To był wreszcie przyzwoity występ polskiej reprezentacji. Zawodnicy Czesława Michniewicza zrzucili szaty drużyny przestraszonej, do rywalizacji z mistrzami świata przystąpili z podniesionym czołem. Byli uważni i odważni. Przecieraliśmy oczy, kiedy wymieniali piłkę na własnej połowie, żeby po kilkunastu sekundach zaatakować pole karne przeciwnika. Tak zwyczajne, a jednak nieoczekiwane.

Polacy powinni wręcz prowadzić – Bartosz Bereszyński w 38. minucie ruszył lewą stroną i zagrał pod nogi Piotra Zielińskiego, ale ten strzelił prosto w bramkarza, a dobitkę dwukrotnie blokowali obrońcy. Odpowiedź była bezlitosna. Francuzi uśpili Polaków rozgrywaniem piłki, Matty Cash spóźnił się do Kyliana Mbappe, a do prostopadłego podania dopadł Olivier Giroud, który pokonał Szczęsnego.

Czytaj więcej

Stefan Szczepłek: Kapitan zawiódł, trener do zmiany

Pielęgnowaliśmy w pamięci świadomość, że mundial do tej pory nie dał okazji przekonania się, jak wyglądają Polacy goniący wynik – trzy mecze fazy grupowej przeżywaliśmy we względnym komforcie, nawet przez moment nie obcowaliśmy bowiem z rezultatem, którego utrzymanie do ostatniego gwizdka oznaczałoby pożegnanie z turniejem. Szukaliśmy szansy, skończyło się kontratakiem.

Trzech Francuzów ruszyło na trzech Polaków, piłka dotarła do Mbappe. Miał czas: przyjął, poprawił, przymierzył – w górny róg. Minęło kilkanaście minut i znowu to zrobił. Jego dwa uderzenia sprawiły, że wynik był gorszy niż gra naszej drużyny. Rezultat upudrował Lewandowski – wykorzystał karnego, ale dopiero za drugim razem. Hugo Lloris przy pierwszej próbie wyszedł z bramki zbyt wcześnie.

Czytaj więcej

Mundial, 1/8 finału: Polska-Francja 1:3. Lewandowski trafia z karnego, Polska odpada z mundialu

Koniec cierpienia

Polacy zrealizowali cel, bo wyszli z grupy. Reprezentacji wśród 16 najlepszych drużyn mundialu nie mieliśmy od 1986 roku. Wreszcie uniknęliśmy traumy, tegoroczny turniej wymazał koszmary meczów z Koreą, Ekwadorem czy Senegalem. Stawką 1/8 finału był jednak nie tylko awans, ale także wspomnienia, bo pamięcią do spotkań fazy grupowej wracać nie chcieliśmy.

Nasi piłkarze aż do meczu z Francją na boisku cierpieli, wyznał to Zieliński. Podkreślił też, że teraz do cierpienia trzeba zmusić rywali, jakby Polacy – mający od urodzenia trudną relację z futbolem, miłujący się raczej w grze reaktywnej, ograniczający czuły kontakt z piłką do minimum: wykop, długie podanie, kontra – chcieli w drodze po sukces wszystkim ten mundial obrzydzić.

Niektórzy na słowo „Polska” życzliwie unosili kąciki ust, inni wybuchali serdecznym śmiechem. Trudno było o dumę z piłkarzy, którzy w trzech meczach oddają cztery celne strzały, angażują do pracy w roli pierwszego obrońcy najlepszego napastnika świata, a skromniejszą od nich chęć do wysokiego pressingu przejawiali jedynie Kostarykańczycy oraz Katarczycy.

Teraz wreszcie w żagle zawiał wiatr. Buławę chwycił Zieliński, dobrze grali skrzydłowi. Imponował Jakub Kamiński – szybki, odważny, bezczelny. Dryblował, przepuszczał rywalom piłkę między nogami, a tuż przed przerwą niewiele zabrakło mu do szczęścia, kiedy po rykoszecie uderzył w boczną siatkę. Bezbarwny był za to Robert Lewandowski, uwikłany w fizyczną walkę z rywalami.

