Rzeczpospolita: Sezon zakończony, można pograć w piłkę, zwłaszcza że cel był szczytny, czyli zbiórka pieniędzy na integracyjny klub szermierczy z Wołomina...

Paweł Fajdek, trzykrotny mistrz świata w rzucie młotem: W trakcie sezonu takie imprezy raczej nie wchodzą w grę. Jedyny wyjątek zrobiłem dla Marcina Gortata i wystąpiłem w meczu z Wojskiem Polskim. Tam też się dobrze bawiłem.

Mówił pan przed mistrzostwami Europy, że może przegrać jedynie z Wojciechem Nowickim i ostatecznie taka była kolejność...

To prawda, ale ta deklaracja dotyczyła jedynie właśnie zakończonego sezonu. W nowym już tak nie powiem. Miałem dużo problemów, które się na siebie nałożyły. Po trzeciej próbie budowania formy już odpuściłem, i dobrze, bo dzięki temu nie zrobiłem sobie krzywdy. Wykonaliśmy plan w 100 procentach, przywieźliśmy z Wojtkiem z Berlina złoto i srebro. Poziom konkursu nie był tak wysoki, by nie można było myśleć o zwycięstwie, ale nie byłem w wysokiej formie. Fajnie, że wygrał Wojtek, bo był niesamowicie przygotowany, co pokazywał we wszystkich startach. Jego zwycięstwo nie było zaskoczeniem. Dobrze, że słabszy moment zdarzył mi się na mistrzostwach Europy, bo mistrzostwa świata to „moje podwórko". Muszę zdobyć czwarty złoty medal.

Jest pan tak mocny, że nawet mając problemy ze zdrowiem, może przegrać tylko z Nowickim?

Było sporo hałasu, kiedy Nick Miller rzucił 80 metrów. Wszyscy wietrzyli sensację, ale znając Nicka mówiłem, że nic nie zdziała w trakcie sezonu. Z dobrej strony pokazał się Bence Halasz, młody Węgier, który uzyskał prawie 80 metrów i jego też zaczęto typować do wysokich miejsc. Okazało się, że słusznie, bo zdobył w Berlinie brązowy medal. My z Wojtkiem byliśmy o ligę wyżej niż konkurenci i walczyliśmy między sobą, nikt nie był w stanie się wmieszać między nas. Następny sezon będzie specyficzny, bo mistrzostwa świata w Katarze odbędą się dość późno. Zobaczymy, kto to wytrzyma, kto zbuduje formę.

Dobrze jest mieć w kraju takiego rywala jak Nowicki?

Zaczynałem wchodzić w sport seniorski, kiedy w świetnej formie był Szymon Ziółkowski i rywalizowaliśmy na poziomie 82 metrów. Teraz jest Wojtek, który już drugi sezon spisuje się znakomicie. Kiedy ja byłem słabszy, on stanął na wysokości zadania i przywiózł złoto dla Polski. Jesteśmy rywalami, ale nie ma między nami nieporozumień, za każdym razem gratulujemy sobie dobrych występów.

Warunki panujące w Katarze mogą się dla was okazać trudne. Co zrobić, by utrzymać formę?

Nie mam z tym problemu. W Berlinie wystartowałem na początku sierpnia, a dwa dni później już byłem chory. Złapałem przeziębienie od dziecka i nie mogłem trenować przez dwa tygodnie. Pozbierałem się, żeby przyjechać na Memoriał Kamili Skolimowskiej do Chorzowa i uzyskałem 79,5 m, co w tej sytuacji było kosmicznym wynikiem. Nawet z problemami można daleko rzucać. Trzeba będzie sobie zrobić w sierpniu przerwę i wtedy powinno się spokojnie utrzymać formę do zawodów w Katarze. Temperatura? W dniu mojego startu w Berlinie było 36 stopni, więc Katar nie ma prawa nas zaskoczyć. Pewnie we wrześniu polecimy na zgrupowanie aklimatyzacyjne do Turcji. W tamtym ośrodku Niemcy przygotowywali się do igrzysk, więc na pewno wszystko jest na odpowiednim poziomie. Młociarzom najlepiej startuje się w temperaturze około 25 stopni. Jeśli organizacja jest słaba i zawody się przeciągają, trwają dwie godziny, to pocimy się na potęgę i wtedy trzeba dbać o nawodnienie organizmu. Dodatkowo, jeśli dłonie są spocone, to mogą być problemy z utrzymaniem młota. Ale to tylko szczegóły.

Coraz bliżej do kolejnych igrzysk olimpijskich. Trzeba będzie pomyśleć o wybieraniu startów?

Skupiamy się zawsze na głównej imprezie w danym sezonie, teraz będą to mistrzostwa świata. Potem, do połowy lub nawet do końca listopada będę miał przerwę i po odpoczynku zaczną się przygotowania do Tokio. Nie będzie wybierania startów. Jeśli zdrowie dopisze, to forma może się utrzymywać nawet przez sześć miesięcy.

Wpadka dopingowa Kristiana Parsa to cień na waszej konkurencji?

Ja tego nie traktuję jako wpadki, ja to traktuję jako klęskę, tragedię człowieka. Miał wszystko, został mistrzem olimpijskim, wicemistrzem świata. Niestety, dopadł go hazard i Pars się rozpadł. Ratowano go wiele razy, trener go wyciągał, trzymał w pionie. Niestety, się nie udało. Są uzależnienia, które wygrywają nawet z najsilniejszym człowiekiem. Co ważne, nie złapano go na stosowaniu dopingu w celu poprawy wyników.

Ostatnio MKOl przywrócił do łask Rosyjską Agencję Antydopingową RUSADA. Komentowaliście tę decyzję?

Pamiętajmy, że rosyjscy młociarze to też są ludzie, którzy niejednokrotnie trenują po dziesięć lat, a potem nie mogą wystartować. Została zastosowana odpowiedzialność zbiorowa. Są Rosjanie, którzy mieszkają w Stanach, nigdy nie mieli problemów z kontrolą antydopingową, to dlaczego nie mają brać udziału w zawodach. Jeśli ktoś jest czysty, nie można go dyskryminować z powodu kraju. Dla mnie absurdem jest to, że może startować Iwan Tichon.

Jak traktujecie Białorusina podczas zawodów? Omijacie go?

Dla mnie ten człowiek nie istnieje. Ja mu ręki nie podałem, za co zostałem mocno skrytykowany, ale nie czuję się z tym źle. Uważałem, że tak należy zrobić. Przedzielił mnie i Wojtka podczas mistrzostw Europy w Amsterdamie, co było dla mnie ubliżające. Wojtek trenował całe życie po to, żeby zdobywać medale, a nagle pojawia się Tichon, który wskakuje przed niego. Nie mam za co go szanować. Wiem, że wszystkie wyniki, które uzyskał, były na dopingu.

Nawet gdyby teraz był czysty, to doping wzięty w przeszłości może mu ciągle pomagać?

To działa. Raz wzięty doping daje przewagę na całe życie. Jest coś takiego jak pamięć mięśniowa. Jeśli raz rzucisz 80 metrów, to potem wiesz, jak to robić, a on rzucał nawet po 86 metrów. Powinni mu zabrać wszystko. ©?

—rozmawiał Łukasz Majchrzyk