Żeby awansować do drugiej rundy nie myśląc o wyniku meczu Arabia Saudyjska - Meksyk, należy co najmniej zremisować z Argentyną. To jest zadanie bardzo realne.

Rachuby wynikają ze sposobu gry obydwu drużyn. Przed turniejem w Argentynie widziano głównego faworyta grupy C. Wynikało to zarówno z jej wyników, jak i obecności w zespole światowych gwiazd, z Leo Messim i Angelem di Marią na czele.

Czytaj więcej

Jest awans! Polska przegrała z Argentyną, ale wyszła z grupy

Argentyna nie przegrała w południowoamerykańskich eliminacjach ani jednego z siedemnastu meczu i z drugiego miejsca (za Brazylią) awansowała na mistrzostwa. Kiedy przystępowała do meczu z Arabią Saudyjską miała za sobą serię 35 spotkań bez porażki.

Przewaga, jaką osiągnęła w pierwszej połowie starcia z Saudyjczykami potwierdzała to wszystko, co o Argentyńczykach wiedzieliśmy. Bramka z karnego, dwie inne wprawdzie słusznie nieuznane, jednak świadczące o wyjątkowych umiejętnościach zawodników, to było to, czego się spodziewaliśmy.

A potem nastąpił krach. W drugiej połowie zobaczyliśmy Argentynę bezradną wobec agresywnej gry przeciwnika, nie rozumiejącą co się dzieje i nie mającą żadnego sposobu na odwrócenie losów meczu.

Pierwsza połowa meczu z Meksykiem okazała się równie ciężka i dopiero w drugiej udało się strzelić dwie bramki.

Płynie z tego trochę nauk. Argentyńczycy mieli prawo uwierzyć, że jadą na turniej w roli faworyta, nic złego nie może im się zdarzyć, więc kiedy stracili dwie bramki, wszyscy, z Leo Messim włącznie, stracili rezon.

Czytaj więcej

Argentyna: będzie uczta albo stypa

Zobaczyliśmy więc Argentynę znacznie słabszą wtedy, kiedy musi odrabiać straty. Przy wyniku 0:0 z Meksykiem, przez godzinę nie potrafili skonstruować bramkowej akcji. Najlepsi zawodnicy, wzory techniki użytkowej, pilnowani bardzo skutecznie przede wszystkim w środku boiska i przed polem karnym, mieli spore kłopoty z wymianą kilku podań, przybliżających ich do bramki. Podania były niecelne, piłka nadspodziewanie często trafiała nie tam, gdzie Argentyńczycy by chcieli. Dotyczy to nawet Leo Messiego, który w wieku 35 lat nie może grać przez półtorej godziny na pełnych obrotach.

Gdyby jednak nie jego strzał, który wszystko zmienił, ten mecz do końca mógłby wyglądać tak samo: ciężka walka, w której ambicja i ofiarność Meksykanów równoważy techniczną przewagę Argentyńczyków.

Mecz z Polską będzie dla Argentyny drugim takim wyzwaniem. Meksyk musiała pokonać, żeby pozostać w grze. Polskę musi - żeby wyjść z grupy. Nam do awansu wystarczy remis.

Dla Polaków to jest sytuacja bardzo korzystna. Argentyna będzie musiała atakować, więc to ona będzie miała piłkę. My to uwielbiamy, bo dzięki temu będziemy mogli grać z kontry. Szybki atak, szansa na strzał, rzut wolny lub rożny - to jest to, co przynosi Polakom najwięcej korzyści. I Argentyńczycy dadzą nam na to wszystko szansę. Może dojść do ostrej walki, po której sędzia będzie rozdawał kartki. Jak się gra z teoretycznie lepszym i wyżej notowanym przeciwnikiem pokazała Szwajcaria w meczu z Brazylią. Tyle że Szwajcarom wiodło się do 84. minuty, a nam powinno do ostatniego gwizdka.

Historia meczów Polski z Argentyną to trzy zwycięstwa, sześć porażek, dwa niewykorzystane karne Kazimierza Deyny, czerwona kartka, bramka bezpośrednio z rzutu rożnego i spięcie Smolarka z Maradoną.

Nie było tak najgorzej. W roku 1966, kiedy Polacy odbywali swoje pierwsze tournee po Ameryce Południowej, zmierzyliśmy się z Argentyńczykami na stadionie Monumental w Buenos Aires. Mieliśmy za sobą dwa mecze z Brazylią, rozegrane w ciągu tygodnia, w tym na Maracanie, gdzie Pele bramki nie strzelił, a Zygmunt Anczok zatrzymał Garrinchę.

W Buenos Aires też Polacy „nie pękali” i mimo że od dziesiątej minuty przegrywali 0:1, Jan Liberda wyrównał. A grali ówcześni artyści, znani na całym świecie: Roberto Perfumo, Silvio Marzolini, Antonio Rattin czy Oscar Mas.

Dwa lata później Polska zmierzyła się z Argentyną w Mar del Plata. 17 grudnia, więc podobnie jak teraz, już po sezonie. Przegraliśmy 0:1 po bramce z karnego. Nim jednak wykorzystali go gospodarze, identyczną szansę mieli Polacy. Chociaż w drużynie było kilku starszych, doświadczonych zawodników, nim uzgodnili kto będzie strzelał, piłkę wziął Kazimierz Deyna.