Ważne, że Polacy już nie cierpieli. Byliśmy w pierwszej połowie równorzędnym rywalem dla Francuzów, choć to rywale atakowali groźniej. Wymieniliśmy w 45 minut aż 232 podania, ale przełożyło się to tylko na jeden celny strzał. Mistrzowie świata, według oficjalnych statystyk, mieli takich aż pięć. Grający turniej życia Szczęsny znów przeżywał pracowity wieczór.

Ruszyli z pole position

Polacy zaczynali mundial, mając nad sobą widmo koszmarów poprzednich turniejów. Francuzom przed meczem z naszą reprezentacją na każdym kroku towarzyszyło zaś traumatyczne wspomnienie ubiegłorocznego Euro 2020. Prowadzili w 1/8 finału ze Szwajcarami 3:1, ale wypuścili przewagę z rąk i odpadli z imprezy po rzutach karnych.

– Moi piłkarze muszą żyć chwilą, nie ma sensu wracać do przeszłości – przekonywał Didier Deschamps, ale temat odżywał przy okazji każdego wywiadu, każdej konferencji prasowej. Francuscy dziennikarze pielęgnowali wspomnienie rozczarowania jakby w trosce, żeby uniknąć powtórki. Piłkarze zgodnie zapewniali, że Szwajcaria wryła się w ich świadomość i teraz będą skoncentrowani.

Trener wbijał im do głów nie tylko przestrogę wspomnienia, ale wskazywał też na Belgów i Niemców, czyli piłkarskie nacje, które – choć niektórzy widzieli ich nawet w gronie faworytów – zakończyły udział w mundialu na fazie grupowej. – Pozycja faworyta nie daje nam nawet jednego gola przewagi – zaznaczał Kingsley Coman.

Podejrzewaliśmy, że opowieści o tym, jakoby przed meczem Francuzi koncentrowali się wyłącznie na swojej grze, nie są frazesami. Wymieniając zawodników reprezentacji Polski, ograniczali się do Lewandowskiego oraz graczy z przeszłością w lidze francuskiej, bogatszą znajomością zasobów kadrowych naszej drużyny błysnął jedynie Deschamps.

Michniewicz po meczu z Argentyną zamykał treningi, chciał wykorzystywać każdą minutę na pracę. Deschamps w piątek pozwolił dziennikarzom przez całe zajęcia oglądać, jak Francuzi relaksują się w zabawach z piłką. To jeszcze mocniej uświadomiło nam, że na boisku stadionu Al Thumama zmierzą się zespoły z przeciwnych krańców turniejowej skali.

Polacy debiutowali na wypchniętym na południowe przedmieścia Dauhy 44-tysięcznym Al Thumama – kolejnym melanżu nowoczesnej myśli architektonicznej oraz arabskiej kultury, kształtem przypominającym koronkową gahfiję, czyli tradycyjne nakrycie głowy – który po mundialu straci połowę miejsc i przyjmie w swoje progi butikowy hotel oraz oddział kliniki Aspeter.

Mogliśmy liczyć, że tym razem wreszcie nie zagramy na wyjeździe. Najwięcej biletów na mecze mundialu – obok gospodarzy i Amerykanów – kupili Meksykanie oraz Saudyjczycy, a lokalni fani w większości oddali serce Leo Messiemu, więc kibice z Polski podczas wszystkich spotkań fazy grupowej byli na trybunach w mniejszości. Nadzieje były płonne. Al Thumama wystroił się na trójkolorowo.

Skuterem po skrzydle

– Ludzie mówią, że mamy 1 procent szans na ich wyeliminowanie, ale to wciąż 1 procent więcej, niż gdybyśmy nie wyszli z grupy – mówił przed meczem Kamil Grabara. – Nie jesteśmy faworytem – przyznawał Arkadiusz Milik. – Szukałem i szukałem słabszych punktów Francuzów, ale ich nie znalazłem, choć każdy zespół ma fazy w meczu, gdy popełnia błędy – dodawał Michniewicz.

Polacy opowiadali, że widzą we Francuzach jednego z głównych kandydatów do mistrzostwa świata, choć już „L’Equipe” wyżej oceniła szanse Brazylijczyków, Argentyńczyków i Portugalczyków, a podobnie – Anglików. Nie przeszkodziło to dziennikarzom w dniu meczu oznajmić z okładki, że ich reprezentanci są na „pole position”, bo Polaków w zestawieniu nawet nie uwzględnili.

