oczekiwań, a w meczu z Francją był wyraźnie zagubiony? Z kolei uwolniony od schematów Piotr Zieliński wreszcie pokazał na co go stać. Michniewicz swoimi decyzjami ograniczał zawodników, zamiast rozwijać ich dla dobra zespołu. Rolą trenera jest wybranie takiej drużyny, żeby piłkarze się ze sobą rozumieli i takiej taktyki, w której można wykorzystać ich walory. 

Michniewicz nie wywiązał się z tych zadań. Znając dotychczasowy przebieg jego pracy można się było tego wszystkiego spodziewać. Obserwuję jego karierę i działalność od kiedy został trenerem drugiej drużyny Amiki Wronki. Nigdy nie przypuszczałem, że kiedyś będzie selekcjonerem reprezentacji, bo ten koń jest dla niego za wysoki. Tytuł mistrza Polski dla Legii zdobył rozpędem, a kiedy zaczął tam pracować na własny rachunek, doprowadził drużynę do ruiny, grożącej spadkiem. Prezentowana przez niego myśl trenerska ma głębokość kałuży, więc nietrudno ją przewidzieć. 

Prezentowana przez Czesława Michniewicza myśl trenerska ma głębokość kałuży

Michniewicz jest pierwszym trenerem reprezentacji Polski, który na powitalnej konferencji prasowej groził dziennikarzowi sądem za zadanie niewygodnego pytania. Jeszcze nie rozegrał meczu, a już strzelił sobie bramkę samobójczą. Pewność siebie go gubi. Zawsze mówi, że ma dużo czasu, wie wszystko o przeciwniku, skład na poszczególne mecze ma w głowie na wiele dni wcześniej. Zna odpowiedź na każde pytanie. Sprawia wrażenie fachowca, dla którego nie ma żadnych tajemnic i tylko niezrozumiały splot okoliczności powoduje, że nie został jeszcze trenerem Realu Madryt.

Mówi na tyle sugestywnie, że uwodzi działaczy dających mu zatrudnienie i kokietuje dziennikarzy, zwłaszcza takich, którzy mają o piłce nożnej mgliste pojęcie. Dlatego w jego decyzjach doszukują się geniuszu i pompują jego próżność. A teraz nie bardzo wiedzą jak się zachować. 

Jest też Michniewicz człowiekiem dzisiejszych czasów. Drugim trenerem po roku 1989, którego wybór poparła partia polityczna. Janusz Wójcik był faworytem SLD. O nominacji Michniewicza entuzjastycznie wyrażali się członkowie PiS i Solidarnej Polski. W tych partiach są takie obyczaje, że jeśli nawet ktoś przegra 1:27, to robi się z tego sukces i wita go kwiatami. Nie jest więc wcale takie pewne, że Michniewicz pożegna się ze stanowiskiem, choć trudno sobie wyobrazić, że będzie pracował nadal, skoro jego decyzje oddalają nas od Europy i słychać już - na razie nieśmiałą - krytykę ze strony Roberta Lewandowskiego i Piotra Zielińskiego.

Czesław Michniewicz to 26. selekcjoner, którego oceniam, od kiedy jestem dziennikarzem. Jest jednym z trzech najsłabszych. Reprezentacji swojego kraju kibicuję, od kiedy zacząłem świadomie oglądać jej mecze. I przykro mi, że odpadła z turnieju w Katarze. Ale my tam nie pasowaliśmy.