Miał 21 lat, a był to dla niego dopiero piąty występ w kadrze. Mimo to, bardzo pewny siebie strzelił - prosto w bramkarza. Koledzy mieli do niego spore pretensje nie o to, że słabo strzelił, ale że wyszedł przed orkiestrę. Jak dobrze wiadomo, dziesięć lat później, na mundialu w Argentynie Deyna był najważniejszą postacią naszej drużyny i mistrzem rzutów karnych. Mimo to ponownie jedenastki nie wykorzystał.

W roku 1968 mecz sędziował Argentyńczyk, a jego decyzje wzbudzały zdziwienie Polaków. Kulturalny Bernard Blaut, uosobienie spokoju, kapitan biało-czerwonych nie wytrzymał i zwrócił uwagę arbitrowi, że się myli. Delikatnie powiedziane. Został za to wyrzucony z boiska, jako pierwszy zawodnik w historii meczów reprezentacji Polski.

Na mundialu w Niemczech (1974) Argentyna była naszym pierwszym przeciwnikiem. Na podstawie prasy, osobistych kontaktów red. Tomasza Wołka, od Polaków mieszkających w Ameryce Południowej zebraliśmy na ich temat wiele informacji. Argentyńczycy o nas zapewne też, jednak nas zlekceważyli, a na pewno dali się zaskoczyć.

Kiedy Polacy ruszyli na nich od pierwszej minuty całkiem się pogubili, bramkarzowi Danielowi Carnevalemu trzęsły się ręce. Po dziewięciu minutach prowadziliśmy 2:0, a mecz zakończył się zwycięstwem 3:2.

W roku 1976, w ramach przygotowań do mistrzostw świata trener Cesar Luis Menotti przywiózł Argentynę na kilka spotkań w Europie. Na Stadionie Śląskim wygrali z Polską 2:1. Mecz przeszedł jednak do historii z innego powodu. Bramkę dającą prowadzenie strzelił bezpośrednio z rzutu rożnego Kazimierz Kmiecik, a w naszej drużynie, prowadzonej przez Kazimierza Górskiego debiutowali wspaniali wkrótce piłkarze: 20-letni Zbigniew Boniek i Janusz Kupcewicz oraz 23-letni Paweł Janas. W pierwszym występie zmierzyli się od razu z dziewięcioma piłkarzami, którzy dwa lata później zostaną mistrzami świata.

Przeciw Argentyńczykom debiutował też Włodzimierz Smolarek. W Buenos Aires Polacy, prowadzeni przez Ryszarda Kuleszę przegrali 1:2. Znowu, jak w roku 1968 argentyński sędzia przyznał po jednym karnym gospodarzom i Polakom. Daniel Passarella pokonał Piotra Mowlika, a Włodzimierz Ciołek - Ubaldo Fillola.

Zwycięską bramkę strzelił z wolnego Diego Maradona. Po meczu Smolarek chciał się z nim wymienić na koszulki. Maradona odmówił i potraktował go bardzo nieelegancko. Wzburzony Smolarek odpowiedział mu po polsku: „poczekaj, jeszcze kiedyś ty do mnie przyjdziesz po koszulkę”. To się nigdy nie stało. Smolarek zmarł w wieku 55 lat, a Maradona sześćdziesięciu.

Pod koniec października 1981 roku Polska miała zakontraktowany mecz z Argentyną na jej terenie. Dwa tygodnie wcześniej, pokonując NRD w Lipsku wywalczyliśmy awans na mundial w Hiszpanii. Zawodnicy świętowali, podróż do Buenos Aires stała się złem koniecznym. Bramkarz Józef Młynarczyk zaszył się na Mazurach, bo tam najlepiej brały ryby.

Kiedy zbliżał się termin wyjazdu, okazało się, że nie ma bramkarza. Jan Tomaszewski się obraził, bo Piechniczek postawił na Młynarczyka. Piotr Mowlik musiał opuścić zgrupowania z powodów osobistych. Należało w trybie awaryjnym powołać Młynarczyka, a nikt nie wiedział gdzie on jest.

Telefonów komórkowych nie było. Wiceprezes PZPN, pułkownik MO Henryk Celak wydał więc za Młynarczykiem „list gończy”. Milicjanci ostatecznie znaleźli go, kiedy smażył ryby nad jeziorem. Powiedział, że nigdzie nie jedzie, bo skaleczył się w rękę haczykiem i nie może bronić. Ale milicjantom nie mógł odmówić. Wsadzili go w radiowóz i zawieźli do Warszawy.

Przekonano go, że będzie rezerwowym Tomaszewskiego. Nawet nie wyjdzie na rozgrzewkę. Trzymano go w tym przekonaniu aż do meczu. Okazało się, że nie tylko Tomaszewski nie dojechał, ale nie ma też żadnego innego bramkarza. Młynarczyk ledwie wcisnął rękawicę na spuchniętą rękę i bronił jak w transie.

Przepuścił tylko jeden strzał Passarelli. Ale Andrzej Buncol i Zbigniew Boniek wbili dwa gole i w ten sposób Polska, z niepełnosprawnym bramkarzem pokonała mistrza świata na jego stadionie.

Można? Można.