Nasi zawodnicy w pierwszym zakręcie wypchnęli ich jednak z toru. Doskoki w pressingu i spokój w utrzymywaniu się przy piłce sprawiły, że Francuzi momentami wyglądali na zdezorientowanych – nie taki zespół widzieli w poprzednich meczach. Rywale przewyższali Polaków umiejętnościami, ale nie dominowali, bo przeciwstawiliśmy im siłę zespołu.

Największy respekt wśród Polaków budziło francuskie lewe skrzydło. Niektórzy nazywali już obrońcę Theo Hernandeza „motocyklem”, a o Mbappe Milik powiedział, że aby go dogonić, przydałby się skuter. Obaj biegali już podczas tego turnieju z prędkością sięgającą 35 kilometrów na godzinę.

Natury nie oszukasz – różnica była widoczna, Matty Cash nie miał skutera i momentami przypominał na tle Mbappe pociąg towarowy. Francuz przekładał piłkę, robił kilka susów i znikał z pola widzenia. Właśnie po dwóch takich odjazdach rywale stworzyli pierwsze groźne akcje. Cash mógł liczyć na asekurację kolegów: Kamińskiego i Frankowskiego. Pomocy zabrakło dopiero przy golach.

36 lat temu wyszliśmy z grupy mundialu po bezbramkowym remisie z Marokiem, zwycięstwie nad Portugalczykami (1:0) i porażce z Anglikami (0:3), żeby w 1/8 finału rozbić się o Brazylijczyków (0:4). Teraz scenariusz rozwijał się wręcz bliźniaczo, ale finał był godny. Zagraliśmy z mistrzami świata przyzwoity mecz. Skończyło się wysoką porażką, ale wstydu nie było. Zostaliśmy raczej z niedosytem.

1/8 FINAŁU

Francja – Polska 3:1 (1:0)

Bramki dla Francji:

O. Giroud (44), K. Mbappe (74 i 90+1);

Bramka dla Polski:

R. Lewandowski (90+9 – z karnego).

Żółte kartki:

A. Tchouameni (Francja); B. Bereszyński, M. Cash (Polska).

Sędziował

J. Valenzuela (Wenezuela).

Francja:

Lloris – Kounde (90, Disasi), Varane, Upamecano, T. Hernandez – Tchouameni (66, Fofana), Rabiot – Dembele (76, Coman), Griezmann, Mbappe – Giroud (76, Thuram).

Polska:

Szczęsny – Cash, Glik, Kiwior (87, Bednarek), Bereszyński – Krychowiak (71, Bielik) – Kamiński (71, Zalewski), Zieliński, S. Szymański (64, Milik), Frankowski (87, Grosicki) – Lewandowski.

Powiedzieli:

Czesław Michniewicz, selekcjoner reprezentacji Polski

Zdawaliśmy sobie sprawę, że będzie to trudny mecz. Chcieliśmy zagrać inaczej niż w poprzednich spotkaniach. Mieliśmy dobre momenty, które mogły zakończyć się bramką. Żałuję zwłaszcza strzału Piotrka Zielińskiego i dobitki. Najgorsze, co mogło nas spotkać, to gol do szatni. Gdybyśmy pierwsi zdobyli bramkę, mecz ten mógł się potoczyć różnie. Na podsumowania przyjdzie czas. Nasza przygoda na mundialu się kończy, ale wielu z tych zawodników przez najbliższe kilkanaście lat będzie występowało w reprezentacji.

Robert Lewandowski, kapitan reprezentacji Polski

Wiedzieliśmy, że nie jesteśmy faworytem, ale walczyliśmy. Próbowaliśmy grać, tworzyliśmy sobie sytuacje, ale okazało się, że na Francuzów to zbyt mało. Brakowało paru elementów. Przy straconych bramkach można było lepiej się zachować. Szkoda szczególnie pierwszego gola. Za bardzo się cofnęliśmy, zostawialiśmy zbyt duże przestrzenie i rywale to wykorzystali. Ten strzelony gol na końcu to dla nas taki dodatkowy bodziec.