"Rzeczpospolita": Czy wygrany konkurs trochę bolał?

Wojciech Nowicki: Fizycznie rzecz biorąc, tak. Gdy zeszła adrenalina, poczułem walkę w nogach, ale gdy już się wyspałem, poszedłem do fizjoterapeuty i można żyć.

Dokuczała panu obecność w kole dopingowego winowajcy, Białorusina Iwana Tichona?

Podchodzę do tego z obojętnością. To tylko dodatkowy przeciwnik, nie traktuję tego emocjonalnie, choć wiem, jaka historia ciągnie się za Tichonem.

W konkursach sprawia pan wrażenie obojętnego na otoczenie. Tak jest?

Nie patrzę na to, co robią inni. Skupiam się na sobie. Jeżeli ktoś będzie lepszy, to będzie. Dobrze, jeśli jesteśmy z rywalami na zbliżonym poziomie, co kolejkę zmienia się kolejność, przerzucamy się o centymetry, bo tworzymy lepsze widowisko, ale mam do tego dystans.

Może to z powodu ścisłego wykształcenia?

Niemal wszystko w sporcie na chłodno kalkuluję. Mogę nawet powiedzieć, że pani trenerka Malwina Sobierajska ma pretensje, że nie wyrażam gwałtownie emocji po medalach. Może to rzeczywiście jest jakaś ułomność. Gdy w ubiegłym roku rzuciłem po raz pierwszy 80 m, też nie skakałem z radości. Rzuciłem, to rzuciłem – i fajnie.

Co musiałoby się stać, by pan jednak podskoczył z radości? Rekord świata?

Wydaje mi się nieosiągalny. Taki mam charakter, że nie okazuję emocji, i już. Nie będę tego zmieniał, dobrze się z tym czuję.

To z innej strony. Kto jest w stanie pana rozzłościć lub choćby wyprowadzić z równowagi?

Pani trenerka. Nikt więcej.

A propos – czy ktoś w waszym gronie zwraca uwagę, że dwóch najlepszych młociarzy świata trenują kobiety?

Nikogo to nie dziwi. Zresztą dla mnie to też normalna sprawa, czasami bywa trudno, ale w sumie dobrze jest, jak jest. Już od paru ładnych lat trenuję z panią Malwiną, nie wiem, jak by to wyglądało z trenerem mężczyzną.

Skąd ten nagły postęp w ostatnich miesiącach?

Na to pytanie pełną odpowiedź zna trenerka. To ona układa plan, który ja tylko wykonuję. To znaczy – staram się wykonać, minimum na 100 procent, albo więcej. Takie podejście przekłada się na efekty.

Czy trenerka mówi, że ma pan jeszcze spore rezerwy?

Tak, są rezerwy i mam nad czym pracować, głównie w technice. Konkretnie to mam problem z samym wyrzutem młota, jest za krótki. Daję sobie dwa lata, by się poprawić do igrzysk w Tokio. Jak się uda to poukładać, będę zadowolony. Chociaż zawsze powtarzam, że przede wszystkim ważne jest zdrowie.

Plan żywieniowy też układa panu trenerka?

To jest dobre w moim sporcie, że nikt nie musi układać mi menu. Jem, co chcę. Wiadomo, że muszę pilnować wagi, ale nie ma reżimu. Nie muszę mieć ułożonej diety, liczyć kalorii. Po prostu jem, co lubię. A najbardziej lubię rosół i schabowy z ziemniakami. Żona o to dba, dobrze gotuje.

Słowem, w domu ma pan najlepszą opiekę i relaks?

Oczywiście. Tak często nie ma mnie w domu, że każdą wolną chwilę staram się spędzić z rodziną. Mam małe dziecko, chcę być jak każdy normalny ojciec. To jest najważniejsze. Nawet nie chce mi się wychodzić do kina czy do znajomych, tylko być z dzieckiem, bawić się z nim, rozmawiać z rodziną, przebywać blisko. Resztę odciąć.

Wziąłby pan coś dla siebie z umiejętności Pawła Fajdka?

Tak się nie da. Jestem wyższy, mam inne proporcje, muszę zupełnie inaczej wyrzucać młot. Po prostu nie jesteśmy w stanie zakręcić identycznie. Oczywiście staram się podpatrzyć, jak Paweł wykonuje pewne elementy obrotu, ale i tak muszę przystosować je do siebie, bo nie ma wzorca idealnego młociarza. Gdybyśmy mieli dwóch młociarzy o identycznych proporcjach, o podobnym wzroście, zasięgu ramion, długości tułowia, to moglibyśmy rozmawiać o wspólnej technice. Ale nie możemy. Próbowałem i wiem, że się nie da.

I wciąż pan twierdzi, że Paweł to nr 1 na świecie?

Tak, ja staram się mu tylko dorównać. Trzy złote medale mistrzostw świata o czymś świadczą.

Złoto z Berlina odbiera pan jako nowy ciężar na barkach?

Nie podchodzę do sportu w kategoriach obowiązku. Wynik to kwestia dnia, formy, pecha. Różnie to wychodzi, sport jest nieobliczalny. Przykład Piotra Małachowskiego to pokazał. Nie nakładam więc sobie dodatkowej presji.

A marzenie o złocie igrzysk?

Nie bardzo. Mam tylko ochotę dotrwać do zawodów w Tokio i przynajmniej obronić brązowy medal. To jest ciche marzenie.

A co z marzeniami bardziej prywatnymi? Też są wyciszone?

Chciałbym, by moje dzieci wyrosły na porządnych, dobrych ludzi. Rodzicielstwo to bardzo ważny obowiązek, ale też najfajniejsza sprawa. Nie myślę o tym, kim będzie moją córka, choć młot zabawkę już ma. Zrobi, co będzie chciała, niech odnajdzie własną pasję lub talent. Będę ją wspierał.

Ile lat będzie pan jeszcze na rzutni?

Okaże się. Jeśli będę rzucał na przyzwoitym poziomie, to będę dalej trenować. Jeśli nie, to zostawię młot nawet z dnia na dzień. Mam dyplom i tzw. emeryturę olimpijską, nie będę na siłę ciągnął kariery. Lepiej zejść ze sceny z dobrym wynikiem i podziękować wszystkim w takim momencie.

Czwartek na mistrzostwach europy w Berlinie

Odbędzie się sześć finałów, z których najbardziej obiecujące dla nas wydają się bieg na 400 m ppł z udziałem Patryka Dobka (godz. 20.15) oraz konkurs oszczepników (20.22). Patryk Dobek miał drugi czas półfinałów (48,75 – rekord sezonu) za Norwegiem Karstenem Warholmem, mistrzem świata z Londynu. Dwaj polscy oszczepnicy z energią przeszli eliminacje, Marcin Krukowski miał 84,35 m (najlepiej tego lata), podobnie Cyprian Mrzygłód, który ustanowił rekord życiowy – 83,85. Z niemiecką trójką trudno będzie wygrać, ale kto wie. W programie czwartkowych finałów są też: kobiecy skok o tyczce, męskie biegi na 200 m i 3000 m z przeszkodami (Krystian Zalewski) oraz 100 m ppł., do którego Karolina Kołeczek i Klaudia Siciarz muszą się przebić z półfinałów. Dorobkiem środy w Berlinie jest też pewny awans Marcina Lewandowskiego do piątkowego finału biegu na 1500 m. Anna Jagaciak-Michalska nie awansowała do finału trójskoku. Zabrakło jej czterech centymetrów.